Hel – Gdynia. 83 km.

14 lipca 2024 r. oraz uaktualnienie z 31 sierpnia 2025 r.

Gdynia Hel – Jurata – Jastarnia – Kuźnica – Chałupy – Władysławowo – Łebcz – Swarzewo – Puck – Błądzikowo – Rzucewo – Osłonino – rezerwat Beka – Mosty – Mechelinki – Pierwoszyno – Kosakowo – Gdynia.

Już nie pamiętam, które to nasze jednodniowe rowerkowanie do albo z Helu. Tym razem, ze względu na turystów i tłok na Półwyspie Helskim, postanowiliśmy zmienić marszrutę. Najpierw pojechaliśmy pociągiem do Helu, a potem wracaliśmy do Gdyni rowerem. I to był strzał w dziesiątkę!

Najsamprzód, internetowo kupiliśmy bilety Regio dla nas i rowerów do Helu. W naszym porannym pociągu nie było zbyt wielu miejsc dla rowerów i podczas jazdy byliśmy świadkami niewpuszczania rowerzystów do pociągu. W czasie podróży zaciągnąłem języka u konduktora na temat przemieszczania się turystów na tej trasie. Jego odpowiedź właściwie mnie nie zaskoczyła. Tak gdzieś do godziny 1300 jest spokój. Po 1500 zaczyna się tłok. Turyści jeżdżą w obu kierunkach, a najliczniej między Władysławowem a Helem. Na koniec jest „armagiedon” ( jak mawiano „U Pana Boga w ogródku.” ). Wtedy nawet nie ma jak przejść, a co dopiero wejść z rowerem.

W Helu pojechaliśmy przejść się promenadą na końcu cypla, dotknąć złocistego piasku i zrobić parę fotek w drugą stronę, czyli na Gdynię. O tej porze plażowiczów było mało i spokojnie można było spacerować z rowerem po drewnianych deskach. Z samego końca, czy też początku Polski, tuż przy stacji meteo, zrobiliśmy parę ładnych fotek. Potem niespieszno przejechaliśmy obok portu, fokarium i przez miasto. Tym razem postanowiliśmy pojeździć po dawnym terenie jednostki wojskowej, teraz zmniejszonego do minimum. Do tej jednostki, w roku 1987, trafił na szkolenie podstawowe, czyli „unitarkę” Sławek, mój daleki kuzyn z Pałuk. Zasadniczą służbę skończył w 1989 r. jako marynarz Kompanii Reprezentacyjnej Marynarki Wojennej. Czyli zaczął służbę w lesie a skończył już na międzynarodowych asystach wojskowych. Czyli, nieważne jak zaczynasz. Ważniejsze, jak kończysz! Jechaliśmy więc wąskimi uliczkami i zastanawialiśmy się, jak tu musiało być wtedy? Dojechaliśmy do oczyszczalni ścieków i krzyżówek torów wąsko- i normalnotorowych.

Do głównego szlaku wróciliśmy przez las, wzdłuż starych torów. Szlak rowerowy nie zmienił się i na odcinku do Juraty, wciąż był szutrowy, o bardzo twardej nawierzchni. To jest chyba najładniejszy, leśny odcinek na półwyspie. W Juracie ścieżka biegnie brzegiem zatoki. To tam na niebie można zobaczyć mnóstwo kolorowych latawców od kitesurfingowców.

Jurata. Odpoczynek.

Później, do Władysławowa ścieżka ma polbrukową nawierzchnię. Niestety w wielu miejscach już rozjechaną i podbitą korzeniami drzew. Często też zatłoczona przez pieszych. Wciąż jednak odrębna od jezdni i z pięknymi widokami na zatokę. Władysławowo, to oczywiście mnóstwo pieszych i kolejek w punktach gastronomicznych. Pominęliśmy je, ponieważ mieliśmy ze sobą zapasy energii w sakwach.

Po raz pierwszy zmieniliśmy także trasę z Władysławowa i przejechaliśmy przez Łebcz. To tam jest piękny, panoramiczny widok z górki. Jeszcze ładniejszy jest wtedy, gdy kwitną rzepaki.

Za Łebczem.

