Dzień 10. Kvarnmon – Sundsvall. 71 km.

Kvarnmon – Mellanfjärden – Sörfjärden – Norrfjärden – Galtströms – Skatan – Lerviken – Skrängstabodarna – Mjösund – Skottsund – Kvissleby – Svartvik – Vapelnäs – Stockvik – Sodom – Sundsvall.

Ślad trasy z mapy.com tutaj.

Ciemna noc… Zaskrzypiały drzwi! Ktoś w koszuli nocnej, otworzył je i wszedł do naszego pokoju. Postać podeszła do okna i wyciągnęła moskitierę. Do moich uszu dotarło, że mocno pada deszcz. Było bardzo ciemno, ale pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to to, że do naszego pokoju weszła chyba Frida!!! Mogła wejść bo nie zamknąłem drzwi na klucz! Zdążyłem zapytać, czy rzeczywiście mocno pada? Usłyszałem, że tak. Chyba Frida – nie Frida, zamknęła okno i wyszła. I wtedy zjeżył mi sie włos na plecach… Czyżby moskitiera zamakała? A może tak chrapałem, że na górze nie mogli spać? A może to nie była Frida, tylko duch tego domu? No i co najmniej pół godziny miałem wyjęte ze snu… Na wszelki wypadek, przekręciłem klucz w drzwiach, z nadzieją, że zamknięte drzwi powstrzymają następne duchy!

A ranek wyglądał, jak gdyby nigdy nic!!! Zanim odjechaliśmy, przyszli właściciele. Zapytałem, czy Frida dostała może polecenie zamknięcia u nas okna w nocy? Zobaczyłem wielkie zdziwienie na twarzy mamy Fridy. Fridy nie było, więc nie mogłem jej zapytać. Więc to musiał być duch jakowyś. Dom był z XIX wieku, z bogatą i udokumentowaną historią, więc okazji do zagnieżdżenia się ducha było bez liku. Postanowiliśmy nie zaprzątać sobie tym głowy. Tylko nie wiedzieć czemu, w mojej utkwiło mi imię Frida! Z mocnym, szwedzkim akcentem na a!!!

Cieszyliśmy się jak gł…ki. Nie padało, świeciło słońce, a wiaterek dmuchał ledwo, ledwo! Ha! No żyć, nie umierać! Taki prezent na ostatni dzień rowerkowania przez Dziewicze Wybrzeże, na północ!

Łubin na Boże Ciało?

Wróciliśmy na nasz cykelspåret, który był fajnym, wąskim asfaltem, wijącym się po dolinkach. W Mellanfjärden zajechaliśmy nad sam brzeg Zatoki Botnickiej. Było widać kawał morza, ale nie Finlandię. Marina i wioska, jakby jeszcze spały. Ni żywego ducha! I znowu wjechaliśmy w las. Nie czuć było wiatru! Żadnego! Od razu zaczęło nas przypiekać słońce.

Nieliczny, ładny widok.

Dla odmiany, trafił się nam jeden ładny widok na morze. Była nawet drewniana kładka, na skałkach, prowadząca w dół, do brzegu. Nie poszliśmy. I znowu las, las, pole golfowe, las, las… Minęliśmy Sörfjärden i Norrfjärden, zauważając tylko drogowskazy do centrów tych skupisk. Coraz częściej zdarzały się przekopy w skałach, które poczyniono, kiedy budowano tę szosę. Skał przybywało, a szosa nerwowo się wierciła w prawo i lewo. Minęło nas także troje nartorolkarzy, czyli trasa była wymagająca! Nie było silnego wiatru i od razu słońce zabierało siły. Na szlaku było też coraz więcej rowerkowców, takich jak my, na TIRach. Minęliśmy dwóch Finów, dwóch Norwegów i dwoje… Polaków!!! Zatrzymaliśmy się natychmiast i wywiązała się rozmowa. Oto stali przed nami Kasia i Marek. Dwoje mocno zaprawionych w rowerkowaniu zapaleńców z namiotem, już na wiecznym urlopie. My, mocno zmęczeni. Kasia zelektryfikowana, więc uśmiechnięta. I Marek, który jak ja, ociekał skroploną radością. Nie chciałem ich martwić, że przed nimi spora wspinaczka, choć pewnie o tym wiedzieli. Natomiast oni potwierdzili, że przed nami to już właściwie zjazd do Sundsvall. Oj, jak fajnie było ich spotkać. Ci, co podzielają tą samą pasję, rozumieją się ciut lepiej. Nam to spotkanie dało wielkiego kopa. I w głowach, i nogach! Pozdrawiamy Was i do zobaczenia na szlaku. A w bonusie, pykło nam 600 km trasy od domu!!! Radość, radość, radość…

Kasia, Marek i my.

Przed Galtströms skończyły się nam napoje. Nadłożyliśmy więc drogi do baru, który był naprzeciwko starej, chyba cegielni. Między nimi była stacja końcowa kolejki wąskotorowej. Stały małe wagoniki towarowe i można było je przepchnąć parę metrów. A najfajniejsze zjawisko było w samym barze. Stara, wielka kasa na… korbę!!! Po przekręceniu, u dołu kasy wyjeżdżała szuflada i rozlegał się donośny dzwonek. Jak w starych filmach! A za kasą stał kręciołek. Tak nazywałem starą maszynę liczącą na korbkę, którą jako dziecko, posługiwałem się w latach 70-tych. Sprzedawca, z sumiastym wąsem i z uśmiechem, uzupełnił nam wodą do picia, bidony i butelki. Zjedliśmy kanapki i ruszyliśmy dalej, podziwiać lasy! Tuż przed Mjösund, podczas dłuuuuugiego zjazdu, po naszej prawej wyłoniły się skały, łudząco podobne do naszego Szczelińca. Widok z tych ładniejszych!

Od tamtego czasu, coraz mniej lasu, a coraz więcej zabudowań, fabryk i wielkich zakładów. Od Kvissleby jechaliśmy już piękną rowerostradą do samego końca. Zielony las ustąpił miejsca szarej betonozie. W Sundsvall, zajechaliśmy jeszcze do burgerowni MAX na ostatni posiłek tego dnia. Oj, jak miło było w klimatyzowanym pomieszczeniu!!!

Rowerostradą do celu.

Na sam koniec czekało na nas zobrazowanie pionowej wręcz ściany, którą widzieliśmy w nawigacji, w przekroju poprzecznym trasy. Tak, Sundsvall był także położony na zboczu wielkiej góry, a nasz hotel był na jej szczycie. Wybraliśmy najkrótszą drogę, po której nie dało się jechać. Stromizna do kwadratu! Długo prowadziliśmy nasze TIR-y. A na końcu – nagroda. Hotel bardzo przyjazny rowerzystom. Pokój wielki jak hangar. Rowery w naszym pokoju. Pralki, suszarki itd. Wypraliśmy więc wszystkie nasze ciuchy, ukąpaliśmy się i szczęśliwi, że dojechaliśmy do celu naszej wyprawy, położyliśmy się spać.

Jutro wracamy trzema pociągami i trojszku na kołach, do Ekerö, do domu Magdy i Görana.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz