Dzień 10. Chmielno – Łeba. 48 km.

16 lipca 2009 r.

Chmielno – Kożyczkowo – Mirachowo – Palestyna – Ameryka – Bunkier „Ptasia Wola” – Kobylasz – Linia – Popowo  – Lębork lokomotywa Łeba.

Łiki Chłedzo? Guma nr 2 i quiz.

    Po śniadanie pojechałem rowerem do sklepu w Zaworach. Mogłem kupić co chciałem, ale niestety nie przyjmowali zapłaty kartami, a jedynie gotówką. Musiałem przekalkulować ilość potrzebnych kalorii na posiadane złotówki i kupić te produkty, dzięki którym zajedziemy najdalej.

    Zwijanie obozu szło nam teraz jak zawodowcom. Każdy wiedział co ma robić, by szło jak najsprawniej. Ruszyliśmy w stronę Chmielna, gdzie odbiliśmy na północ. Zaraz za Chmielnem odbiliśmy w lewo do Kożyczkowa. Akurat droga szutrowa była zamieniana przez robotników na polbrukową. Pewnie do końca lata zdążą ją już skończyć, więc teraz na mapach widnieje zapewne „nieaktualność”.
Przecięliśmy szosę 211, gdzie ruch był tak duży, że czekaliśmy prawie minutę by przejść na drugą stronę. W końcu udało się. Droga asfaltowa do Kożyczkowa opadała w dół. Ale widać już było, że za tą właśnie miejscowością, teren podnosił się tak niesamowicie w górę, że droga serpentyną pięła się ku górze, a końca jej nie było widać. Oczywiście Paweł i ja postawiliśmy sobie za punkt honoru, by podjechać bez podprowadzania. Musieliśmy jednak zatrzymać się raz i poczekać na Anię. W końcu po dwóch 180-stopniowych zakrętach, wyjechaliśmy z lasu i stanęliśmy na szczycie. Gdyby nie cień lasu na tej drodze, pewnie wypocilibyśmy się do cna!!!

    Teraz ładną drogą szutrową, między polami, jechaliśmy na północny-zachód, aż dojechaliśmy do wielkiego i starego lasu liściastego. Droga miejscami była nawet mokra i stały kałuże, co w takim upale dodawało rześkości. Las skończył się tuż przed Mirachowem. Liczyliśmy na jakiś posiłek, ale okazało się, że właściwie nie ma tam żadnego baru. No to pojechaliśmy dalej. W celach poznawczych, nasza droga wiodła do PALESTYNY. O dziwo, około 2,5 km na północ natknęliśmy się na  miejscowość AMERYKA. Właściwie można by długo nie wyprowadzać przyszłych słuchaczy z błędu i długo się upierać, że jednego roku rowerami byliśmy zarówno w Ameryce jak i w Palestynie!!!

     Dojechaliśmy ładną asfaltówką do leśniczówki. Przyznam się szczerze, że ta leśniczówka wywołała u mnie opad szczęki. Kapliczka, miejsce na ognisko, pięknie zagospodarowany teren i okazały budynek. Widać, że myśliwi i leśnicy włożyli tam niesamowitą ilość pracy. Brawo panowie i panie.

