15 kwietnia 2025 r.
Orneta – Krosno – Kumasy – Kumajny – Henrykowo – Cieszęta – Pieniężno – Pieniężno Pierwsze – Kajnity – Brzostki – Kierpajny Wielkie – Bornity – Augustyny – Lejławki Wielkie – Lejławki Małe – Krzykały – Orneta.
Ślad przejechanej trasy na mapy.com tutaj.
Ostatni dzień naszej wiosennej rozkrętki zmierzał ku… mamonie, czyli do Pieniężna. Pogoda wciąż dopisywała, toteż nie odzialiśmy się zbytnio. Na pierwszy ogień poszło… Krosno. To nasze trzecie Krosno w Polsce, które odwiedziliśmy. Pierwsze, te najbardziej znane, na Podkarpaciu. Drugie, koło Pasłęka. To trzecie słynie w okolicy z klasztoru i obrazu. No to zajechaliśmy. Zabudowania nieco podniszczone, ale widać, że prace restauratorskie trwają. Kiedyś na pewno kwitło tu życie. Teraz jednak zabudowania są puste i trochę smutne.


Z Krosna pojechaliśmy na północ, przez las. Niestety, jak to w Polsce, szutrowa i twarda nawierzchnia, zamieniła się w piaskową. Mus było prowadzić. Na szczęście tylko coś koło jednego kilometra. W Kumajnach wjechalismy na szosę, a w Henrykowie na szosę 507, która doprowadziła nas do Pieniężna. Po drodze zauważyłem sporo bocianów. Szczególnie dużo było ich w Cieszętach. Cieszą się dziecięta, z boćków w Cieszętach!

W Pieniężnie pojechaliśmy pod stary ratusz, który był zamknięty i czekał na gruntowny remont. Obok wielki kościół, klasztor i zamek. Ruszyliśmy w stronę centrum. Idąc koło cerkwi, zauważyłem starszą kobietę, która szła kulejąc i dźwigała wielką torbę z zakupami. Zapytałem, dokąd szła. Odpowiedziała, że za przejazd kolejowy i tam zapewne złapie jakiegoś stopa. Zaproponowałem, że poniosę jej tę wielką torbę. Starsza pani zapytała, czy może zatem poprowadzić mój rower, bo nie wzięła kuli, a z rowerem będzie jej lepiej szło. I szliśmy tak razem. Wysłuchałem jej historii życia, która nie była lekka i przyjemna. Ech, czasem nam się wydaje, że mamy ciężko, ale do czasu, kiedy spotkamy innego człowieka… Gdy się rozstawaliśmy, zauważyłem, że po drugiej stronie jezdni, równolegle podążała za nami inna kobieta, która nas obserwowała. Dopiero gdy zostawiłem starszą panią z zakupami i zawróciłem, wyraźnie się uspokoiła i nawet zaczepiła mnie słowami, że spełniliśmy dobry uczynek. Zaciekawiła mnie ta liczba mnoga „spełniliśmy”. Odparłem, że nie wiem, czy ona, ale ja raczej tak. To oznaczało, że na wszelki wypadek miałem stróża, czy aby ja na pewno spełniam dobry uczynek… Czyżby czujność Czekistów?
Chwilę potem pojechaliśmy do słynnej w tej okolicy restauracji, którą polecali nam inni w internecie. Zamówiliśmy żurek i niestety był wielokrotnie odgrzewany, nawet z tym jajkiem w środku, które zzieleniało od ciągłego odgrzewania. My nie polecamy.
W drodze powrotnej wjechaliśmy na Green Velo, czyli wschodni szlak rowerowy. Tym szlakiem dojechaliśmy do Pieniężna Pierwszego, a tam stanęliśmy przed misyjnym seminarium duchownym Werbistów – które wyglądało na idealne miejsce do modlitwy o… większą liczbę studentów! Brak jakiegokolwiek hałasu sugerował, że wszyscy po prostu zasnęli w trakcie cichej modlitwy. Od Kajnit, szlak zamienił się w szuter tak dobry, że o mało co zyskał miano „Króla szutrówek”. W Brzostkach Green Velo odeszła na północ, a my asfaltem pognaliśmy na południe.
Od tamtej chwili nie trzeba było właściwie pedałować. Mieliśmy piękny zjazd do Bornit. Wyszło jakieś 4 km luzu, podczas którego widzielismy nie jeden przepiękny, panoramiczny widok.


Im bliżej Ornety, tym coraz większy ruch aut. Nie spotkało nas jednak żadne żyletkowanie czy zderzakowanie. Było bezpiecznie. Koło lotniska Orneta nie było też żadnych niskich przelotów. Ba! Nawet samolotu nie było! Terminala czy magazynu też jeszcze nie pobudowano. W Ornecie przejechaliśmy specjalnie przez stare miasto, by poczuć trochę miejskiej ciasnoty.
Gdy wrócilismy do naszego pensjonatu, rozmontowałem rowery i załadowałem je do auta. Jutro będę miał ździebko szybciej.