Dzień 2. Sopot – Stegna. 56 km.

8 lipca 2010 r.

Sopot – Gdańsk – Wiślinka – Sobieszewo – Świbno – Mikoszewo – Jantar – Stegna.

    Namiot zwinęliśmy dość sprawnie, jak na pierwszy raz po tak długiej przerwie. Śniadanie zjedliśmy na polu, korzystając z dobrze zaopatrzonego sklepu i ruszyliśmy do Gdańska, zobaczyć piaskowe figury.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

8 zł od osoby i można pooglądać wielkie piaskowe pomniki, podobizny i strzelić sobie zdjęcie na pamiątkę. Potem zaliczyliśmy obowiązkowo rondo rowerowe i pojechaliśmy dalej, z zamiarem przeprawienia się na Westerplatte. Jednak nie chcieliśmy dojechać do samego pomnika a tylko przepłynąć na drugą stronę i po tamtej jechać dalej. Niestety, bez planu Gdańska a przy pomocy jakiegoś strażnika fabrycznego nie udało nam się dokonać abordażu. Znowu jak kiedyś, wyjechaliśmy na ulicę Marynarki Polskiej. Jednak warto było, bo naszym oczom ukazała się budowa piłkarskiej Baltic Areny. Dopiero co obłożona zewnętrznymi dźwigarami, a robiła już przytłaczające wrażenie. Czuliśmy się zbyt mali, by tam kiedykolwiek wejść. Od razy zaznaczam, że „Warszawskie Kopadło” nie robi takiego wrażenia. Celowo użyłem nazwy Kopadło, bo niestety jestem świadomy zbyt niskiego poziomu kopania piłki w Polsce, którego nijak nie jestem w stanie nazwać „Piłką Nożną”, a którą można zobaczyć w innych ligach na świecie.

     Tuż przed starym miastem kupiłem jednak plan miasta. Na pamięć nie dało się jechać. Przeszliśmy więc Długim Targiem i skierowaliśmy się w stronę rafinerii. Tuż przed benzynowym molochem, bardzo uprzejmy pan, widząc nasze objuczone rowery poinformował nas, że ulice Sztutowska i Płońska są zablokowane przez rafinerię i musimy przejechać krajową 7-ką (Elbląską) do ulicy Benzynowej. Cóż było robić. Trzeba było zmierzyć się ruchem „Siódemki”. No i  dosłownie, o mało co nie zostalibyśmy pokonani przez samochód, który wyprzedzając na trzeciego, zmusił innego, by nas mocno postraszył. Jechał prosto na nas. Udało się jednak mu wyhamować. Tak czy owak, nie mielibyśmy żadnych szans. Po naszej lewej stronie była barierka, a po prawej inne samochody. Przez ten prawie dwukilometrowy odcinek cały czas miałem zjeżoną skórę na plecach.

     Ulica Benzynowa przywitała nas już małym ruchem i byle jaką nawierzchnią asfaltową. Ale byliśmy za to bardziej bezpieczni. Potem wałem dojechaliśmy do mostu w Sobieszewie. Przedtem jednak naszym oczom ukazał się piękny widok na Wielki Wlew do Morza Bałtyckiego, czyli Martwą Wisłę.

     Most Sobieszowski niestety nie napawa optymizmem. Pokonanie go nie nastręcza specjalnych trudności, jednak czasem ma się obawy, że może zaraz się zarwać lub rozłączyć. Stary i lekko nadgryziony zębem czasu. Po drugiej stronie, na Wyspie Sobieszewskiej jechaliśmy już drogą asfaltową. Ścieżki rowerowe są tam niesłychanie piaszczyste. Jednak na końcu Sobieszewa skręciliśmy w lewo i dojechaliśmy do oznakowanej ścieżki. Na początku było paskudnie. Co chwila trzeba było zsiadać i prowadzić przez piach. Potem jednak dojechaliśmy do wykładanej płytami betonowymi, drogi wzdłuż brzegu. Po jakimś czasie droga skręciła w lewo i doprowadziła nas do samych wydm.

DSC07645Skręciliśmy w prawo i jechaliśmy wzdłuż morza.

DSC07648Potem, po naszej prawej stronie pojawił się niewysoki betonowy tunel techniczny, powleczony od góry warstwą asfaltu. Początkowo bardzo zarośnięty. Jednak później dało się po nim jechać wierzchem. Ale odradzam temat dla mało wprawnych rowerkowców. Kolektor (dowiedziałem się o tym później) został zbudowany na powierzchni i nie został obsypany po bokach. A to znaczy, że zjechanie z niego będzie się równało natychmiastowemu obniżeniu jazdy o jakiś metr!!! Do tego, rośnie tam bardzo dużo dzikiej róży!!!

            Kolektorem dojechaliśmy do północnego Świbna. Tam odszukaliśmy drogę do promu i jako jedni z ostatnich zamustrowaliśmy się na pokład.

DSC07654

DSC07651

     Promiści skasowali nas w sumie niewiele i po orzeźwiającej chwili wylądowaliśmy na… bruku. Tak, tak. Po drugiej stronie Przekopu Wisły z promu wjeżdża się na kawałek brukowanej drogi. Można nawet kupić sobie pamiątkę i co nieco wrzucić na ruszt. Teraz już asfaltem, z wiaterkiem, przez Mikoszewo i Jantar, dojechaliśmy do Stegny. Tam skręciliśmy w lewo, w stronę Bałtyku i dojechaliśmy do campingu, gdzie przywitał nas i przydzielił miejsce starszy pan, bardzo pozytywnie nastawiony do rowerkowców. Rozbiliśmy apartamenta i po odświeżeniu się, ruszyliśmy na „miasto”. Właściwie, to jak na Dzikim Zachodzie, „miasto” ciągnęło się w wzdłuż drogi asfaltowej do morza. Na końcu zagłębie i miejsce, gdzie można wydać trochę grosza. A to na jedzenie, bibeloty lub podczas dyskoteki.

            Pomoczyliśmy nogi w morzu i wróciliśmy do obozu. Tam spotkaliśmy samotnego wilka, okrążającego Polskę na rowerze z przyczepką, który czynił to już nie pierwszy raz. Pozdrawiamy i do zobaczenia na szlaku.

 Ocena pola (skala od 1 do 6):
– teren pola i cena – 6
– jakość sanitariatów – 6 (0 zł)
– obsługa – 6
– sklep – 50 m.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s