    Jadąc do jeziora Lubygość zauważyłem, że po lewej stronie drogi nagle teren zaczął opadać tak szybko, że gdy spojrzałem po kolejnych stu metrach, mrówki przeleciały mi po nogach i zjeżyły mi się włosy na plecach. Takiego uskoku doświadczyć można właściwie tylko w górach!!! Po prostu przepaść. Droga zaczęła mocno opadać w dół, do rezerwatu Lubygość. W końcu sięgnęliśmy dna, czyli dojechaliśmy do lustra wody i ostro zakręciliśmy w lewo. Oczywiście, przeważnie gdy ostro zjeżdża się w dół, z reguły zaraz potem jest pod górę. Tak było i tym razem. Dodatkowo, musieliśmy podjąć decyzję, czy trzymać się szlaku, czy dukty! Rozsądek wziął górę i pojechaliśmy leśną drogą. Szlak wybitnie był dla nieobciążonych rowerów albo nawet dla piechurów. Udało się nam podjechać całkiem żwawo. I tak dojechaliśmy do rozwidlenia dróg. W prawo wiodła ładna, wysypana kamyczkami droga, a w lewo, normalna leśna. Stanęliśmy i zacząłem się zastanawiać, którą wybrać. Wtedy poczułem się jak ten Janko Muzykant, na ramionach którego siedziały dwa diabełki. Jeden mówił w prawo a drugi w lewo… I wtedy samochodem terenowym dojechała do nas straż leśna. Kierowca, starszy pan wyglądający na leśniczego lub nawet nadleśniczego, zgasił silnik i zapytał dokąd jedziemy. Od strony pasażera wysiadł młody człowiek, z … pistoletem. Na koszulce miał napisane STRAŻ LEŚNA. Wywiązała się rozmowa. Wszyscy trzej panowie okazali się tak miłymi gośćmi, że nie dość że wytłumaczyli nam która droga jest do Kobylasza najwłaściwsza i dodatkowo całą topografię terenu, to namówili nas na odwiedzenie miejsca, w którym oryginalnie kiedyś był bunkier PTASIA WOLA, którego replikę mieliśmy okazję zwiedzić w szymbarskim skansenie. Rozmawialiśmy normalnie, znaczy się po polsku. Nagle, drogą przejechały dwie starsze, miejscowe osoby na jeszcze starszych chyba rowerach. I nasz leśniczy lub nawet nad, ni stąd ni z owąd, krzyknął do przejeżdżających:

 – Łiki chłedzo?

Rowerzyści zatrzymali się jakieś 30 metrów dalej i wywiązała się między nimi taka trochę krzyczana rozmowa. Myślicie, że rozumieliśmy o czym mówią?!? Nic podobnego! Nie krzyczeli do siebie dłużej niż minutę. A my staliśmy z dziobami otwartymi, z niedowierzaniem, jak niezrozumiały może być język kaszubski. Oczywiście, mieliśmy świadomość przykładów z telewizji. Na żywo jednak poczuliśmy się jak … w innym państwie. Niby Polska a mówią tak niezrozumiale. Po zakończonej krzyczance, starszy pan oczywiście wytłumaczył nam słowo po słowie, o czy oni rozmawiali. Byliśmy pod takim wrażeniem, że nie pozostało mi nic innego, jak poprosić ich o zrobienie sobie wspólnego zdjęcia.

DSC05453

    Oczywiście pojechaliśmy do bunkra. Po drodze, zapytałem czy ktokolwiek pamięta, jaki pseudonim w partyzanckim Gryfie Pomorskim, miał ojciec Janka Kosa w Czterech Pancernych? Nikt nie wiedział. Ja też nie. I długo mi to nie dawało spokoju.

    Droga opadała mocno w dół. Zaczęliśmy żałować, że tracimy zdobyte wysiłkiem metry nad poziomem morza na jeszcze nie wiadomo co. Po około kilometrze, zobaczyliśmy po prawej stronie tablicę informacyjną, krzyż i …. resztki bunkra. Według opowieści leśników, bunkier został rozgrabiony na potrzeby skansenu, co widać było gołym okiem. Oczywiście, weszliśmy do środka. Mały, ciasny i ciemny (weźcie latarki) nie był najlepszym miejscem do zwiedzania. Jednak historia z tablicy informacyjnej unaoczniła nam, jaki bunkier musiał być wtedy ogromny. Dlatego gorąco polecamy taką kolejność zwiedzania, jaką my przez przypadek zrealizowaliśmy. Najpierw Szymbark a potem stary bunkier. Inaczej można się rozczarować. Z drugiej strony, skoro w Szymbarku jest replika, to gdzie jest oryginał? Chyba coś nie tak panowie!!!

