Dzień 4. Bobolice – Koszalin. 50 km.

18 sierpnia 2023 r.

Bobolice – Głodowa – Rosnowo – Zacisze – Manowo – Bonin – Koszalin.

Ślad etapu w mapy.cz, tutaj.

    W tak bajkowym obiekcie przydarzyło się nam i bajkowe co? Śniadanie! O umówionej godzinie zastaliśmy suto zastawiony stół plus do wyboru jajecznica i coś jeszcze. Nie pamiętam. Może miało dużo cholesterolu, bo rzuciło się mnie na pamięć. A dlaczego bajkowe? Bo było tylko dla nas! Pozostali goście nie korzystali z żywienia. Aż mnię przygięło z lekka… Czy naprawdę aż tak trzeba było? Nie ma co! Zadbali o nas. Oj, chciałoby się nam posiedzieć tak z parę godzin, w klimatyzowanym… Jednak zew koła wzywał i pogoda była zbyt piękna. Duży + dla tego obiektu!

    Jeszcze raz przejechaliśmy przez rynek w Bobolicach. Zakupiliśmy rowerkowe wzmocnienie (drożdżówki) i płyny na drogę, i boczkiem, boczkiem, przez osiedle domków jednorodzinnych, wyjechaliśmy z miasta w stronę Głodowa, sprytnie omijając tętniącą autami szosę 25. Takie z nas cwaniaki! A w Głodowie wjechaliśmy na szosę 169. Ujechaliśmy dosłownie kawałek i ujrzeliśmy nowobudowaną S11. Od razu strzeliła mi do łba myśl, że jeżeli nie jest jeszcze czynna, to skorzystamy! Jak kiedyś koło Świebodzina na nowo budowanej autostradzie A2 w 2011 r.! Zatrzymałem operatora żółtego traktorka i zapytałem, czy można „bryknąć” rowerkami? Nie wiedział, ale dopowiedział, że szosa jest już pomalowana i tylko jakieś techniczne przejazdy się odbywają. Podziękowałem i do Ani wykrzyknąłem (był hałas maszyn).

– Jedziemy! – Ania bała się, a ja wręcz przeciwnie. Poczułem podekscytowanie! I tak wtoczyliśmy swoje koła na nowiuśką S11 (jeszcze w budowie) i ustawiliśmy rowery na środku lewego pasa. A co!

– A teraz będziemy palić gumę! – zażartowałem. Ania miała jednak więcej obaw niż chęci do żartów.

– Mamy jedyną okazję na przetestowanie trasy, którą potem nie będzie można jeździć rowerem! – ciągnąłem uradowany. Ania jednak dalej była niepewna.

– Dobra, pojedziemy prawym, poszerzonym poboczem – uspokoiłem choć trochę Anię.

S11 w trybie „Dla rowerów”

Zanim jednak zaczęliśmy zdzierać nasze gumy na esce, spojrzałem na mapę w telefonie. Taka okazja wymagała zmiany planów rowerkowania. W głowie zaświtała mi myśl, by dojechać aż do Koszalina, albo przynajmniej do szosy 167, z Tychowa do Koszalina. Takiej okazji nie można było zmarnować. Takie z nas będą cwaniaki! O jakże się przeliczyłem… Już po paru kilometrach, jazda po gorącym asfalcie, bez cienia drzew, na pełnej ekspozycji na słońce spowodowała, że zatrzymywaliśmy się dla ochłody, pod każdym wiaduktem. Pojedynczo i z rzadka przejeżdżające pojazdy już nas nie cieszyły. No i ten widok przed nami. Daleko, daleko, widać było dokąd jedziemy. Po obu stronach eski, nie było widać żadnego życia. Żeby choć jedna mrówka szła w poprzek, ale nie! Jeszcze tylko wspomnieliśmy naszą wyprawę rowerową z naszym kolegą Krzysztofem, kiedy w 2005 r., przejeżdżaliśmy nad szosą z Darginia do Wilczogóry (2005 rok), a szczególnie przeprawę przez rzekę Radew i poddaliśmy się. Nie wytrzymaliśmy upału. Szybka modyfikacja trasy i na wysokości Krępy, zjechaliśmy z eski, na szosę do Rosnowa. Niby dalej byliśmy wystawieni na słońce, ale bliskość lasu już dawała chłód. I od razu zrobiło się przyjemniej. Morał z tego taki, że jazda eską w aucie jest dla Ciebie dobra, ale eska może Ciebie „wyautować” na rowerze! Zatem kolejne „plus dziesięć” do naszego bagażu doświadczenia.

