Dzień 10. Trelleborg – Szczecin. 7 km.

15 czerwca 2024 r.

Trelleborg Świnoujście Szczecin.

Ostatnie, szwedzkie śniadanie, na szwedzkim stole, przygotowaliśmy sobie sami. Potem, zgodnie z procedurą, stawiliśmy się na dwie godziny przed zaokrętowaniem. Zupełnie nie rozumieliśmy dlaczego? Przez godzinę w budynku byliśmy jedynymi pasażerami. W budynku nie było też toalet. Czekanie dłużyło się. Pół godziny przed odpłynięciem, zaczęli się gromadzić inni pasażerowie. Było także paru rowerzystów. Oczywiście, że chcieli wydrukować karty pokładowe z automatu. Nawet Szwedom się to nie udawało. Dzwonili więc do pomocy, a ta odpowiadała z takim opóźnieniem, że przy interkomie nikogo już nie było. Nieco barejowskie. Wtedy Ania zapytała mnie, jak oni będą sprawdzać nam bilety na prom. Odpowiedziałem, że zapewne jak wszędzie, przy użyciu skanera.

Z lekkim opóźnieniem podjechał autobus. Wyszedł z niego zarośnięty Wiking w żółtej, odblaskowej kamizelce, otworzył drzwi i wrzasnął po angielsku:

– TT line swissssscie!

– To chyba my? – bardziej śmiałem się w duchu, niż szedłem do drzwi. Wyciągnąłem kartę pokładową i pokazałem Wikingowi. Dosłownie zeskanował kody kreskowe OCZAMI. A ponieważ staliśmy z rowerami, poprosił o karty na rowery. Znowu uruchomił skaner w OCZACH i machnął ręką, byśmy szli do autobusu. Wpuścił tylko jakąś 15-osobową grupę i zamknął drzwi poczekalni. Podszedł do wysłużonego autobusu i otworzył nam pochylnię dla rowerów. Weszliśmy. Do promu dojechaliśmy w tym samym czasie, co wjeżdżające już ciężarówki. Obsługa z promu widząc nasze rowery, wskazała nam dosłownie jakieś techniczne pomieszczenia, do którego wchodziło się, jak do dziupli, przez jajowaty otwór. Próg pomieszczenia był wysoki na 40 cm. Otwór zaś tak wąski, że miałem trudności przecisnąć się z moim TIR-em. Roweru nie dało się przeprowadzić i musiałem go dźwignąć. Ani pomógł inny załogant, i to tak szczerze, że wyrwał osłony od błotnika przedniego koła. Na szczęście były szwedoodporne i montowane na zatrzaski.

Zabraliśmy niezbędne rzeczy i ruszyliśmy w górę. Ten prom był jeszcze większy od tego w Rostoku. Na 6 godzin rejsu, wykupiliśmy fotele lotnicze. Znaleźliśmy nasze pomieszczenie, w którym tych foteli było może z 10. Rozsiedliśmy się tuż przy oknie, zostawiliśmy jakieś ciuchy, na znak że zajęte, i poszliśmy na śniadanie. Trzeba przyznać, że wybór był szeroki, a szwedzki stół gwarantował, że najedliśmy się dobrze. Tymczasem na pokładzie trwało zajmowanie miejsc przez pasażerów.

Po śniadaniu, wróciliśmy do naszego małego pomieszczenia. Ania, by złagodzić lęk przed rejsem, natychmiast zagłębiła się w swoją książkę. Prom odbił od brzegu i ruszył w stronę Świnoujścia. Mieliśmy jakieś 30 minutowe opóźnienie.

Choć na Bałtyku były grzywiaste fale, promem w ogóle nie kołysało. Moje obawy o sensacje żołądkowe były więc bezpodstawne. Najbardziej mnie zastanowiło, czy szklane naczynia na wystawie sklepu na promie, były przyklejone, czy tym promem w ogóle nie buja i stały sobie luzem?

W kabinie fotelowców było ciepło i cicho. Zasnęliśmy. Minęły może dwie godziny rejsu i do naszego pomieszczenia zaczęły przychodzić osoby bez bagażu. Mało gadali, usiedli i natychmiast zasnęli. Chyba mieli obczajone, że jak są wolne miejsca, to można usiąść. Biletów nikt nie sprawdzał. I to nie byli Polacy.

Widok polskiego brzegu najbardziej ucieszył Anię. Przeżyła ten rejs w niemałym stresie. Dlatego, zaraz po sygnałach, że można iść po rowery, ruszyliśmy jako pierwsi, ale pokład opuszczaliśmy jako ostatni (filmik). Najpierw wyjechały ciężarówki. Na dodatek rozpadało się ulewnie i schowaliśmy się pod jakimś łącznikiem.

Świnoujście. Z promu na dworzec kolejowy.

Bilety na pociąg do Szczecina, ze względu na opóźnienie promu, kupiliśmy tuż przed zacumowaniem do brzegu. Pociąg Regio był nowoczesny. Albo z Newagu albo z Pesy. Nie pamiętam. Podróż przebiegła nad wyraz przyjemnie. Może też i dlatego, że znów byliśmy w Polsce?

Świnoujście Szczecin pociągiem.

W Szczecinie, ze względu na późną porę, nie poszliśmy już nigdzie. Może tylko trochę chciało nam się odwiedzić stare śmieci, z czasów kiedy mieszkaliśmy w Olesznie i do Szczecina przyjeżdżaliśmy średnio raz w miesiącu.

Dojechaliśmy do naszego hoteliku, który był bardzo przyjazny rowerzystom, a najważniejsze, że był blisko dworca kolejowego.

Jutro, dzięki remontom torowisk i niewystarczającej komunikacji zastępczej, mieliśmy wracać do Gdyni przez Poznań, a nie przez Koszalin. InterCity jak zwykle, dzielnie stała na straży zapewnienia nam kiepskich wspomnień z podróży pociągiem.

Dodaj komentarz