DSC05455

    Według instrukcji leśników, nie musieliśmy się cofać do poprzedniej drogi, tylko dalej jadąc wysokim, północnym brzegiem jeziora Lubygość (skąd taka nazwa?) mieliśmy powrócić do tej samej. Tak też i było. Ledwo wyjechaliśmy z lasu, naszym oczom ukazał się Kobylasz, Zresztą pięknie położony nad bardzo malowniczym jeziorkiem. Od Kobylasza, piękną szutrówką, dojechaliśmy do Linii, która zaskoczyła nas swoją infrastrukturą! W centrum była fontanna, a tuż obok sklep i ….pizzeria!!! Zamówiliśmy trzy. Jedliśmy jednak nie w pizzerii, ale siedząc przy fontannie. Było orzeźwiająco-sycąco-relaksująco-przyjemnie!!! Właściwie, to nie chciało nam się jechać dalej, tak było tam zajebiaszczo!!!

    Upał nie upał, jechać jednak trzeba było. Wstępnie zakładaliśmy, że musimy zdążyć na pociąg Lębork – Łeba, który odjeżdżał około 1600. No to pojechaliśmy. Teraz szeroka asfaltówka wiodła nas do Zakrzewa a potem do Popowa. Po drodze nie było żadnego lasu, więc słońce zrobiło swoje i w Popowie opadliśmy z sił. Zarządziliśmy postój. Spojrzałem w mapę i przyglądając się poziomicom powiedziałem, że teraz chyba powinniśmy zjeżdżać w dół. Ale mapa nie była zbyt dokładna, toteż przestrzegłem, żeby nie wierzyć mi tak do końca.

    Tuż za Popowem był jeszcze jeden, całkiem spory podjazd. Pojawił się za to las. I wyobraźcie sobie, że od tego momentu, cały czas w lesie, jechaliśmy a czasami nawet pędziliśmy w dół… jakieś 2,5 km!!! Nawet się nie spodziewałem takiego zjazdu! Dojechaliśmy do samego Lęborka i zaraz później na stację PKP. Kupiliśmy bilety i czekaliśmy na pociąg. Wtedy zauważyłem, że Pawła rower ma bardzo mało powietrza w przednim kole. Napompowałem, a powietrze nie schodziło. Trochę się przestraszyłem, bo prędkość na przedlęborskim zjeździe dochodziła czasami do 40km/h i przy flaku z przodu mogło się coś niedobrego wydarzyć. Paweł jednak zapewnił mnie, że powietrze musiało zejść przed chwilą. Obiecałem temat sprawdzić dopiero w Łebie.

    Zajechał już opóźniony na starcie szynobus z Pesy. Nie było dużo pasażerów. Za to w Łebie, od samego początku, dało się zauważyć tłumy ludzi. Jedni czekali na pociąg, inni chodzili w lewo, a jeszcze inni w prawo. Będąc w Łebie w 2005 roku, obiecaliśmy sobie, że następnym razem zatrzymamy się na wypasionym polu namiotowym nad rzeką. I tak zajechaliśmy do Rafaela. Wykupiliśmy nawet dostęp do internetu by ewentualnie uaktualnić oprogramowanie w PSP, jednak nie było tak łatwo. Namiot rozbiliśmy w zatoczce wytyczonej przez żywopłot, wykąpaliśmy się i poszliśmy na drugą stronę, do krytego strzechą baru. Najedliśmy się i ruszyliśmy w zatłoczone miasto.

DSC05480

     Nie zagłębialiśmy się zbytnio bo następnego dnia wypadał nam dzień przerwy. Nie można przecież pedałować non stop. Tyłek też musi odpocząć. Zarządziłem, że następnego dnia nawet nie dotkniemy rowerów. Wszystkim się to spodobało, jednak następnego dnia trochę pożałowaliśmy naszej decyzji.

     Na sam wieczór do namiotu, dopisaliśmy sobie do rachunku trochę trunku. I było wesoło…
A pseudonim ojca Janka Kosa to:

a) Gryf
b) West
c) Grab
Chętni proszeni są o wysyłanie odpowiedzi sms-em o treści a, b albo c pod numer 79…..

Ocena pola (skala od 1 do 6)
– teren pola i cena – 6 (136 zł za dwie doby),
– jakość toalet – 6 (0 zł)
– obsługa – 5
– 100 m do sklepów i barów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s