Rowerem przez Danię. Prolog

Tego roku, z różnych powodów, planowanie wyprawy rozpocząłem dopiero na miesiąc przed. Na tapet wrzuciliśmy Danię. Dlaczego? Ano urodziło nam się w łbach objechanie Morza Bałtyckiego dookoła. Niestety, nie możemy tego zrobić na raz. Nie mamy tyle urlopu, ale gdy podzielimy to na etapy i na lata, to jest to osiągalne. Liczymy także, że Ruskie w końcu zaprzestaną mordować Ukraińców i nastąpi, kiedyś tam, możliwość przejazdu przez Petersburg.

W tym roku do ogarnięcia była trasa dojazdu pociągami do portu w Niemczech, prom do Danii, noclegi, atrakcje i żelazne punkty, finanse w różnych walutach i powrót do Polski. Czasu dużo, ale jeśli wziąć pod uwagę, że w międzyczasie w Polsce i Niemczech zmieniały się rozkłady jazdy pociągów, to nawet tyle czasu nie dawało pewności, że wszystko dam radę przewidzieć.

Najpierw nasz plan wyprawy wyglądał tak: pociągiem z Gdyni do Szczecina, potem niemieckim, meklemburskim pociągiem ze Szczecina do Lubeki, rowerem do promu do Rødbyhavn, przejazd rowerem przez Danię aż po Kopenhagę, rowerem do Malmö, rowerem do Trelleborga, promem do Świnoujścia, pociągiem do Szczecina i pociągiem do Gdyni. Jak zwykle, ze względu na pracę, ograniczały nas daty początku i końca urlopu. Niby proste ale… no właśnie!

Najpierw wykrzaczyło się niemieckie Deutsche Bahn (DB). 5 maja kupiłem bilety na pociąg ze Szczecina do Lubeki na 5 czerwca. Gdzieś tak na dwa tygodnie przed wyjazdem, zacząłem dostawać e-maile, że pociąg ten nie będzie dostępny. No to znalazłem objazd z przesiadkami przez Stralsund. Potem się okazało, że DB zaplanowała na czerwiec taką liczbę remontów torowisk, która uniemożliwiła nam podróż do Lubeki przez Meklemburgię, chyba, że przez Berlin. No więc zmieniłem Lubekę na Rostok i cały plan wyprawy po Danii, bo jeszcze wtedy DB oferowało dojazd ze Szczecina. Na 2 dni przed wyjazdem, DB i ten pociąg skasowało. Do Rostoku można było dojechać tylko przez Berlin. Zrezygnowałem więc z biletów Gdynia – Szczecin i kupiłem bilety PKP, na pociąg Gdynia – Berlin i bilety DB, z Berlina do Rostoku. Te bilety, zakupione na ostatnią chwilę były oczywiście najdroższe. Ale co tam… Modyfikacji uległa także trasa przejazdu z Kopenhagi do Malmö. Zamiast rowerkować naokoło, mieliśmy wsiąść do pociągu i przejechać przez most nad Sundem. Na końcu wykrzaczyło się PKP, planując w nowym rozkładzie, remont torowiska w okolicach Słupska i komunikację autobusową jako zastępczą, która oczywiście nie zabiera rowerów. Tak więc powrót ze Szczecina do Gdyni, obowiązkowo przez Poznań. No i zakup biletów gdzieś po trasie w Danii, bo przy zmianie rozkładu jazdy, 30 dni przed, biletu nie kupisz! Ale co tam… Właściwie, to jest niezła gimnastyka, planując przewóz rowerów w trakcie zmiany rozkładów jazdy pociągów!

Najłatwiej było ogarnąć finanse. Wystarczy karta debetowa wielowalutowa i zasilenie konta duńskimi koronami. Jak zbraknie, zawsze można dokupić w internetowym kantorze.

Gdy na dzień przed wyjazdem wszystko było ponownie ogarnięte, zachorowałem. Chyba na coś więcej niż przeziębienie. Bardziej grypopodobnego. Nie byłem pewien. Przyczepił się do mnie taki katar, ale to taki, że jako normalny mężczyzna poczułem, że właściwie jestem śmiertelnie chory! Mimo to, 5 czerwca, rozpoczęliśmy nasz prolog do wyprawy po Danii, wsiadając do pociągu Gdynia – Berlin.

Gdynia Berlin Rostok.

W Berlinie, zaplanowałem małą przejażdżkę rowerami, pomiędzy stacjami Berlin Hauptbahnhof a Berlin-Gesundbrunnen. Tylko po to, by urozmaicić trochę podróż. I muszę przyznać, że jazda rowerem po Berlinie, to czysta przyjemność.

Berlin Hbf

Rowerzystów w bród i duży wybór ścieżek. Na stacji Gesundbrunnen mieliśmy trochę czasu, więc zaobserwowaliśmy różnorodność kulturową, która znacznie się zmieniła od naszej ostatniej wizyty w 2005 r. Niestety na gorsze. Na tyle, że bacznie pilnowaliśmy naszych rowerów i bagażu. A gdy już byliśmy na peronie, podeszła do nas czarnoskóra, młoda kobieta i poprosiła o udostępnienie jej przenośnego hotspotu z mojego telefonu. Gdy odparłem, że nie mamy dostępu do internetu, zdziwiona i dość roszczeniowo zapytała, dlaczego nie mamy internetu, skoro jesteśmy na wycieczce rowerowej? Wyjaśniłem, że tylko przejeżdżamy przez Niemcy, i że od jutra będziemy w Danii, więc niemiecki internet jest nam zbędny. Zrozumiała i poszła zaczepiać innych pasażerów. Nie dociekałem, dlaczego to ona nie posiada niemieckiego internetu…

W pociągu do Rostoku najpierw musieliśmy przeprosić dwoje Niemców, którzy siedzieli na naszych miejscach. Okazało się, że ich numery na bilecie się zgadzają, tylko pomylili wagon. Gdy usiedliśmy, do naszego wagonu doszedł bardzo wysoki młody rowerkowiec, z elektrykiem. Od razu wywiązała się rozmowa. Był Szwajcarem i też jechał do Danii, a używał elektryka, bo tam gdzie mieszka, zwykły rower na górskie drogi nie wjedzie! A to ci…

Do Rostoku przyjechaliśmy planowo, przed g. 2000. Nawigacja doprowadziła nas do naszego hoteliku. Zameldowaliśmy się samodzielnie, odbierając klucze ze skrytki. Po wejściu, w pustej recepcji sam wypełniłem dokumenty i wpisałem, o której godzinie chcemy zjeść śniadanie. Po toalecie nigdzie nie szliśmy. Szczerze mówiąc nic mi nie smakowało. Smak naszego polskiego prowiantu czułem niejako „z pamięci”. Choróbsko się nasilało, a moim jedynym wybawieniem były krople do nosa. Kładąc się do łóżka, poczułem wielką ulgę. Tyle przeciwności losu przed wyprawą, jeszcze nigdy nie mieliśmy. A mimo to, dojechaliśmy dość sprawnie do miejsca z napisem START. Miałem wrażenie, że najtrudniejszą część naszej wyprawy, mieliśmy już za sobą.

Jutro mieliśmy po raz pierwszy w życiu, wsiąść na wielki prom, który zabierze nas do duńskiego Gedser.

Dodaj komentarz