Dzień 8. Ljusne – Hudiksvall. 74 km.

Ljusne – Sandarne – Söderhamn – Haga – Borg – Källene – Kungsgården – Lindefallet – Vedmora – Enånger – Njöte – Iggesund – Hudiksvall.

Ślad trasy z mapy.com tutaj.

Takiego śniadania, życzę wszystkim rowerkowcom. Nie dość, że smaczne i różnorodne, to jeszcze z obsługą po czesku. Sama radość!

No i wiatr rozszalał się na dobre! Na nic moje obserwacje wiatrów, w trakcie planowania wyprawy. Wszystko było odwrotnie. Całe szczęście, że tory do Hudiksvall były obok. Także, jak by co, to plan B i już!

W Ljusne zajechaliśmy do centrum, do sklepu Coop, po zaopatrzenie na drogę. Dosłownie u podnóża wielkiej skały, z napisem miejscowości na szczycie. Tam spotkaliśmy starszego, lokalnego tubylca na rowerze. Bardzo był zainteresowany naszym rowerkowaniem. Niestety, nie wiedział, że nasza flaga mówiła, że jesteśmy z Polski, bo zapytał, skąd byliśmy. Mimo to wywiązała się fajna rozmowa. Gdy zobaczył, że chciałem butelki po witaminach wrzucić do kosza, pokazał, jak w Szwecji działał system kaucyjny. Do tej pory nie wiedzieliśmy, że w sklepach były automaty do butelek i puszek.

Pierwszy odpoczynek wypadł nam po 9 km, przy sklepie ICA, w Sandarne. Kupiliśmy jakieś czekolady i wafelki, bo cosik za szybko uciekały z nas moce! Stojąc przed sklepem, na tablicy ogłoszeń wyczytałem (po szwedzku!!!), że w Kungsgården, tego właśnie dnia, odbędą się pokazy i parada starych traktorów. Rzut oka na mapę i radość! Akurat tam jedziemy. Może uda nam się coś zobaczyć?

Jechaliśmy szosą X 583 z cykelspåret’em na poboczu, oddzielonym słupkami. No niby pięknie, gdyby nie ten wiatr!!! Następny postój po 4 km. Robiło się nieciekawie. Byliśmy znacznie za słabi. Wtedy też zauważyłem, że co paręset metrów, ktoś pozawiązywał jasne wstążki na drzewach, wzdłuż pobocza. I tak sobie pomyślałem, że to chyba pokazywało kierowcom, jak zachowuje się wiatr? Ale może się myliłem? W każdym razie, wstążki były na poziomo!!!

Wjechaliśmy do Söderhamn. Trafiliśmy do centrum i na most nad wodą. Ustawiliśmy rowery przy relingu i poszliśmy na drugą stronę jezdni, by zrobić zdjęcie. I wtedy, kierowca samochodu, który wjeżdżał na most, zatrzymał się i pokazał, byśmy najpierw zrobili zdjęcie. Tacy tam byli uprzejmi kierowcy. Pomachaliśmy w podzięce. Oczywiście zaliczyliśmy kolejny postój na stacji benzynowej, paręset metrów dalej. Był upał ale dzięki wiatrowi w ogóle nie było go czuć. Wolałem się jednak nasmarować 50-tką.

Szalał wiatr w dolinie.

Za Källene wyjechaliśmy z lasu na rozległą równinę. Choć widok był przepiękny, to wiatr tam właśnie, używał sobie do woli. Powoli człapaliśmy do przodu. I wtedy, za Ingsta, zauważyliśmy nadjeżdżające z przeciwka traktory. Jechały jeden za drugim. To była właśnie ta parada starych traktorów z ogłoszenia! Stanęliśmy na poboczu i zacząłem robić zdjęcia i kręcić film. O użyciu drona nie mogło być mowy. Wiatr by go zdmuchnął. Kierowcy machali do nas a my do nich. Było też kilka przyczep z ludźmi. Wszyscy mieli dobrą zabawę. Przejechało może ze dwadzieścia starych traktorów, różnych marek, o których nie miałem pojęcia, że istnieją. Radość, radość, radość! W centrum Kungsgården była także wystawa statyczna. Za chwilę, cała ta kawalkada, którą niedawno minęliśmy, zajechała na plac przed nami. Przednia zabawa. I ta parada, tak na mnie podziałała, że i siły wróciły. Bo najważniejsza jest przecież głowa!!! Ania nie miała żadnego kryzysu. Sił miała tyle, co Godzilla.

Zmierzając przez lasy, do Enånger, licznik wskazał 500 km. Kawał drogi! Nie ma co! I to też była chwila, która mentalnie mnie wzmocniła. Oczywiście tylko mnie. Ania-Godzilla dalej tryskała energią. Dlaczego do Enånger? Bo tam była pizzeria i sklep. W lokalu obsługiwali dwaj faceci, chyba z Bałkanów. Jedliśmy na zewnątrz w cieniu. Pizza była przednia. Obok siedziała grupa szwedzkich nastolatków. I powiem szczerze, zachowywali się bardzo, bardzo głośno. A gdy odeszli, zostawili po sobie na stołach i pod nimi, dosłownie chlew. Ciekawe zjawisko, nieprawdaż?

Posiłek zjedliśmy w samą porę. Potrzebowaliśmy dodatkowych sił. Odpoczęliśmy i wytoczyliśmy się ponownie na szosę X 583. Jechaliśmy poszerzonym poboczem, ciągle walcząc z wiatrem. Trochę mię zaczął zastanawiać widok skał, wyrastających na poboczu. Rzeczywiście teren zaczynał się fałdować. Niepokojące zjawisko… No, czemu akurat dzisiaj?

Do Hudiksvall, miasta założonego przez Jana III Wazę, ojca Zygmunta, króla Polski, zajechaliśmy uchetani, upoceni i głodni. W hotelu rowery poszły do bagażowni, a młody recepcjonista zaczął nas zachęcać do odwiedzenia… siłowni. Może nie wyglądałem jednak na umordowanego? Odmówiłem. Wtedy zaproponował, by pójść nad… ocean. No i rozbawił mnie do cna! Całe szczęście, że hotel miał swoją restaurację. I to nie byle jaką. Ukąpani, skorzystaliśmy z usług kucharza, który na naszych oczach przygotowywał posiłek. Dawno, nie piłem tak dobrego piwa.

Domy nad oceanem ;-))) w Hudiksvall.

Potem poszliśmy na mały spacer. Do pełnego morza było może z 15 km, ale zatoka dochodziła do samego centrum Dziewiczego Wybrzeża. A najfajniejsza atrakcja, to pociągi przejeżdżające pod naszym hotelem. I nie wiedzieć czemu, po mieście jeździło sporo starych, amerykańskich samochodów. Przeważnie cabrioletów. Może mieli jakiś zlot, czy co? Á propos samochodów. Zauważyliśmy też takie stare gruchoty, nierzadko dymiące z rury, którymi kierowały bardzo młode osoby. Zawsze jeździły bardzo wolno i nie miały rejestracji. Za to z tyłu, na klapie, był umieszczony trójkąt ostrzegawczy. Dopiero Magda nam wytłumaczyła, że tak mogą się poruszać po Szwecji niepełnoletni kierowcy, powyżej 15 roku życia. No i samochód musi być zarejestrowany jako… traktor. Taka, Panie, ciekawostka.

A ponieważ byliśmy bardzo mocno zmęczeni, to nie mogliśmy zasnąć. Na dodatek ciemno za oknami zrobiło się jakoś po północy, a o drugiej zaczęło świtać.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz