Dzień 4. Cieplice – Wałbrzych. 56 km.

8 lipca 2021r.

Cieplice – Podgórzyn Dolny – Marczyce – Miłków – Ścięgny-Kostrzyca – Kowary – Przełęcz Kowarska – Ogorzelec – Leszczyniec – Szarocin – Kamienna Góra – Borówno – Czarny Bór – Stary Lesieniec – Boguszów-Gorce – Wałbrzych.

Link widokowy do przejechanej trasy.

– No i jak? – zapytałem Anię zaraz po otwarciu oczu. – Gotowa na podjazd na przełęcz?

– Jeszcze nie. Dopiero jak zjem śniadanie.

Ale w głosie Ani słychać było dużą niepewność.

    Śniadanie było bardzo rowerowe. Dużo węglowodanów miało nam zapewnić komfort, choć do podjazdu, a właściwie do Kowar, mieliśmy jeszcze trochę kilometrów.

    Ruszyliśmy w stronę Podgórzyna. Tam zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Chciałem sprawdzić ciśnienie w oponach, ale nie było nam dane. Kompresor nie był wyposażony w przycisk wymuszający jego pracę. Tym samym, po nakręceniu na nasze rowerowe zawory PRESTA odpowiedniej przelotki, kompresor nie wyczuwał ciśnienia zwrotnego i się nie włączał.

    Niestety ruch na szosie 366 był spory. Zanim dojechaliśmy do Marczyc byliśmy już mocno niezadowoleni. I choć nie przestraszył nas żaden kierowca, to zanim skończył się wał ziemny zalewu Sosnówka, ani widok, ani przyjemność z jazdy nie była wystarczająca. Dopiero w Marczycach, gdy zobaczyliśmy taflę zalewu, zrobiło się przyjemniej. No i od ostatniego naszego pobytu w tych okolicach w 2004 roku, krajobraz zmienił się niezmiernie. Szczególnie przybyło hoteli, pensjonatów i domów.

    W Miłkowie zajechaliśmy do zakładu wulkanizacyjnego i tam sprawdziliśmy nasze ciśnienie w oponach. Było w normie, czyli coś między 4,5 – 5 atmosfer. Przy okazji zasięgnęliśmy języka, czy warto zjechać z szosy 366 i do Kowar przejechać drogą koło wysypiska śmieci. Mimo, że właściciel warsztatu nam odradził, z powodu nieprzyjemnych zapachów, zjechaliśmy właśnie w tę drogę obok wysypiska. Głównie dlatego, że wiało od południa i złych zapachów nie było wcale. Chwilę wcześniej zauważyliśmy chatę, która stała na dachu, jednak ze względu na błędnik Ani, nie zajechaliśmy.

    Do rogatek Kowar dojechaliśmy piękną polną drogą.

Nie odwiedziliśmy tutejszych atrakcji. Byliśmy w Kowarach parę lat wcześniej. Na kowarskiej starówce postanowiliśmy uzupełnić zapasy i nieźle się wzmocnić.

Czekał nas przecież nie lada podjazd. Tuż za starówką, w momencie gdy stanęliśmy bym sprawdził zgodność ze słusznie obraną drogą, zaczepiła nas miejscowa kobieta po 60-tce.

– A gdzie państwo jadą?

– Na Przełęcz Kowarską – odparłem.

– Ale jak to? – mocno zdziwiła się kobieta – Wy? Tymi rowerami? Z tymi bagażami? Przecież to jest bardzo daleko!

– No tak nam droga wypada – dorzuciła Ania.

– Jezus Maria! No jeżdżą tam rowerami, ale to tacy zawodowcy jeżdżą i nie mają bagażu – kobieta coraz bardziej negatywnie wpływała na Anię. Zauważyłem, że jeszcze chwila i Ania nie będzie miała motywacji do pedałowania pod górę. Całe szczęście, kobieta życzyła nam powodzenia i poszła sobie.

– No i już było tak dobrze, a teraz szlag w psychę trafił – skomentowała swoje samopoczucie Ania.

