15 maja 2025 r.
Połczyn Zdrój – Przyrowo – Jezierzyce – Lipie – Liskowo – Zieleniec – Rąbino – Rąbinko – Gruszewo – Białogard
Kołobrzeg.
Ślad trasy na mapy.com tutaj.
Niestety, prognozy na ten dzień nie były dobre. Miało padać i temperatura na wykresach miała również nie być przyjazna. No jakby nie mieliśmy wyboru, ale mieliśmy cieplejsze ciuszki, jakby co. Zjedliśmy śniadanie w mieszkanku i ruszyliśmy w drogę.

Połczyn Zdrój opuściliśmy ul. Koszalińską (szosa nr 163). I tam nic się przez lata nie zmieniło. Szlak nr 15 nie dociera bowiem do Połczyna, tylko zakręca z dala od miasta. I aby tam wrócić, trochę trzeba się pobratać z autami. Ciągle nie ma ścieżki rowerowej, a ruch był raczej spory. Nawet jedna stłuczka! Gdy jednak dojechaliśmy do końca/początku szlaku nr 15, zrobiło się bajkowo. Tam zaczynał się także łącznik rowerowy do Świdwina. Jazda szlakami potorowymi była dużą przyjemnością.

Od Połczyna do Jezierzyc, powolutku pięliśmy się w górę. Choć słowo „góra” było trochę na wyrost. W sumie szczyt przypadł na 156 m n.p.m. Niby niewiele, ale od tamtego szczytu zaczęliśmy zjeżdżać w dół, tylko leciutko pedałując. Zrobiło się lekuchno.
Tuż przed Rąbinem dopadł nas deszcz. Schowaliśmy się na przystanku PKS, licząc, że może nieco się przejaśni. Ponadto, temperatura spadła do 9 stopni, a deszcz był nieprzyjemnie zimny. Prognozy w dalszym ciągu nie były pomyślne. Rozpadało się na dobre. Założyliśmy na siebie wszystkie ciepłe rzeczy i czekaliśmy. Gdy się nam jednak znudziło, przy pierwszym, lekkim przejaśnieniu postanowiliśmy kontynuować rowerkowanie. No i w centrum Rąbina dopadła nas tęga ulewa. Za torami był bardzo długi podjazd, na którym wypłukało mi z kasku całą skondensowaną sól z potu. Na oczy!!! Szczypało niemiłosiernie! Trochę ze złością i mrużąc oczy, powoli piąłem się w górę. Ania za mną. A na szczycie ulewa się skończyła i tylko popadywało. Za to zrobiło się bardzo zimno. Termometr pokazywał 7 stopni. Mieliśmy na sobie wszystko, co wiatro- i deszczochronne, i było nam ciepło, poza dłońmi. Nie mieliśmy zimowych rękawiczek! Zanim dojechaliśmy do Gruszewa, kilka razy stawaliśmy, by ogrzać palce. Choć często na nie chuchałem, zmarzły do kości. Jazda stała się nieprzyjemna. Ania stwierdziła, że takiej kosty w maju nie pamięta!
W Białogardzie postanowiliśmy koniecznie zjeść coś ciepłego i ogrzać się. Wypadło na Dworzec PKP i okoliczne bary. Czekając na nasze jedzonko, pogoda dosłownie szalała. Naprzemiennie lało i świeciło słońce, ale ciągle było bardzo zimno. W porównaniu do wczorajszego dnia, to chyba powróciła zima! Stwierdziliśmy z żalem, że nie będziemy dalej pedałować, bo to nie byłoby przyjemne. Poszliśmy na Dworzec PKP, gdzie tamtejszy ochroniarz wyprosił nas z hali dworcowej. Możliw (hołd dla Kołaczkowskiej) wejścia był, ale bez rowerów. Nie miałem ochoty się z nim przekomarzać. Kupiliśmy bilety do Kołobrzegu i to był strzał w dziesiątkę. Gdy już siedzieliśmy w pociągu, niebo rozpłakało się na dobre, prawie do samego Kołobrzegu.
Z pociągu wysiedliśmy już lekko podsuszeni. Jeszcze tylko małe zakupy w sklepie i podjechaliśmy do hotelu. Rowery trafiły do przestronnej rowerowni, a my na pięterko, do ciepłego pokoju. Na miejscu zjedliśmy gorący obiad i wypiliśmy chyba po dwie gorące herbaty. I do łóżeczek. Ale o zaśnięciu nie mogło być mowy. Tuż za ścianą naszego pokoju, była sala prób tanecznych albo aerobiku, a muzyka dudniła nam w uszach do samego wieczoru.
I tak, niespodziewanie, pominęliśmy trasę między Białogardem a Kołobrzegiem. Ale skoro do tych miast można dojechać pociągiem, to specjalnie nie żałowaliśmy. Po pierwsze, rowerkowanie ma być przyjemne. Po drugie, mamy zamiar ten brakujący etap w przyszłości przejechać.
Najważniejsze, że w pokoju wygrzaliśmy się ile wlezie.
Jutro powrót do domu.
Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

