Dzień 7. Iława – Kwidzyn. 56 km.

12 lipca 2013

Iława – Ząbrowo – Gałdowo – Łęgowo – Pławty Wielkie – Trumiejki – Jaromierz – Wandowo – Kwidzyn

    Zakupy na śniadanie zrobiłem nieopodal, idąc po nie nogami.

    Przyznam, że nie chciało nam się wyjeżdżać z Iławy. Tak fajnie się mieszkało w tej kwaterze, że moglibyśmy zostać w niej jeszcze jeden dzień. Ale wcześniej umówiliśmy się z rodzicami, że tego dnia spotkamy się w Kwidzynie. Dzień zapowiadał się deszczowy. Pomimo niechęci, ruszyliśmy w trasę. Turysta rowerowy ma to do siebie, a my takimi jesteśmy, że nie załamujemy rąk, tylko czasem staramy się przezwyciężyć niedogodności. Nam przyszło przezwyciężać te „trudności” w różnych miejscach.

    Z Iławy wyjechaliśmy ścieżką, najpierw asfaltową a potem leśną, która wiodła nas wzdłuż zachodnich brzegów jezior: Kamionka i Szymbarskie. Jeszcze wtedy nie padało. Dojechaliśmy po szutrze do Ząbrowa, mijając po drodze kilometrami sady czereśniowe. Moje ulubione owoce sezonowe.

    W Ząbrowie stanęliśmy przed przejazdem kolejowym. Czekaliśmy, aż maszyna na torach odpowiednio ułoży nowe szyny. Na naszych oczach układano torowisko pod przyszłe Pendolino. Pociągi w tym miejscu jeździły tylko jednym torem i wolno, dlatego długo czekaliśmy aż zapory kolejowe pójdą w górę. Z lekka zaczęło popadywać.

    Do Gałdowa jechaliśmy boczną drogą asfaltową. W lesie przed Łęgowem dopadła nas pierwsza ulewa. Padało tak mocno, że z kasku wypłukiwało sól z potu i taka słona woda zalewała mi oczy. Zaczęło szczypać. Zjechaliśmy więc pod wielkie drzewo. Wyjęliśmy naszą 5×4 m niebieską płachtę przeciwdeszczową i opatuliliśmy się nią, razem z naszymi rowerami. Czekaliśmy dobre 15 minut zanim przeszło. Nie przestało padać całkowicie gdy zdecydowaliśmy się wyjść z „niebieskiego” ukrycia. Swoją drogą musiało to zabawnie wyglądać z daleka. Taka ogromna niebieska kula a w niej nie wiadomo co. Jechaliśmy w kolejności: ja pierwszy, Paweł tuż za mną, niestety zbyt blisko i po 10 metrowej przerwie Ania. Ruch był bardzo niewielki. Paweł zagapił się i wjechał w kałużę, która okazała się zalaną wodą dużą dziurą. Wykręciło mu kierownicę i przewrócił się na asfalt. Prędkość nie była duża. Myślałem, że nic się nie stało ale z małego palca lewej dłoni powoli kapała krew. Paweł zdarł sobie skórę na opuszku. Pierwszy ranny naszej wyprawy. Ania opatrzyła Pawłowi ranę i po stwierdzeniu, że do wesela się zagoi, ruszyliśmy dalej.

    Między Pławtami Wielkimi a Grodźcem przekroczyliśmy granicę województw: warmińsko-mazurskiego i pomorskiego. Biegła wzdłuż starego, nieczynnego torowiska, relacji Prabuty – Kisielice. Dawno temu przejeżdżałem tędy pociągiem. Teraz rowerem. Czasami historia wyprawowca tak się właśnie zapętla.

    W Trumiejkach schowaliśmy się pod wiatą przystanku. Dopadła nas znowu ulewa. Staliśmy długo, bo przeszły nad nami co najmniej dwie rzęsiste ulewy. Przebraliśmy się więc na nieco cieplejszą wersję. Nie czekaliśmy jednak aż całkowicie przestanie padać. Jeszcze mżyło, gdy ruszyliśmy dalej. Właściwie padało raz mniej raz więcej. W Klasztornym znowu stanęliśmy na przystanku. Przez Wandowo przejechaliśmy bez przystanku, chociaż deszcz wzmagał się. W końcu stwierdziliśmy, że możemy do Kwidzyna dojechać w deszczu. Było już bardzo blisko. Minęliśmy Krzykosy i w Bądkach wjechaliśmy na szosę nr 55. Tutaj ruch był spory. A ścieżki rowerowej nie było. Do Kwidzyna wjechaliśmy więc dodatkowo ochlapani przez samochody, które traktowały nas jak natrętów.

    Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy sobie pokój w hoteliku MOSiRu przy Sportowej. Ledwo tam dojechaliśmy, nie zdążyłem nawet wnieść bagaży gdy przyjechali teściowie. Okazało się, że tego dnia zjedliśmy domowy obiad, przywieziony w odpowiednich opakowaniach i który był jeszcze ciepły!!!. Zanim jednak zaczęliśmy go pałaszować, wykąpaliśmy się, rozwiesiłem linki i rozpoczęliśmy suszenie. Wszystko co mieliśmy na sobie było na wskroś mokre.

    Sam hotel to relikt sportowego PRL-u. Jakość nie idzie tu w parze z ceną. Obsługa była taka sobie. Ale w cenie było śniadanie. Gdy odjechali teściowie, położyliśmy się spać. Tego dnia mieliśmy wszystkiego już serdecznie dość. Zwiedzanie zamku zostawiliśmy na następny dzień.

2013-07-13 10.54.25

 Nasza ocena:

  • pokój – 3
  • sklep – nie oceniany, jedzenie mieliśmy od teściów
  • obsługa – 3 z plusem za śniadanie.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s