    W tych lasach napotkaliśmy mnóstwo grzybiarzy. Nic dziwnego. Kiedy byłem mały, cała nasza rodzina przyjeżdżała do tych lasów na zakładowe grzybobranie. Teraz, widzieliśmy tylko samochody osobowe, ale radość było słychać tą samą, co ja pamiętam sprzed ponad 45 lat temu!

    Słońce skutecznie wytrzebiło nam ochotę na oglądanie nieczynnego lotniska wojskowego w Kurozwęczu, które miało być cywilnym portem lotniczym Koszalina. Powoli wtoczyliśmy się do Rosnowa i z ulgą zasiedliśmy pod daszkiem, tuż nad brzegiem jeziora Rosnowskiego. Przyszedł czas na spore nawodnienie.

    Cieszyliśmy się, że teraz długo będziemy jechali przez las. Dojechaliśmy do Zacisza i nasz asfalt zamienił się w rzadko uczęszczaną leśną drogę. Gdy dojechaliśmy do starego, spróchniałego mostku na Dzierżęcince, nawet nie zauważyliśmy go za pierwszym razem. Tak rzadko, ktokolwiek tamtędy przechodził, że nawet nie było wydeptanego zielska i łatwo było przeoczyć. To my właśnie takimi dróżkami, to lubimy! Moja nawigacja pogubiła się już kilometr wcześniej. Śmiałem się, że niemalże prosto z eski, czyli z nieba, na łąkę, czyli piekło. Najpierw przez mostek przeszedłem ja, a pod Ani stopą złamała się stara, spróchniała belka mostku! Na szczęście bez żadnego urazu. Widocznie Ania ma ode mnie większy nacisk jednostkowy na podłoże! No trzeba uważać na wszystko i wszędzie. A szczególnie na rowerze. A parędziesiąt metrów za mostkiem, mały postój w lesie. Cisza, szum drzew i… pełno ogromnych mrówek w poprzek drożyny! No to nie zabawiliśmy długo.

Zdecydowanie nie S11

Dalsza trasa nie zachwycała. Było coraz gorzej. Miejscami na drodze nie było dwóch wyjeżdżonych śladów. Ale nie było też piasku. Nawet obecność torów nie polepszyła naszej drogi obok. No słowem, lekko nie było. Dopiero na około kilometr od Manowa, wjechaliśmy na zdecydowanie uczęszczaną przez samochody, leśną drogę.

    Od Manowa do Koszalina, obok ruchliwej szosy 25, wiodła nas już ścieżka rowerowa. I znowu wpadliśmy słońcu w oko! Zacząłem się zastanawiać, czy lepiej po gorszej drodze w cieniu, czy gorzej po lepszej w słońcu? Kolarze pewnie mają inny pogląd na tę kwestię. Minęliśmy Bonin, znany nam z badań nad rozwojem upraw ziemniaka w Polsce. Potem mały przystanek przy tablicy z nazwą miejscowości i zadowoleni, wjechaliśmy do miasta.

A tuż za Boninem?

    Zajechaliśmy do naszego miejsca noclegu trochę za szybko. Poczekaliśmy więc w cieniu do czasu przygotowania naszego pokoju. A potem okazało się, że dla naszych rowerów, nie ma żadnego choćby zadaszenia, choć upewniłem się telefonicznie trzy dni wcześniej oraz wysłałem prośbę przez chat, o przechowanie rowerów. Przywiązałem więc rowery do płotu. Odświeżyliśmy się i poszliśmy coś zjeść. Trafiliśmy przypadkowo na niedawno otwartą szaszłykarnię i był to strzał w dziesiątkę. Pyszności!

    Wróciliśmy do hotelu i zaczęło padać. Po godzinie ulewnego deszczu zmuszony byłem wstawić rowery do wewnątrz obiektu, choć hotel dysponował przynajmniej jednym garażem. No i jeszcze, ustawiając rowery już wewnątrz korytarza, obok żeliwnego, zabytkowego kaloryfera, byłem nadzorowany przez właściciela, czy aby nie uszkodzę aluminiowym rowerem tego żeliwa! Obiekt zdecydowanie nieprzyjazny rowerzystom i dlatego nie polecam.

    Następnego dnia będziemy znowu testować Intercity.

Dodaj komentarz