Dzień 2. Ryn – Mikołajki – Ryn. 48 km.

9 maja 2026 roku.

Ryn – Krzyżany – Wejdyki – Notyst Wielki – Jora Wielka – Stare Sady – Prawdowo – Mikołajki – Stare Tałty – Osadniki – Tałty – Osada Skorupki – Siejkowo – Ryńskie Pole – Ryn.

Ślad trasy z mapy.com, tutaj.

Znowu śniły mi się jakieś wojaczki, ale tym razem bez Niemców. Także na śniadaniu było spokojnie. Choć Niemcy chyba lubią denerwować swoim zachowaniem innych gości, a nawet obsługę.

Tego dnia był plan na Mikołajki. Mieliśmy nadzieję, że się nie pomylę i dotrzemy tam bez błądzenia. Pocieszający był fakt, że do Mikołajek wiedzie szlak Mazurskiej Pętli Rowerowej. A że jest nad wyraz dobrze oznaczony, to i trudniej się pogubić. Jednak, na wszelki wypadek, Ania sprawdzała mnie na swojej nawigacji przy grubszym zakręcie i upewniała się, że jedziemy dobrze.

Z Rynu do Krzyżan pojechaliśmy asfaltem. To była dobra rozgrzewka! Bardzo długi podjazd, choć niezbyt stromy. W Krzyżanach skręciliśmy na południe i zmierzaliśmy asfaltem do jeziora Ryńskiego. W Wejdykach szlak nam się wywinął na… północny -zachód. Aż się Ania zdziwiła. Przejechaliśmy szutrówką przez środek gospodarstwa rolnego, którego latorośle ujeżdżały drogę motorami crossowymi i wjechaliśmy do lasu, na asfalt. Zrobiło się cicho. Zaczęli się pojawiać i inni rowerkowcy. Najpierw para starszych facetów, potem dwie dziewczyny. Dziwne tylko, że nie jechali obok siebie, a jedno za drugim, prawie z 100 m różnicą! Tylko my jacyś dziwni… Chyba…

Za pałacem w Notyście Wielkim, asfalt zamienił się w bruk. Jakoś szło jechać bokiem. Gdy jednak na najbliższym skrzyżowaniu, skręciliśmy w lewo, zaczął się pojawiać piasek. Zrobił się szlak raczej dla rowerów z szerszymi oponami. Jedyne, co zminimalizowało niedogodności nawierzchniowe, to przepiękny widok na jezioro Ryńskie i hen daleko na… Ryn. Dodatkowo, widok naszego szlaku warty był uwiecznienia na fotografii.

Obok punktu widokowego.

Za najwyższym wzniesieniem i punktem widokowym, zaczął się dla nas długi zjazd. Niestety, co chwilę musieliśmy zsiadać. Było za dużo piasku i wyrw po deszczach. Współczuliśmy tym, co jechali w drugą stronę. Może właśnie dlatego, ci co ich minęliśmy, nie trzymali się razem ze złości? Generalnie jakość szutru była kiepska. Właściwie, poniżej standardu szlaku rowerowego. No cóż… Mazury.

Za Notystem Wielkim
Przed Jorą Wielką

Minęliśmy Jorę Wielką, która dopiero się przygotowywała na najazd turystów, a szczególnie żeglarzy. Tu, na brukowanej drodze pojawiła się ścieżka dla rowerów i nawet asfalt oraz kolejni rowerzyści. Potem znowu szuter, ale miał w sobie za dużo piasku i potworzyły się na nim te niezliczone, małe dołki, tworzone przez wodę, popędzaną kołami aut. Powiem wprost, jazda bez przedniej amortyzacji na tym odcinku nie należała do przyjemnych.

I wtedy, przed Starymi Sadami, nagle pojawiła się asfaltowa, odseparowana ścieżka rowerowa.

