10 czerwca 2026 r.
Mönsterås – Bo – Forsa – Stora Forsa – Forsalid – Nyelund – Emsfors – Påskallavik – Norra Vånevik – Åstranden – Gunnarsdal – Klämna – Oskarshamn.
Ślad trasy z mapy.com tutaj.
Ten dzień zanosił się na bardzo lekuchny. Do przejechania jakieś 3o km z haczykiem i dużo szlaku przez lasy, co w Szwecji wprost przekłada się na szosę albo szuter z zerowym prawie ruchem aut i … wyludnieniem.
Najpierw jednak, czekała nas wizyta w sklepie i zwrot opakowań kaucyjnych. Okazało się, że tym razem mieliśmy do czynienia nie ze zwykłym butelkomatem a z… 40 stopowym kontenerem. W Szwecji jest coraz więcej takich punktów, zlokalizowanych przed sklepami. Gdy tak szedłem do połykacza z trzema buteleczkami, zajechał autem przed stację młody chłopak, wyciągnął z bagażnika dwa 60 l worki pełne opakowań i wszedł do środka, tuż przede mną. Nauczony polskim doświadczeniem pomyślałem – „No pięknie… Teraz będę tutaj stał do emerytury Ani, patrząc, jak ten człowiek pojedynczo wrzuca dwie setki butelek! A może mnie przepuści, widząc moje buteleczki?” Nie przepuścił… Wtedy zobaczyłem, że nie musiał! Otworzył wielką gardziel maszyny i wsypał cały worek opakowań na raz! Zamknął gardziel i maszyna ruszyła. Po trzydziestu sekundach dosypał resztę z drugiego worka. Cała operacja zajęła mu jakieś dwie minuty. Nacisnął przycisk i pożegnał się z uśmiechem. No teraz to musiałem zajrzeć do tej gardzieli, i już! A tam… nierdzewna betoniarka z dziurą w dnie. W sumie prosta maszyna. Tylko człowiek zastanawia się, dlaczego w Polsce najpierw zafundowali nam kolejkę, nerwy i komunikat „nieznane opakowanie”, a dopiero potem technikę? Dobrze jednak, że kontener stał na zewnątrz i poza sklepem, bo zapach w środku przypominał aromat fermentującej gospodarki obiegu zamkniętego. Zupełnie odwrotnie niż mój nastrój. Moje trzy buteleczki maszyna też mieliła 30 sekund a potem z wydrukiem, Ania weszła do sklepu i znów nabyła na drogę trzy butelki z witaminizowanymi napojami. Czyli system działał. Oddaliśmy trzy. Kupiliśmy trzy. Mogliśmy jechać dalej.

Tego dnia, szlak był nad wyraz dobry, ze względu na przeważającą liczbę oddzielonych od szos, ścieżek rowerowych. A jeśli już jechaliśmy poza miejscowościami, to Euro Velo 10 była po prostu pusta. Nie „mało ruchliwa” tylko pusta. Jakbyśmy wjechali na zakazany teren. Do tego raz po raz słoneczko i wiaterek w plecki. Noż k… pięknie!
I wtedy, jakby mało było nam dobrego, natknęliśmy się na wielką Forsę! Oto stanęliśmy przed znakiem z nazwą miejscowości Forsa. A ponieważ wypisana była wielkimi literami, no to jak byk, była to WIELKA FORSA!

Chwilę potem wjechaliśmy do lasu i szosa zaczęła wić się jak wstęga, dając nam w sumie ciekawe, jak na Szwecję, widoki. A jak człowiek tak patrzył zaciekawiony przed siebie, to nagle licznik rowerowy pokazał nam 200 km, licząc od drzwi naszego domu. A właściwie to od drzwi garażu. I znowu przybyła kolejna sprawność na rękawek harcerza-rowerkowca.

W Påskallavik natknęliśmy się na coś, co nazwałem zatoką sztuki. Tuż przy szosie, w przydomowym sporym ogrodzie, zamontowano różne instalacje, których nie sposób było przeoczyć. Zaciekawiła mnie bardzo wielka głowa francuskiej partyzantki, choć nie kumałem jej znaczenia? Ale, gdyby wszystko było jasne, człowiek nie miałby o czym pogadulać.

Ponieważ etap nie był za długi, w Oskarshamn postanowiliśmy najpierw zjeść posiłek, a potem zameldować się w hotelu. Wjechaliśmy więc mostkiem na małą wysepkę i rozsiedliśmy się szeroko w przeszklonej restauracji. Piękna, portowa panorama, smaczne jedzenie i mało ludzi. Nastrój psuł trochę widok zacumowanego promu, który kursował na Olandię. Wszak nasz pierwotny plan zakładał, że mieliśmy tym promem przypłynąć z Byxelkrok, kończąc przejazd po Olandii. Ale Szwedzi wymusili inny krok i zmienili nasze plany, mocno je przetasowując. Widocznie uznali, że było za mało przygód na naszej trasie. Nie zmieniło to jednak faktu, że w tym mieście zakończył się nasz plan awaryjny i wróciliśmy na stare tory. Dosłownie i w przenośni. I jakoś tak poczułem się bardziej zadowolony.

Nasz hotel nie dysponował osobnym pomieszczeniem dla rowerów. Miał jednak mikroparking, usytuowany tak zmyślnie, że nawet przechodząc obok, rowery były mało widoczne. Taki szwedzki, prawie klasy premium, system ochrony. Przypiąłem je wszystkim co miałem (plus w myślach kotwica z promu na Olandię) i poszliśmy do pokoju. Ciągle miałem problem z tym, że w Szwecji raczej nie ukradną mojego polskiego roweru. Ale co zrobić, gdy uwielbiam się bić. Szczególnie z własnymi myślami.
A w nocy? Cóż… W pobliżu znajdowała się elektrownia jądrowa. I chyba właśnie dlatego poczułem wielki przypływ energii…
Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.