To tam stoi także potężny zakład produkcji wszelkiej żywności, pod niemiecką nazwą pewnego doktora. A potem przejeżdża się bardzo, ale to bardzo blisko, wielkich wiatraków, których obracające się śmigła wydają charakterystyczny dźwięk. Ze stacji kolejowej w Swarzewie, trochę nadłożyliśmy drogi do centrum Swarzewa, po to by zobaczyć labirynt w kukurydzy, który od lat jest w tym samym miejscu. Potem dojechaliśmy do Kaczego Fyrtla czy Winkla, gdzie zawsze zatrzymujemy się na chwilę odpoczynku, podziwiając piękny widok na Puck i Zatokę Pucką. Następny odcinek to trzcinowisko, na którym obowiązkowo trzeba założyć okulary. Wszelkiego rodzaju owadów jest tam po prostu mrowie i podczas jazdy włażą nawet do nosa. Za to w Pucku jest drugie mrowie ale już turystów, na których trzeba uważać. W Błądzikowie zdecydowaliśmy się ominąć Cypel Rzucewski z osadą łowców fok i szosą dojechaliśmy do Rzucewa. Przejechaliśmy koło pałacu i wjechaliśmy na nową, asfaltową nawierzchnię alei lipowej. Tak to można pedałować! Za Osłoninem wciąż stoi tablica informacyjna rezerwatu Beka, która zawiera nie jeden błąd ortograficzny. Ciekawe, czy ktoś rozpisze konkurs pt.: Znajdź wszystkie błędy na tej tablicy”. No ale skoro tablicę ufundowało biuro poselskie, to błędy wręcz muszą być! Pierwszy raz tę tablicę zobaczyliśmy w 2013 r. i tak jest do dzisiaj.

A w rezerwacie, jadąc po płytach jumbo, warto zatrzymać się i zrobić zdjęcie pozującym gęsiom.

Gęsi w rezerwacie Beka.

Zanim dojechaliśmy do najnowszego odcinka ścieżki, tuz przed przystankiem rowerowym, rozpadało się dość konkretnie. Jako zaprawieni w bojach, przywdzialiśmy tylko przeciwdeszczówki i jechaliśmy dalej, mijając zatłoczone, w większości przez rowerzystów, domki-schronienia. Przed Mostami dalej brakuje jakieś 700 m utwardzonej nawierzchni i jazda po tym odcinku jest możliwa, właściwie tylko po deszczu. Jeśli nie padało wcześniej, piach jest niemiłosiernym spowalniaczem. Następnym wyzwaniem jest podjazd w Mechelinkach a chwilę dalej, zjazd po wyrwanej przez wody opadowe ścieżce. Obie górki bardzo pochyłe a ta druga wręcz niebezpieczna.

Na wysokości klifu w Mechelinkach jest nowa, asfaltowa ścieżka rowerowa do Kosakowa. Potem to już tylko galeria Szperk i dojechaliśmy do domu.

Tę trasę bardzo lubimy i pokonujemy ja co roku. Dla różnorodności nawierzchni, widoków i wspomnień. Warto!

Do zobaczenia na szlaku!

Gdynia Hel – Jurata – Jastarnia – Kuźnica – Chałupy – Władysławowo – Łebcz – Swarzewo – Puck – Błądzikowo – Rzucewo – Osłonino – rezerwat Beka – Mosty – Mechelinki – Pierwoszyno – Kosakowo – Gdynia.

Do Helu dojechaliśmy z opóźnieniem. Nie przeszkadzało nam to wcale. Ruszylismy więc na czubek cypla, hen tam, gdzie stoi skraplacz wilgoci ze Star Wars… A potem spokojny powrót do domu. Bez wysiłku. Wszak po wyprawie po Szwecji wciąż mieliśmy w nogach moc. No i nie wiało.

Na niestety było też to, że ścieżka z kostki brukowej, z roku na rok ulega degradacji. Korzenie i rozłażenie się, robią swoje. Koniecznie z włączoną przednią amortyzacją. Widoki jednak rekompensują niedogodności i nie ma co, ale tą trasa jedzie sie przyjemnie. Od Władysławowa jest już super nawierzchnia, choć różna: asfalt, szuter, płyty betonowe i jumbo (yomb) czy ubita wąska ścieżka. Tam zawsze jedzie się przyjemnie. Poza dwoma wyjątkami: odcinek w Mechelinkach i tuż przed Mostami. No coż, wszak to międzynarodowe EuroVela, 10 i 13. I chyba dlatego, że są dwie trasy naraz, to wciąż mają dwa odcinki wstydu.

Ostatni dzień wakacji spowodował pustki na trasie, choć rowerzytów, rolkarzy i deskorolkarzy nie brakowało. Odcinki z najlepszymi jakościowo nawierzchniami to: Hel-Jurata, Wladysławowo – Łebcz – Puck, Osada Łowców Fok – Rezerwat Beka, Moście Błota – szosa nr 100, Mechelinki – Gdynia. Reszta rekompensuje widokami i atrakcjami. Najbardziej zaciekawił nas klucz gęsi, lecących nad osadą łowców. Generowały w tej ciszy taki piękny hałas, że zatrzymali się wszyscy bez wyjątku, i zadarli głowy.

W sumie, te 92 km, dały nam dużo relaksu i pięknych widoków. Jak co roku, warto tu przyjechać.

Do zobaczeniu na szlaku!

Dodaj komentarz