Czasem zmieniała się w polbrukową, ale dociągnęła nas do samych Mikołajek. Ci, co jechali w drugą stronę, musieli chyba trochę się podłamać… Najpierw, od Mikołajek, mieli piękną ścieżkę przez wiele kilometrów, a potem słaby szuter, potem piach i prowadzenie roweru pod górę. Może lepiej planować jazdę w drugą stronę?

Mikołajki widać było z daleka, a szczególnie hotel Gołębiewski i górę narciarską. Pojawili się też e-rowerzyści, ale oni dojeżdżali tylko do resortu i wracali do Mikołajek. Pędzili, jakby ich kto gonił!

W centrum, za wiaduktem kolejowym, ścieżka się urwała i jezdnią dojechaliśmy do słynnej, wiszącej kładki pieszo-rowerowej. I kolejny babol! Ten, co wymyślił takie schody i podjazdy dla wózków i rowerów na most, powinien za karę, przez parę godzin podprowadzać wózek albo rower na górę schodów i w dół. I tak w kółko. Coś się chyba pokićkało projektantom, by schody ułożyć pod takim kątem. Za to widok z kładki jak z bajki.

W Mikołajkach byliśmy parę razy. Tym razem chcieliśmy tylko coś zjeść. Ania wypatrzyła Kuchnie Świata i nagle się jej przypomniało, że to chyba w tej restauracji, pierwszy raz w życiu jedliśmy makaron zapiekany z polędwiczkami. Ania ten przepis zaadoptowała i tę potrawę jemy w domu, do dzisiaj. Weszliśmy. W podanym menu, Ania natychmiast je wypatrzyła. Uśmiech zamalował się na naszych twarzach.

Przespacerowaliśmy się koło fontanny-rybki i po promenadzie. Tu już turystów było sporo. Czynne były bibelociarnie, obwieszone kolorowymi pierdołami dla dzieci, a nawet lodziarnie, choć kolejek w nich jeszcze nie było. Za mariną natomiast, jakby coś straszyło, bo ludzi było już całe zero.

Wracaliśmy wschodnim brzegiem jeziora Tałty, pieszym szlakiem Wielkich Jezior Mazurskich, choć był i ścieżka rowerowa i fajny asfalt. Co kawałek: domki, apartamenty, campingi i knajpki. Ale wszędzie było pusto. Dla nas dobrze, bo i ruch na szosie był sporadyczny.

Dojechaliśmy do kanału Tałckiego, którym w 2006 roku płynęliśmy statkiem z Mikołajek do Giżycka. Teraz przejechaliśmy go mostem, przewężonym słupkami do szerokości samochodów osobowych. Żadna ciężarówka by się nie zmieściła. Zapewne zrobiono tak, bo żadne znaki nie powstrzymywały kierowców ciężarówek!

Za mostem wrócił kiepski szuter i miejscami nawet piasek. No ale nie był to już żaden szlak, tylko droga dla letników. Dlatego, kiedy dojechaliśmy do szosy nr 642, postanowiliśmy nie jechać przez Ławki i skróciliśmy sobie drogę do Rynu. Tym bardziej, że droga do Ławek była brukowana. Do hotelu zostało nam 5 km.

Kanał Tałcki

U podnóża ryńskiego zamku, wyrosło miasteczko startowe dla Łaciate Mazury MTB. Pojawiły się balony, szykany i reklamy. Tymczasem my, poszliśmy prosto do SPA. Nadszedł czas relaksu i odnowy biologicznej w saunach, jacuzzi i basenach z prądami wodnymi. A po kolacji znów wypiliśmy piwo, które zupełnie nie wiadomo dlaczego, pite na zamkowym dziedzińcu, smakuje w sposób niezapomniany😊. Oczywiście, piliśmy tylko z powodu uzupełnienia mikroelementów.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

2 uwagi do wpisu “Dzień 2. Ryn – Mikołajki – Ryn. 48 km.

Dodaj komentarz