Dzień 1. Wisełka – Międzyzdroje – Wisełka. 25 km.

12 sierpnia 2006

    Zapakowaliśmy rowery na samochód i ruszyliśmy nad Morze Bałtyckie, oczekując że dopełnimy nasze wrażenia do poziomu, określanego przeze mnie „tak po samą kreskę”. Po wyprawie na Mazury i dojechaniu do granicy z Białorusią, mieliśmy mały niedosyt i dlatego postanowiliśmy dojechać też do granicy z Niemcami, a może i jeszcze dalej.

    Do Wisełki trafiliśmy przypadkowo. Właściwie to chcieliśmy zatrzymać się w Kołczewie, ale jak to w życiu bywa, nie trafiliśmy na pole namiotowe widziane w internecie. Przejechaliśmy Kołczewo, minęliśmy pole golfowe i dojechaliśmy do Wisełki. Trochę krążyliśmy, aż w końcu zatrzymaliśmy się obok ośrodka Łowiczanka i poszliśmy sprawdzić warunki.
Przywitał nas młody chłopak i oprowadził po polu namiotowym. Oprócz pokoi do wynajęcia mieli też domki. Spodobało nam się od razu. A to dlatego, że ośrodek położony jest tuż za tablicą Woliński Park Narodowy.

DSC02014

To obiecuje ciszę, której tak naprawdę zawsze poszukujemy. Ceny nie były wygórowane. Toaleta, łazienka i prąd – wliczone w cenę. Do morza jakieś 900 m przez las. Słowem, miejsce idealnie odpowiadające naszym oczekiwaniom.

    Rozbiliśmy namiot, zdjęliśmy rowery z samochodu i postanowiliśmy w tym dniu jeszcze zobaczyć żubry. Ruszyliśmy więc z niewielkim ładunkiem. Tylko woda, kurtki przeciwdeszczowe i podstawowe narzędzia. Oczywiście, zapasowa dętka też!
Z Wisełki do Warnowa wiodła bardzo ładna, asfaltowa droga o bardzo małym natężeniu ruchu. Po drodze minęliśmy drogę do starej osady i okazałego głazu. Postanowiliśmy odwiedzić to miejsce później.

    W samym Warnowie rozpoczynała się droga gruntowa, przeznaczona tylko dla rowerów i pieszych. Szlak jest dobrze oznakowany i jechało się tą drogą super przyjemniacko.

   Tak dojechaliśmy do miejsca, w którym przebywają żubry. Wejście kosztowało 5 zł. Zagroda została schludnie i ładnie urządzona. Były drewniane tarasy widokowe, by wznieść się wzrokiem ponad opłotowanie i poobserwować żubry. Nie było wolno tylko ich karmić. Były też: para jeleni, para saren, pięć orłów i para dzików. Najładniejszy jednak widok to pięć żubrów: cztery dorosłe i jeden „maluch”. Zwierzaki nie bały się ludzi i warto wziąć aparat lub kamerę, bo czasami trafia się niebywała okazja zrobienia zdjęcia nozdrzy jelenia. Tylko orły i żubry trzymają się na dystans. Od tego miejsca do Międzyzdrojów było już bardzo blisko. Mnóstwo osób chodziło piechotą. Postanowiliśmy pojechać na promenadę i odwiedzić muzeum figur woskowych.

    Na promenadzie tłum piechurów mijał się z innym tłumem piechurów. Oczywiście na rowerzystów patrzyli jak na intruzów! Lepiej więc prowadzić rower. Ania odwiedziła muzeum wosku i zrobiła mnóstwo zdjęć. Niestety muszę powiedzieć, że nie wszystkie figury były podobne do oryginałów.

DSC02060

  Objechaliśmy całe Międzyzdroje. Byliśmy też zobaczyć „konkurencyjne” pole namiotowe. Masa namiotów, karawanów i tłum ludzi upchany pomiędzy ogrodzeniem. Ech wczasowicze! Same Międzyzdroje to chyba miasteczko dla turystów szpanerów, snobów i głośnych małolatów. Ale każdy ma prawo lubić to co chce!

   Z Międzyzdrojów do Wisełki postanowiliśmy pojechać główną szosą. To było bardzo odważne z naszej strony. Na trasie ruch jak skurczybyk. Kierowcy, szczególnie ci z Wielkopolski i Mazowsza, jak zwykle, nas nie szanowali. Do tego bardzo duże wzniesienia i zjazdy. Słowem bardzo ciężko i wcale nie ekscytująco.

   Po drodze spotkaliśmy dwoje młodych Niemców na objuczonych rowerach. Jadąc tak we czwórkę, chwilę rozmawialiśmy (po angielsku) o tej paskudnej drodze, dokąd jadą, dokąd my jedziemy itp. Rozjechaliśmy się w Wisełce.

   Szczęśliwi, że nic nam się nie stało, postanowiliśmy zjeść dobry posiłek i napić się piwa. Jest taki bar „Rybak” w Wisełce. Trochę schowany pomiędzy domami, ale podali nam tam najlepiej przyrządzone ryby, jakie przyszło mi w życiu jeść. Gorąco polecamy.

   Tego wieczora Polacy grali mecz z Amerykanami. W siatkówkę, oczywiście. poszliśmy więc do sali TV. Po pierwszym przegranym secie Ania powiedziała, że i tak wygramy 3:2. Po drugim przegranym secie Ania podtrzymała swoje zdanie a ja obiecałem sobie (ale na głos), że jak wygramy 3:2 to pobiegnę po meczu do morza i z powrotem. Potem wszystkie trzy sety wygrali Polacy! Przebrałem się więc i po ciemku, w asyście Ani i światełka rowerowego pobiegłem do morza i z powrotem. Morze Bałtyckie było niewiarygodnie ciepłe!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s