– Właściwie to nie rozumiem celu rozmowy tej kobiety – skwitowałem. – Innej, lepszej drogi nie ma. Co ona chciała? Wybić nam podjazd z głowy?

– No i udało się jej – skomentowała Ania.

– Daj spokój. Powinniśmy się uwinąć w godzinę. A poza tym, będziemy robić przystanki i odpoczywać. Nikt nam nie każe podjechać na jeden raz. No i będziemy w lesie, to i słońce i wiatr nie będzie nam dokuczał – próbowałem przywrócić motywację u Ani. – W ostateczności przywiążę Twój rower lineczką do mojego.

 – Ja ci dam lineczkę! – Ania wsiadła na rower i ruszyła pod górę.

Słowo „lineczka” towarzyszy nam od chyba dobrych 10 lat i oznacza chęć ulżenia Ani, kiedy jest ciężko, z którego jednak Ania nigdy nie skorzystała, a na samo słowo „lineczka” zawsze reagowała zawzięcie i czasami miała do mnie o tę propozycję pretensję.

    Za pierwszą serpentyną stanęliśmy na odpoczynek. Nie było lekko i pot nabłyszczył nas całych.

– Damy radę. Choćbyś miała podprowadzić…

– Ty wiesz co? – zawzięła się Ania. – Ty już lepiej nie mów nic.

Wsiadła na rower i ruszyła, nie bez trudności. Ruszanie pod sporą górę nie jest sprawą łatwą.

    Tymczasem z naprzeciwka gnał z góry kolarz. Pędził tak coś z 70 km/h. Chwila przerwy i gnał już cały peleton, a za nimi samochód z informacją, że trwa trening kolarski.

– Za przełęczą my będziemy gnali jeszcze szybciej, bo jesteśmy ciężsi – skwitowałem z uśmiechem.

– Nigdy w życiu nie zjadę bez hamulców – oponowała Ania.

    Na Przełęczy Kowarskiej stało już czworo rowerzystów. Majstrowali coś przy przednim hamulcu tarczowym jedynej pośród nich dziewczyny. Przywitaliśmy się i zapytałem, dokąd jadą. Odparli, że my jedziemy tak: i pokazał ręką kierunek z zachodu na wschód. A oni jadą tak: i pokazał kierunek z południa na północ. I wtedy dostrzegłem, że ich sakwy były przymocowane nie do boków rowerów, a wzdłuż. Sporo zapasów wody i wybitnie terenowe amortyzatory. Czyli jechali pieszymi szlakami. I to po szczytach. Zapytałem gdzie śpią. Odparli, że w hamakach albo na trawie. No nieźle. Nocą przecież, wcale nie było ciepło. Chwilę jeszcze pogaworzyliśmy i wsiedliśmy na rower. Teraz nam, podczas ponad dwukilometrowego zjazdu, też się zrobiło chłodno. Ania jechała pierwsza i nieco hamowała…

    W Kamiennej Górze stanęliśmy w barze Fenix na posiłek. Niestety, jak okazało się już poza miastem, żurek Ani nie wyszedł na dobre. Moje pierogi na szczęście mnie oszczędziły. Oczywiście, nie zwiedzaliśmy kopalni złota. Już tam kiedyś byliśmy, choć atrakcja była mocno oblegana, a najwięcej ludzi było w barach i lodziarniach.

    W Czarnym Borze opuściliśmy szosę 367 i od tamtej chwili ruch aut zelżał prawie do zera. Dojeżdżaliśmy do Wałbrzycha trasą doskonale znaną rowerzystom amatorom. Co chwilę mijali nas, jeżdżąc w te i we wte. Jeszcze długi, bardzo długi zjazd i zajechaliśmy pod nasz hotel.

    Pogratulowałem Ani wyjątkowego wyczynu rowerowego. Nigdy w życiu nie byliśmy rowerem wyżej! Brawo! Tym samym pobiliśmy kilka rekordów.

    Czekał nas zasłużony odpoczynek od siodełka. Jutro dzień przerwy. A przed hotelem, bardzo przyjaznym rowerzystom, ktoś przypadkiem postawił wielkie centrum handlowe. Czy jakoś tak odwrotnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s