5 czerwca 2026 r.
I to mnie się bardzo podobało! Ania wróciła z pracy, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do Portu w Gdyni, na prom. Bliziutko! Tylko 8 km. Lajcikowy dzień! Co prawda spakowaliśmy się dzień wcześniej. A największe obawy mieliśmy o deszcz, który był prognozowany akurat w czasie dojazdu do terminala promowego. Skyradar pokazywał zdecydowany opad. Taki powyżej 2 mm. Ale, jak to w życiu bywa, złe prognozy nie spełniają się tam, gdzie jedzie Ania. Dojechaliśmy suchą nogą!
Prom Estelle rósł w oczach. Kolos jakich mało! Zajechaliśmy pod same drzwi terminala. Z rowerami do środka nie można. Poszedłem do kasy. Uśmiechnięta młoda kobieta powiedziała, bym podprowadził rowery kilkadziesiąt metrów od budynku pod bramę. Przyjdzie odpowiedni gość, otworzy bramkę i załadujemy rowery na specjalną przyczepę transportową. Tak też było. Załadowałem rowery na wieszaki, za tylne koła. Można je było także zabezpieczyć zapięciem ale gość powiedział, że nie zdarzyło się, by ktoś wziął cudzy rower. Tym bardziej, że oprócz naszych rowerów doszedł tylko jeszcze jeden, choć na tej przyczepie mogło się ich pomieścić i z 50.
Odprawiliśmy się i zapakowałem wszystkie nasze sakwy na wózeczek. Minęło parę chwil, zanim kapnąłem się, że wózeczek blokuje się sam a odblokowuje się go dopiero po naciśnięciu dodatkowej belki koło uchwytu. Jak w kosiarce z napędem. Zanim jednak odblokowałem kółeczka, zdążyłem go wyszarpnąć z szeregu innych, sczepionych ze sobą jak w supermarketach. Siła razy przemoc = efekt! Niestety, widok tych wózeczków był opłakany. Na dodatek, nasz kuśtykał na jedno kółeczko i stukał głośno podczas przemieszczania. A tego przechodzenia było co niemiara! Gdy już wyczekaliśmy się dostatecznie ogłoszono, że rozpoczęto boarding. Więc najpierw windą na 2 piętro. Sprawdzenie biletów, kontrola bezpieczeństwa, która była nad wyraz pobieżna i… zjazd windą na parter do autobusu! A to dlatego, że pochylnia dla pasażerów pieszych jeszcze nie działała. Autobus wwiózł nas do środka promu. Trochę się naczekaliśmy zanim winda była pusta. Właściwie to z 10 minut. Plus był taki, że z tym wózeczkiem dojechaliśmy aż do naszej kabiny i nie trzeba było sakw dźwigać po schodach. Ania miała poczucie, że kontrolą bezpieczeństwa objęto tylko pasażerów pieszych i w związku z tym wydarzyła się dziejowa niesprawiedliwość. Może to i racja. Trzeba by kiedyś wjechać autem na pokład i zobaczyć, czy tych też tak sprawdzają?

Prom wymiata! W porównaniu do zeszłorocznego Wawelu Polferrisa, była to nowoczesna jednostka. Zanim obeszliśmy i zajrzeliśmy we wszystkie zakamarki, minęło pół godziny. Na końcu poszliśmy do sklepu i nabyliśmy szwedzką czekoladę Marabou, którą bardzo lubimy. Do tego jeszcze łyk piwa i zaczęliśmy nasz III etap Bałtyckiego Koła. Biorąc pod uwagę odległość, w tej i następnej dobie, pokonaliśmy najwięcej kilometrów. A nawet mil morskich! I to bez zbytniego pedałowania. Czyli takie rowerowe wilki morskie z nas się zrobiły!

Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.