Dzień 2. Elbląg – depresja – Elbląg. 46 km.

19 maja 2024 r.

Elbląg – Kępki – Stobna – Nowinki – Marzęcino – depresja – Marzęcino – Orliniec – Solnica – Jazowa – Kazimierzowo – Władysławowo – Elbląg.

Po śniadaniu, wpakowaliśmy się na siodełka i tym razem ruszyliśmy w stronę najniższego w Polsce punktu na powierzchni ziemi. Czyli, krótko rzecz ujmując, przed nami niezła depresja. I to na rowerach! Oczywiście, zmierzaliśmy ku tej najnowszej i najniższej depresji, odkrytej już parę lat temu, ale potwierdzoną już przez naukowców.

Najpierw wyjechaliśmy z Elbląga, wprost na rozległe Żuławy. Przeprawiliśmy się przez Nogat i w Kępkach stanęliśmy obok kościoła. Dobrze znaliśmy to miejsce z 2008 roku, kiedy to Ania złapała tu kolejną gumę, a nasz syn, podczas wymiany dętki, powołał do życia podcast „Na flaku”, czy jakoś tak… Kościół zmienił się bardzo i już nie miał baneru „Szczęść Boże podróżującym”.

Kępki

Bardzo ładnym asfaltem zajechaliśmy do Marzęcina, w którym akurat trwała msza, z udziałem najświeższych dzieci komunijnych. Skierowaliśmy się na północ i dojechaliśmy do znaku przy drodze informującym, że po lewej, niezadaleko jest depresja, o którą się prosiliśmy. Na nasze nieszczęście, uruchomiłem mapy Google’a i ta nawigacja, w trybie rowerowym oczywiście, doprowadziła nas naokoło, no bo nie najkrótszą przecież drogą, do najniższego punktu w całej Polsce. To był chyba ostatni raz w życiu, w którym dałem się podprowadzić tej nawigacji, będąc na rowerze. No ale jak depresja, to i uczucia nie muszą być najlepsze.

Depresja na rowerze

Całę szczęście, że polna droga dojazdowa od szosy była w kiepskim stanie. Naturalnie ograniczyło to dojazd samochodami osobowymi i wymuszało spacer, choć osobówki powoli cisnęły w pobliże depresji. Ślady wskazywały także na samochody terenowe, które nie wiedzieć czemu, podjeżdżały dosłownie pod sam znak triangulacyjny. Kolorowo to i na pieszo też nie było. Wokół znaku stała jeszcze woda. Jeśli chciałeś dotknąć znaku, to tylko w kaloszach albo na boso. Woleliśmy jednak z 10 metrów obfotografować obiekt. Fajnie, że w tym czasie nie spotkaliśmy żywego ducha, tak więc kolejki do atrakcji nie było wcale!

I rowerem można zajechać depresję

Każda depresja musi się kiedyś skończyć! Czas wracać do Elbląga. Zamierzaliśmy skorzystać z innej trasy. Z Marzęcina pojechaliśmy więc na południe, i przez Orliniec i Solnicę, dojechaliśmy do starej 7-mki. Teraz idealna trasa dla rowerów. Poszerzone pobocze naturalnie wyznacza ścieżkę rowerową, a ruch aut był niewielki.

Tuż za Solnicą, gdy przejechaliśmy mostem nad Izbową Łachą, przydarzyła mnie się wpadka z opóźnionym zapłonem. Najechałem na coś plastikowego. Nie widziałem, tylko usłyszałem. Odwróciłem głowę i… nic nie zauważyłem. Spytałem Ani, czy coś widziała? Nic nie zauważyła. No to jechaliśmy dalej. Dojechaliśmy do Jazowej, przejechaliśmy mostem nad Nogatem i stanęliśmy pod drzewem. Upał wymusił mały odpoczynek. Sięgnąłem po telefon. I właśnie wtedy trafił mnie… szlag! Od razu połączony z depresją! Etui na telefon, na kierownicy, było puste!!! – Ja piętrolę – zakląłem siarczyście – Tamten dźwięk wtedy, to był mój telefon! Natychmiast siadłem na rower. Domyśliłem się, że tamten najechany plastik, to był mój wypadający z etui i uderzający w asfalt, telefon komórkowy. Żal potęgował fakt, że dopiero co wstawiłem do niego nową baterię, bo stara nie dawała rady. I zaczęła się moja jazda na czas. Gnałem jak opętany, dobijając do 39 km/h. Nie mijałem żadnych rowerzystów po drodze, więc przystanków na odpytki nie było. Tego dnia było po prostu pusto. Gdy do miejsca upadku zostało jakieś 300 m, zobaczyłem parę rowerzystów. On, zobaczył mój telefon. Zatrzymał się, zsiadł z roweru, cofnął się ze cztery kroki i podniósł zapewne mój telefon. Dziewczyna tylko patrzyła. Zdążyłem prawie dojechać do nich, nim chłopak wsiadł na rower. – Tak, to mój telefon w czarnym etui, z kółkiem z tyłu! – krzyknąłem, zanim jeszcze do nich dojechałem. Chłopak obejrzał telefon dokładnie i bez słowa mi go oddał. Podziękowałem najładniej jak umiałem i ruszyłem do Ani. Teraz wracałem pod wiatr i już nie było tak lekko, jak przed chwilą. Mimo to, cisnąłem ile fabryka dała. W międzyczasie zadzwoniła Ania i odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała mój głos. Wróciłem cały szczęśliwy. Misja ratunkowa zakończyła się pełnym sukcesem, choć z nerwów i wysiłku, moja wewnętrzna bateria wyczerpana była już w 3/4, jak nie przymierzając, w moim telefonie ze starą baterią. No to dłuższa chwila odpoczynku. Jeszcze nigdy nie byłem tak szczęśliwy i spompowany jednocześnie.

Jeszcze staliśmy, kiedy dojechała do nas znana mi para. Pozdrowiliśmy się serdecznie. Niedługo potem ruszyliśmy i my. Nie byłem w stanie dotrzymać normalnego tempa. Zanim dojechaliśmy do Elbląga, odpoczywałem jeszcze raz.

W Elblągu nie kluczyliśmy. Pojechaliśmy prosto do kwatery. Po toalecie, poszliśmy na obiad na stare/nowe miasto. To był ostatni dzień naszej kondycyjnej wprawki. Byliśmy z siebie bardzo zadowoleni. Czuliśmy się dobrze przygotowani do naszej skandynawskiej wyprawy.

Jutro, powrót do domu.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz