18 czerwca 2023 r.
Wiedeń
Gdynia.
Z wyprowadzką z hotelu nie było żadnego problemu. Klucz od pokoju wrzuciliśmy do specjalnej skrzyneczki, stojącej w mikrorecepcji. Objuczyliśmy rowery i wyprowadziliśmy dobytek przez automatyczne drzwi, na zewnątrz. O tej godzinie, czujnik reagował tylko na wyjście. Od zewnątrz drzwi nie otwierał.

Przez pustą o tej porze dnia Favoritenstraße, w pięć minut dojechaliśmy do dworca kolejowego. Kończył się nasz wspaniały pobyt w Niemczech i Austrii. Wracaliśmy do Polski uśmiechnięci i zadowoleni. Do naszego ukochanego kraju, który już w Wiedniu, postanowił poprzez Intercity, sprawić nam zimny prysznic polskiej rzeczywistości. A gdzie tam zimny! Prysznic był lodowaty!
Gdy wchodząc na peron, zobaczyłem na wyświetlaczu, że w naszym pociągu EC/IC Sobieski, brakuje wagonu nr 348 (tego rowerowego), pomyślałem po polsku, że zapomnieli go wstukać. Gdy podepchnęli wagony okazało się, że Oni wcale się nie pomylili! Naszego wagonu po prostu nie było! Czworo rowerzystów, w tym my, z biletami na ten wagon, stanęliśmy w osłupieniu. Podszedłem do austriackiego konduktora. Ten ze spokojem oświadczył po angielsku, że „Wagon nr 348 nie istnieje”, po czym dosłownie uciekł na drugi koniec pociągu. No to dwójka czeskich rowerzystów poszła do pierwszego wagonu, a my do ostatniego, z numerem 349. Rowery ustawiłem przy ostatnich drzwiach, czyli tak, jak przed laty było normalką przewożenie rowerów w Polsce i usiedliśmy w pierwszym przedziale obok. Aby podróżnym było łatwiej przechodzić, poluzowałem sztyce pod kierownicami i wykręciłem je o 90 stopni. Same rowery przypiąłem expanderami i zahamowałem. Pociąg ruszył i po jakimś czasie przyszedł konduktor. Pochwalił, że dobrze ustawiliśmy rowery i nie odpowiedział na pytanie co dalej. Po prostu nie wiedział!

W czeskim Brzecławiu zmieniła się obsada konduktorska. Z austriackiej na czeską. Wtedy, w rozmowie z konduktorem dowiedziałem się, że nasz wagon 348, popsuł się wczoraj w drodze do Wiednia i został odczepiony.
W czeskim Boguminie zmieniła się drużyna konduktorska na polską i oświadczyła, że zaraz do naszego wagonu doczepią wagon 347, i w związku z tym musimy się przesiąść, bo nasze rowery będą blokowały przejście między wagonami. No nie było rady, siła wyższa. Przeprowadziłem rowery i my także przenieśliśmy się na… początek doczepionego wagonu 347 (skład zmieniał kierunek i teraz nasz wagon był pierwszy za lokomotywą). Ponownie zamocowałem rowery i czekałem na konduktora. Może by mnie tak pochwalił za zgrabne umocowanie rowerów? Niestety, nie przychodził. Poszła więc do Pani Kierownik Ania i zapytała, co mamy zrobić, gdy ktoś przyjdzie na swoje miejsce, na których siedzieliśmy my. Poradziła, żeby opowiedzieć o całej sytuacji i wtedy na pewno spotkamy się z wyrozumiałością. Ponadto dodała, że prawdopodobnie brakujący wagon 348, zostanie doczepiony w Katowicach. Ania zapytała, czy będzie to wagon „rowerowy”? Nie wiedziała, ale podzwoniła i dowiedziała się, że nie. Gdy przebieg rozmowy opisała mi Ania, ciśnienie nieco mi podskoczyło. Zapewne z ekscytacji! Ale nie z powodu, że popsuł się wagon, tylko z powodu poziomu obsługi konduktorskiej. Oto „konduktorki” przerzuciły na nas obowiązek informacyjny, że Intercity nie daje rady i zarezerwowane miejsce pozostają tylko jako ewentualnościowe. Złościłem się także o to, że nie mają pomysłu, jak zarządzać sytuacją, a nade wszystko, o karygodny poziom komunikowania się z pasażerami, którym takie coś się przytrafiło.
W Katowicach doczepili brakujący wagon 348. Tak, tak! Na końcu! Czyli z drugiej strony składu! Od tamtej chwili, kolejność numeracji wagonów musiała zastanowić niejednego podróżnego! I o tym dowiedzieliśmy się też z obserwacji. Żaden „konduktorek” nie poinformował nas o tym. Ania poszła sprawdzić, czy był to aby wagon z miejscami do przewozu rowerów. Nie był. Postanowiłem spokojnie czekać na pierwszego pasażera, który upomni się o swoje miejsce, na którym siedziała Ania albo ja. Przyszedł! Ale dopiero w Malborku! Odsunął drzwi, przywitał się, popatrzył i powiedział, że siedzę na jego miejscu. Potwierdziłem i najgrzeczniej jak umiałem oznajmiłem, że nie ruszam się z miejsca. Jeśli szukał wyjaśnienia, poprosiłem, by udał się do konduktora i on odpowie na pytania. I wyszczerzyłem kły w uśmiechu. Dwa razy przewrócił oczami, szybko ocenił moją posturę i luzacko stwierdził, że nie ma sprawy. Ona (jego towarzyszka) i on usiądą na wolnych miejscach. Akurat były dwa. I nie doszło do żadnego zwarcia! Dziękujemy PKP i wszystkim spółkom-córkom, w szczególności IC, którzy zapewniają nam komfortową podróż, za profesjonalne podejście do tematu brakującego wagonu w międzynarodowym pociągu! Gratulujemy i wiemy, że dołożycie wszelkich starań by nam pasażerom, chciało się korzystać z Waszych składów. Poczekajcie, aż na polskie tory wjedzie prawdziwa konkurencja. Wtedy szybko nauczycie się profesjonalizmu.
W Gdyni wysiedliśmy bez żadnego pośpiechu. Pojechaliśmy do baru na dobrą zupkę i dopiero potem wróciliśmy do domu.
Zakończyliśmy wspaniałą i bezpieczną wyprawę. Poziom trudności oceniliśmy na bardzo łatwy. Zostały nam w pamięci przepiękne widoki, otwarci i życzliwi ludzie, tort Sachera, wiedeński sznycel i niemieckie spätzle, trójrzecze i niesamowite zabytki, dopracowana infrastruktura rowerowa i… parada równości. Tak naprawdę, nie trzeba znać żadnego obcego języka. A gdyby coś, to od czego tłumacz w telefonie! Oznakowania wszędzie były wzorowe. Ani razu nie mieliśmy żadnego zgryzu. Same pozytywy. Oczywiście Intercity też nam pozostawiło coś w pamięci. A to problemy na dzień dobry, z zakupem biletów, albo na do widzenia, udawanie, że brak wagonu to żaden problem. No bo jaki to problem, skoro „Nie mamy pańskiego płaszcza. I co Pan nam zrobi?”. Czyli, przekładając to na nasze: Nie mamy pańskiego wagonu i radź sobie człowieku! Nie ma sprawy. Następnym razem też opiszemy Wasz „profesjonalizm”! A póki co, miała być jakość, a wyszło… jakoś.
Do zobaczenia na szlaku!
Jedna uwaga do wpisu “Dzień 12. Wiedeń – Gdynia. 10 km.”