Prolog – 0 km i dzień 1 – 73 km.

13 kwietnia 2026 r.

Nie było na co czekać. Prognozy pogody były nad wyraz sprzyjające. Rozpoczęliśmy więc tegoroczne przygotowania do wyprawy, czyli kolejnego etapu Bałtyckiego Koła. Zamiar prosty jak co roku. Rowery do auta i pojechać gdzieś niezadaleko, by nie dłużył się dojazd. Padło na Tleń. Znaliśmy te tereny dość dobrze. Często przejeżdżaliśmy samochodem przez Bory Tucholskie na trasie Drawsko Pomorskie – Grudziądz. Byliśmy tam także w 2016 r., razem z naszymi znajomymi ze szkoły średniej. Mieliśmy bardzo dobre wspomnienia i dlatego postanowiliśmy tam porowerkować. Tym bardziej, że w wybranym obiekcie, baza do odnowy biologicznej prezentowała się nad wyraz dobrze.

Tleń. Ławeczki Lorbasa, Knapa i Gzuba.

W tym roku, pakując rowery do samochodu, oprócz demontażu: przednich kół, pedałów, sztyc podsiodłowych z siodełkami, postanowiłem oddzielić także kierownicę ze sztycą od roweru Ani. Po załadunku rowerów pozostało więcej niż zwykle i stanowczo za dużo wolnej przestrzeni na bagaże. Ania, dziwnym trafem, bardzo skrzętnie wykorzystuje tę wolną przestrzeń. Dodatkowo zabraliśmy ze sobą drona. A nuż trafi się jakiś ładny widok…

Dzień 1. Tleń – Świecie – Tleń. 73 km.

14 kwietnia 2026 r.

Tleń – Osie – Wałkowiska – Żur – Leosia – Bedlenki – Małe Bedlenki – Skarszewo – Sulnowo – Świecie nad Wisłą – Sulnówko – Biechowo – Wyrwa – Gacki – Drzycim – Sierosław – Zalesie Szlacheckie – Brzemiona – Tleń.

Ślad trasy z mapy.com tutaj.

Pogoda idealna. Wyprowadziliśmy rowery z udostępnionego nam, przestronnego garażu. Nogi aż rwały się do pedałowania po Wdeckim Parku Krajobrazowym. Z Tlenia do Osia, wzdłuż szosy, wiedzie piękna ścieżka rowerowa, będąca częścią szlaku Czersk – Włocławek. Od Osia, aż do Żuru, również jest odseparowania ścieżka rowerowa. Wiało dość mocno w twarz. Jednak po zeszłorocznej wyprawie po Szwecji, żaden wiatr nie był nam straszny. Poza tym, wracając będziemy mieli go w plecki!

Przed Żurem skręciliśmy w prawo, na Wałkowiska. Chcieliśmy dojechać do kanału i elektrowni wodnej, zbudowanej jeszcze przed II Wojną Światową i która związana była z… Gdynią!?! Jechaliśmy wzdłuż kanału, jednak sama elektrownia nie jest niedostępna dla takich jak my. Dwoje, nawet z rowerami to za mało! Elektrownię widać jednak z szosy. Trochę szkoda…

Nasz następny, żelazny punkt wypadał niedaleko stacji kolejowej Leosia. Jest tam jeden z wyższych mostów kolejowych w Polsce. Przerzucony nad rzeką Wdą, na trasie Laskowice – Wierzchucin. Dlatego porzuciliśmy szlak rowerowy Czersk – Włocławek i pojechaliśmy szosą w kierunku Laskowic. Ruch aut był niewielki, toteż jechało się przyjemnie. Za Prosiaczkiem (nazwa własna producenta :-))) skręciliśmy w prawo i dojechaliśmy do cmentarza wojennego. Na tych terenach, zaraz po wybuchu II Wojny Światowej, Niemcy dość dobitnie pokazywali na co ich stać, mordując co kawałek ludność cywilną. Takich pomników upamiętniających tamte czasy, na tych terenach jest bardzo dużo. Chwilę potem, przy szosie stał drogowskaz do Diabelskiego Kamienia albo jak kto woli, Kamienia św. Wojciecha. Nazwy są stosowane zamiennie. Chyba mają jakiś wspólny element. Ciekawe… jaki? Skręciliśmy więc w ładną szutrówkę i dojechaliśmy do stacji kolejowej Leosia. Patrząc na tę stację, miałem nieodparte wrażenie, że głównie odjeżdżają stąd nie ludzie a… drzewa. Przyjeżdża taki pociąg, zatrzymuje się pośrodku boru i na peron wysiadają wracające skądś drzewa, potem wsiadają te wyjeżdżające. Na końcu pasterz drzew, jakiś Ent, krzyczy: – Odjaaaazd! Oprócz nas nie było żywego ducha. Tylko drzewa szumiały. Pojechaliśmy wzdłuż torów, na dół, do koryta Wdy i podprowadziliśmy rowery pod most kolejowy. Nie ma co! Zrobił na nas wrażenie

Obok mostu są jeszcze przyczółki starego mostu kolejowego, piesza kładka i miejsce rekreacji z dwoma uławeczkowionych i ustołowanych wiat. Jest też boża męka (figura) i odcisk bytności Karola Wojtyły. Słowem, można spędzić tam pół dnia z całą rodziną.

Potem mieliśmy dojechać do Diabelskiego Kamienia ale widać, tak mi ten diabeł poplątał myśli, tak się zamyśliłem, że… przejechaliśmy obok. Widać bies nas nie potrzebował, nie wzywał to i się nie stawiliśmy.

W Bedlenkach wjechaliśmy na stary bruk, po którym nie dało się jechać rowerem. Szczęściem, pobocze było z lekka wyjeżdżone. Wlekliśmy się tak aż do Skarszewa. Dojechaliśmy do głównej szosy nr 272. Od ronda w Sulnowie, aż do Świecia, jechaliśmy odrębną ścieżką rowerową.

Naszym celem był zamek krzyżacki. Ki diabeł mnie podkusił, by nie spojrzeć czy czynny? Do głowy mi nie przyszło, że zamek może być zamknięty! Odbiwszy się od ogrodzenia remontowego, wróciliśmy do centrum. Stanęliśmy nawet na popas przy amfiteatrze. Wspominaliśmy stare czasy…

Rzadko się dzieje tak, że rowerkowiec ma wiatr w plecy. Tym razem, na powrocie, tak właśnie było. A, że wiało solidnie i jechaliśmy po odkrytym, to i średnia nam diabelsko wzrosła. Gnaliśmy więc szlakiem Włocławek – Czersk, aż do Drzycimia. Trochę zwolniliśmy w Gackach, by nam nietoperze nie zaplątały się we włosy pod kaskami…

W Drzycimiu, szlak skręcił do Żuru. A ponieważ, każdy w życiu niejedno dźwiga brzemię, w tym i my, to skręciliśmy lewo, bez szlaku, na… Brzemiona! I tam puściliśmy kupony Lotka. Nie wiem, czy wygraliśmy, bo jeszcze nie sprawdzałem…

Po powrocie skorzystaliśmy ze wszystkich, dostępnych bąbelków wodnych i strumieni, sauny i mini-tężni. Ania dała się wymasować przez cyfrowo-inteligentną maszyną, a ja trochę popływałem pod prąd.

Jutro wiatr miał się zmienić na zachodni, więc planowałem skok do Tucholi, by mieć na powrocie wiatr w plecki. Chyba, że z rana, nie da się usiąść na siodełko!!!


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz