Dzień 2. Malbork – Elbląg. 52,5 km.

15 lipca 2008 r.

Malbork – Kamienica – Szawałd – Lipinka – Myszewo – Lubatowo – Wierciny – Jazowa-Kępki – Bielnik Drugi – Elbląg.

„Płyty jumbo i guma nr 1″

    W tym promiennym dniu postanowiliśmy trzymać się czerwonego Szlaku Kopernikowskiego, który jak zaznaczono na mapie, miał nas doprowadzić do samego Elbląga. Zjedliśmy śniadanie w OSiR-owskim barze (25zł) i nabrawszy sił, ruszyliśmy w okolice zamku, gdzie zauważyliśmy pierwsze znaki szlakowe.

DSC03143

     Szlak rozpoczynał się po drugiej stronie kładki. I od razu pierwszy zgryz. Na trasie szlaku, tuż za kładką, wyrósł parking i pole namiotowe. Młody jegomość poinformował nas, że szlaku już dawno nie ma! Przyzwyczajeni do takich sytuacji, postanowiliśmy kontynuować rajd chwilowo wzdłuż drogi nr 55, na północ, do najbliższego zjazdu do Kamionki. Oczywiście taka droga, jak nr 55 przysparza tylko strachu o nasze zdrowie i życie. Ruch nie był zbyt wielki, ale kierowcy samochodów osobowych zawsze dają ci odczuć, że ty tylko im przeszkadzasz na drodze! W końcu użycie hamulca, sprzęgła w połączeniu z 10 sekundowym opóźnieniem są tak skomplikowanymi czynnościami, że kierowcy wolą na wszelki wypadek unikać wspomnianego zestawu i wyprzedzać pomimo ruchu z naprzeciwka!!! Przyznaję, że Ania i ja też jesteśmy kierowcami. Staramy się przewidywać sytuację na drodze szczególnie wtedy, gdy widzimy rowerzystę. Ale jak przekonaliśmy się już nie raz na własnej skórze, dla kierowcy 10 sekund spóźnienia to cała wieczność! Dla rowerzysty (takiego jak my) 10 sekund to 10 sekund siedzenia na siodełku i już.

    Pierwszy zjazd z drogi 55 poprowadził nas do oczyszczalni ścieków. Zawróciliśmy. Drugi zjazd w prawo doprowadził nas do samego wału przeciwpowodziowego. Pojawił się czerwony szlak! Do najbliższego skrzyżowania droga wyłożona była polbrukiem. Słońce paliło i z lekka wiało, dlatego też pedałowało się nam bardzo przyjemnie. Od Kamienicy do Szawałdu jest droga asfaltowa, po której jednak nie da się jechać, nawet rowerem. Łata na łacie, a pomiędzy nimi dziury! Dlatego jeśli się da, wszyscy jeżdżą obok pasa asfaltu, takim poszerzonym poboczem. Czerwony szlak znowu zniknął!
W Szawałdzie pojawił się czerwony szlak i droga zmieniała się na szutrową, a zaraz potem na wykładaną z płyt jumbo. Droga zaczęła nas prowadzić raz w lewo, raz w prawo i coraz bardziej oddalaliśmy się od wału przeciwpowodziowego. Zniknął szlak! Ujrzeliśmy typowy dla Żuław, płaski krajobraz: drogi, rowy, przepusty, pola, wierzby i…płyty jumbo! Dla Ani i dla mnie i naszych rowerów, które były mocno obciążone, nierówne ułożenie płyt wcale nie przeszkadzało. Wszystkie nierówności amortyzowały opony i dętki. Jednak dla Pawła i jego nieobciążonego roweru ze wszystkimi możliwymi amortyzatorami, okazało się to być ciężką przeprawą. Każda nierówno ułożona płyta powodowała wybicie kierownicy do góry! Z kolei każdy otwór w płycie przenosił drgania na ręce i nogi. Paweł po prostu był za lekki na taki rodzaj nawierzchni. Po którymś kilometrze Pawłowi się odechciało. Wyzywał, że właściwie to nie wiemy gdzie jesteśmy i że te płyty jumbo chyba mu się przyśnią! Napomknąłem, że będzie jeszcze taki dzień, w którym płyty jumbo jawią mu się jako piękna autostrada. I jak się okazało, wcale się nie pomyliłem..

    Pokręceni przez drogę, zajechaliśmy do zabudowań gospodarskich i zapytałem człowieka o drogę. Okazało się, że znaleźliśmy się pomiędzy Lasowicami Wielkimi a Małymi. No cóż. Nie pierwszy raz zboczyliśmy z drogi… W nagrodę, od tych zabudowań nastał asfalt i to w bardzo dobrej dla rowerków jakości.

    Dalej już poszło jak z płatka. Droga o zerowym prawie natężeniu ruchu i do tego z wiatrem w plecy. Jechało się jak po maśle.
W Lipince stanęliśmy na popas przed sklepem spożywczym.

DSC03145

Uzupełniliśmy wodę, napoje izotoniczne, batoniki i trochę odpoczywaliśmy. Tymczasem, wokół nas krążył chłopiec, coś około 10 lat, który przyglądał się nam i wykazywał chęć do podjęcia rozmowy. Zagadnąłem więc:
– No jak tam wakacje? Byłeś gdzieś?
– U babci w Nowym Dworze.
– A teraz co masz ciekawego do roboty?
– Podrywam dziewczyny – wypalił – później za mną latają – zaskoczył mnie całkowicie!
– No to patrz – wskazałem na 15 latkę idącą do sklepu – Twoja okazja.
– Nieee, ta nie – i poleciał za sklep.
Przy następnej okazji też nie dał popisu, bo dziewczynka szła z dziadkiem. Coraz częściej jednak podskakiwał i wiercił się w miejscu. W końcu, nie doczekawszy się udanego podrywu, wsiedliśmy na nasze rumaki i pociągnęliśmy z wiatrem na północ.

    W Wiercinach spotkaliśmy się z Nogatem. W Jazowej przejechaliśmy pod mostem i stanęliśmy nad brzegiem na popas. Wtedy dojechał do nas na rowerze „Samotny Wilk”. Jechał z Kościerzyny dookoła Polski. Podzielił swoją wyprawę na 32 etapy. Jak zwykle w takich sytuacjach, wymieniamy się informacjami i zamierzeniami, ale tez i wspomnieniami z poprzednich rajdów. „Samotny Wilk” również podążał do Elbląga i dalej jeszcze do Fromborka. Miał też całkiem nieźle wypchane sakwy (takie same jak Ania i ja). Po krótkiej pogawędce, ruszył na północ do Kępek. My pojechaliśmy chwilę za nim.

    A w Kępkach Ania stwierdziła, że rower jej coś ciężko idzie!!! Oczywiście, złapała „gumę”!!! Zastanawiałem się, jak to jest możliwe!?! Taka ochrona przeciwprzebiciowa i fluidy, a tu masz! Klops! Zatrzymaliśmy się przed kościołem, na którym jakaś dobra dusza powiesiła transparent „Szczęść Boże podróżującym”. To tak na przekór, chyba…

DSC03157

Okazało się, że jeden mały zadzior spod fartucha spowodował drobne nacięcie na dętce. Fluid niestety nie pokrywa wewnętrznych powierzchni dętki. Siła odśrodkowa wyrzuca go zawsze na zewnętrze powierzchnie. Naprawa jednak nie trwała długo. Wszak mam już wprawę w takich sprawach. Paweł tymczasem powołał do życia Tygodnik „Na Flaku” i zaczął nagrywać relację z naprawy koła, komentując przy tym całe zdarzenie swoimi słowami, jakby udawał reportera.

    Do Elbląga dojechaliśmy już bez żadnych przygód. Pole namiotowe znaleźliśmy po przekroczeniu rzeki Elbląg, przy ul. Panieńskiej. Właścicielka zaproponowała nam uroczy zakątek, tuż nad samym Kanałem Elbląskim, w sąsiedztwie starych i ładnie pomalowanych starych maszyn i narzędzi rolniczych. Powiedziała nam, że dzisiaj rano odjechała z tego miejsca, też na rowerach tak rodzina, składająca się z taty i dwójki dzieci.
– Z taką aluminiową przyczepką? – zapytałem.
– Tak. Z taką lśniącą.
Tak więc „Deustche Skrzynka Team” podążał przed nami!!! A my, jak Ci szpiedzy z krainy deszczowców podążaliśmy ich śladem!

    Miejsce to przepiękne miało jednak jedną wadę, która znacznie obniża walory tego pola. Znajdowało się bowiem tuż przy wiadukcie drogowym, na którym ruch nie zamiera prawie wcale przez całą dobę!!! Hałas wszechobecny! Samo pole namiotowe bez zarzutu. Zastanawia tylko jednak ilość pryszniców w męskiej toalecie, który wynosi – jeden! Może to i wystarczy, czasem jednak tworzyły się kolejki. Zresztą czekając w takiej kolejce nawiązałem miłą rozmowę ze starszym… Australijczykiem holenderskiego pochodzenia. Był w trakcie zwiedzania Europy jako sposobu na emeryturę. Miła rozmowa zakończyła się wzajemnym, kurtuazyjnym zaproszeniem na kawę do domu, zarówno do Sydney jak i do Oleszna.

    Ruszyliśmy w miasto. Nie poznałem Starego Miasta, które jest w trakcie odnowy a właściwie budowy. Sami mieszkańcy mówią Stare – Nowe Miasto.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pięknie odrestaurowane całe ulice i kamienice już przyciągają turystów. Byliśmy także we wnętrzu katedry, której wieże widzieliśmy jeszcze na długo, długo przed Elblągiem. Na posiłek wstąpiliśmy do pizzerii Kaktus, przy 1 Maja. Nie polecamy jednak tego miejsca osobom niepalącym. W środku nie było dobrej wentylacji. Żadna zresztą nie dałaby rady palącym dziewczyńskim małolatom!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

    Oczywiście pojechaliśmy także tramwajem do CH Ogrody. Mus było kupić nową dętkę na zapas. Ale niestety w tamtejszym Carefour’ze były tylko te drogie i nieprzebijalne! Nie odważyłem się drugi raz kupić takiej dętki. Na Ankę po prostu nie ma mocnych!
Wypiliśmy na polu jeszcze po „napoju” i poszliśmy spać. Przed snem Paweł powiedział, że dzisiaj w nocy na pewno przyśnią mu się płyty jumbo. Ja z kolei śniłem o samochodach, które przejeżdżały po wiadukcie i zagłuszały moje sny, które z kolei były o samochodach, które…. Ania miała w uszach stoppery.

    Ocena pola namiotowego (od 1 do 6):
– teren pola i cena – 6 minus 2 za hałas = 4 (35zł)
– jakość toalet – 3 (0zł)
– obsługa – 6
– 300 m do sklepu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s