Dzień 1. Elbląg – Frombork – Elbląg. 80 km.

18 maja 2024 r.

Elbląg – Jagodno – Kamionek Wielki – Suchacz – Tolkmicko – Chojnowo – Narusa – Frombork – Ronin – Nowiny – Krzyżewo – Pogrodzie – Huta Żuławska – Zajączkowo – Milejewo – Piastowo – Dąbrowa – Elbląg.

Produkty na śniadanie kupiliśmy dzień wcześniej. Rankiem Ania przygotowała z nich wspaniały posiłek. Pogoda była piękna, ale nie dla rowerkowców. Słońce było zbyt mocne, a i wiało też za mocno. Z wiatrem zawsze sobie radziliśmy tym bardziej, że mieliśmy przy rowerze po jednej, a nie po cztery sakwy. Gorzej ze słońcem. Z roku na rok znosimy je coraz gorzej.

Zanim wyjechaliśmy z Elbląga, podrowerkowaliśmy do piekarni, po małe co nieco na drogę i picie. Od paru lat nie używamy już samej wody. Przygotowujemy domowego izotonika (woda, miód, sól, cytryna) albo kupujemy gotowe. Ech, człowiek młodszy był, to i wodę z kranu pił…

Najpierw parliśmy na północ, szosą nr 503. Ruch aut był niewielki, toteż i jechało się przyjemnie. Coś tak po 7 km, na wysokości szosy do Nowakowa, z lewej strony dołączył do nas szlak Eurovelo 10 (EV 10). No nie tak, że od razu ścieżka! Oprócz znaków szlakowych, nic się nie zmieniło. Obok za to biegły stare tory kolejowe do Tolkmicka. Może jednak znowu jechaliśmy tu za wcześnie? Może kiedyś będzie tu i ścieżka?

Towarzyszyły nam niesamowicie otwarte przestrzenie. Na lewo daleki widkok na Zalew Wiślany. Na prawo puste pola i domy tylko gdzieniegdzie. Mimo to, tablicę z końcem granicy administracyjnej Elbląga, minęliśmy po 8 km. A to ci…

Po 10 km jazdy, koło Jagodna, zrobiliśmy sobie krótki postój dla poprawienia krążenia w nogach i rękach, czyli w dolnej części pleców. Przydałyby się jagodzianki, ale jeszcze nie czas na nie… Do Kamionka Wielkiego jechało się nam bardzo przyjemnie. Las zasłonił promienie słońca. Minęło znów sporo czasu, zanim powitała nas tablica końcowa Kamionka. To chyba taki urok tych miejscowości? Taki trochę rozwleczony. Za to od czasu do czasu, po naszej lewej stronie można było podziwiać, całkiem bliski już Zalew Wiślany.

Gdy Dojechaliśmy do skrzyżowania z drogą do Nadbrzeża, pojawił się także Szlak Green Velo. Jeden z naszych ulubionych szlaków, którego trzy-czwarte przejechaliśmy, zanim go wybudowano.

Green Velo

Ależ to były wtedy przygody! Po chwili dojechaliśmy na brzeg zalewu i w Suchaczu, wjechaliśmy do przystani. Jeszcze nie było letniego obciążenia, ale jakieś zajęcia z młodzieżą jachtową już trwały. Za to ruszył bar, do którego odwiedzenia zachęcała nas jej obsługa. Nie skorzystaliśmy.

Suchacz marina

Wyjechaliśmy na główny szuter i od teraz, każdy pojazd wzbudzał tumany kurzu. No trochę nieprzyjemnie się zrobiło, ale tylko do ronda, na którym znowu pojawił się szlak EV 10, i na dodatek piesza droga św. Jakuba. Trójszlak nie trwał jednak zbyt długo. Po 600 m dwa z nich odeszły w prawo, a my zostaliśmy na… betonowych płytach Green Velo. Nie przepadamy za taką nawierzchnią, ale była za to z dala od ruchu ulicznego. Po jakimś czasie, szlak doprowadził nas do plaży. To było bardzo urokliwe miejsce, w którym zatrzymywali się wszyscy rowerkowcy. No i spotkaliśmy też wieloosobową ekipę, która zmierzała do Białegostoku.

Pęklewo plaża

Trochę fotek i ruszyliśmy, bo wiało niemiłosiernie. Po naszej lewej stronie, na tym wąziutkim pasie ciągnął się Park Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej. No cóż, wysokości jak dotąd nie było, ale zapewne te wzgórza, widoczne po prawej, przyniosą nam niedługo zmianę poziomic. Muszę dodać, że co chwila przyłączał się i odłączał od nas pieszy Szlak Kopernikowski, który zaczyna się w Grudziądzu, a kończy w … Grudziądzu, czy może na odwrót…

Gdy minęliśmy wszystkie kadyńskie plaże i ośrodek wypoczynkowy dla ryb (czytaj: stawy hodowlane), wjechaliśmy do Świtezi, przepraszam, do Tolkmicka. Całe szczęście, bo upał był już nie do wytrzymania i chcieliśmy pobyć trochę w cieniu. Zajechaliśmy więc na rynek, na którym ktoś mądry postanowił postawić wiatę nad pompą wodną, dającą cień takim jak my. Odpoczywaliśmy zatem trochę dłużej.

Wyjeżdżając z Tolkmicka, minęliśmy stację kolejową, przy której operowały drezyny. A ponieważ drezyna, to połączenie lokomotywy z rowerem, to chyba kiedyś tu przyjedziemy jeszcze raz!

Wyjechaliśmy z Tolkmicka z nowymi siłami. Najpierw asfaltem, potem trójszlakiem po płytach betonowych i w końcu po szutrze. No i właśnie wtedy, kolejne poziomice zbiegły się prawie w jedno miejsce! W porównaniu do nadzalewowego etapu, ten jawił się bliski górskiemu! Najgorzej było stanąć. Wtedy komarzyce osaczały nas jak zombie ludzi, w jedynie słusznych filmach! No i Ania na dodatek zgubiła gumkę do włosów. Masakra! Jedyny plus, to las i cień. Jak już jechałeś, to było przyjemnie. Co chwila, z górki pędzili na rowerach ci, co w przeciwną. Zrozumiałem ich później, kiedy zobaczyłem niemalże górski zjazd dla nas. Dobrze, że jechaliśmy w tę, a nie w przeciwną stroną.

Gdy dojechaliśmy do szosy nr 504 stwierdziliśmy, że dalej pojedziemy EV 10, czyli szosą. Minęliśmy Narusę i wjechaliśmy do Fromborka.

W 2010 r. też byliśmy tu rowerami, ale wtedy przypłynęliśmy statkiem desantowo-rowerowym z Krynicy Morskiej. Po zajrzeniu tu i tam oraz przywitaniem się z Mikusiem na Starym Rynku, dotarliśmy po zapachu do gospody. Byliśmy już nieźle strudzeni i wszystko nam smakowało. Niezdrowe jedzenie też!

Powrót do Elbląga miał być prosty jak drut: więcej szosy a mniej szutrów. Przejechaliśmy więc obok parku astronomicznego, do którego nie mieliśmy w planie wstępować, zostawiając tę atrakcję na kiedy indziej. Potem, przywitaliśmy się z Roninem i z dobrymi Nowinami, wjechaliśmy do lasu. I to był jeden z piękniejszych kawałków trasy przejechanych w życiu. Cisza, las, szuter i my na rowerach. Bardzo dobre miejsce na fotografię pamiątkową.

Ronin – niecały…

Za Krzyżewem znów wjechaliśmy na szosę 504 i od tamtej chwili miał być „drut” do samego Elbląga. No niby fajnie, ale po drodze, drut wyginał się w górę. Czekało na nas max przewyższenie na tym terenie. Byliśmy na 20 m.n.p.m., a mieliśmy podjechać na 195. Niby niedużo, ale po upalnym dniu, na spacerek się nie zanosiło. Tak więc parliśmy powoli do przodu i pod górę. Zaliczyliśmy kilka przystanków na poprawę krążenia albo na fotkę z trasy. Do Milejewa rzeczywiście było ciężko. Potem się uspokoiło. No a od Dąbrowy, w której byłem jako dziecko w odwiedzinach u wujostwa, i której teraz nijak nie mogłem poznać, rozpoczął się parokilometrowy zjazd do samego Elbląga. Zanim się zmęczyliśmy na amen, zdążyliśmy na zjeździe odpocząć na tyle, że jeszcze postanowiliśmy zwiedzić trochę Elbląga na rowerach. W szczególności zaś pole namiotowe, na którym biwakowaliśmy w lipcu 2008 roku.

Noc muzeów w Elblągu nie był zbyt obfity. W Muzeum Archologiczno-Historycznym odbywał się festyn z okazji jego 70. rocznicy powstania, ale jedna atrakcja ciągnęła mnie bardziej. Otóż kościół św. Mikołaja udostępnił swoją wieżę i wstęp na samą górę. Ciekawe, czy rogate dusze miały zniżkę?

Dodaj komentarz