Dzień 7. Gävle – Ljusne. 87 km.

Gävle – Lervik – Kullsand – Nydal – Engesberg – Bönan – Utvalnäs – Harkskär – Pålvik – Utnora – Hillevik – Trödje – Rån – Rån – Bergby – Axmar – Axmar Bruk – Sunnäs – Söder – Ljusne.

Ślad trasy z mapy.com. tutaj.

Plan A na ten dzień był prosty. Jedziemy tylko po cykelspåret 11, a potem 12. Plan B zakładał, że gdyby ktoś, komuś, coś, to po 40 km będziemy mieli koło siebie pociąg. Zanosiło się na jeden z dłuższych etapów.

Pogoda piękna, choć nie dla rowerkowców na TIRach. Słońce i za-rą-bis-ty wiatr. Oczywiście, że w twarz! Liczyłem na energię, jako rezultat bardzo dobrego śniadania z masłem i jajkami oraz osłonę lasu.

Zanim wyjechaliśmy z Gävle, poczyniliśmy zakupy na drogę w ICA. Dużo napojów!

No, wiało…

W końcu trafił się nam ładny widok na Morze Bałtyckie, w pakiecie z papiernią w Skutskär. Zatrzymaliśmy się na zdjęcie. To był jeden z tych rzadszych, acz dobrych chwil do zrobienia zdjęcia z widokiem. Wjechaliśmy na teren Dziewiczego Wybrzeża, którym mieliśmy jechać przez parę dni. Dość łatwo to zauważyć. Nagle wzrosła liczba kamperów z całego Świata. To był dla nich raj. Tuż za Bönan zaczął się osobny, bardzo szeroki cykelspåret. Coś po 2 kilometrach, wywinął się na północ i od tamtej pory, las nie las, wystarczyła szerokość szosy, a wiatr hulał jak w korytarzu. A potem, za Pålvik wjechaliśmy na chyba niedawno zrobioną szutrówkę. Było zbyt dużo luźnych kamieni i jazda TIRem stała się niezbyt przyjemna. A dodatkowo, zabierała nam siły.

Przed Utnora w lesie, zatrzymaliśmy się na dokarmianie. Akurat rosły jagody. Spróbowałem. No takich kwaśnych jagód w życiu nie jadłem. Ładnie tylko wyglądały. Od tamtej chwili, jak Szwedzi, przestałem się uśmiechać. Właściwie to nie wiem dlaczego oni nie? Ja dlatego, że miałem niebieskie zęby!

W końcu wjechaliśmy na asfalt. Uff! Ale tylko na chwilę. Ał! Na szczęście, druga szutrówka była już twarda jak beton. Uff! A gdy skręciliśmy o 90 stopni na zachód, w piękną szosę, wiatr wiał nam z boku. Podwójne uff! A ten las, co rósł przy szosie, to był całkiem młody las. Taki niewysoki jeszcze. I co? Słabo chronił nas przed wiatrem… Za to radość wielka nas dopadła, gdy na liczniku rowerowym wybiło 400 km. Od domu do tu. Ho, ho…

Byliśmy też w Hadze.

Gdy w Trödje wjechaliśmy na porządny asfalt, to jechaliśmy już idealnie na północ. Bardziej pod wiatr się już nie dało. Jechaliśmy szosą X 583. Obok były tory. A to znaczy, że zatrzymywaliśmy się średnio co 5 km na zastrzyk energii czekoladowej. Jak w kreskówce, topniały nam zapasy węglowodanów.

Zero ochrony przed wiatrem.

Do Ljusnefors Camping przyjechaliśmy mocno zmęczeni. Zauważyliśmy milion kamperów i ani jednego namiotu. To była chyba Mekka dla nich? Na szczęście, restauracja na miejscu była czynna a nasz pokój, choć z poprzedniej epoki, okazał się być idealny do odpoczynku. Ale to nie wszystko. Firmę prowadziło małżeństwo (albo para) czesko-szwajcarska. Gdy tylko wesoły człowiek zagadał po czesku, od razu nam się zrobiło lżej na duszy. Niestety, niemiecki nie wpływał na mnie pokrzepiająco. Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego? Zjedliśmy pyszną obiado-kolację w doskonałym towarzystwie. Potem poszliśmy sie przejść, popatrzeć na Zatokę Botnicką. Pomimo obecności na cyplu, widok był mocno niespecjalny. Choć właściciele zachęcali nas, by wejść na skałę w centrum Ljusne, skąd widok miał być przepiękny. Woleliśmy jednak się położyć.

Ten pobyt w Ljusne, jednogłośnie oceniliśmy jako najlepszy z dotychczasowych w Szwecji! Dodatkowo oznaczyliśmy jako bardzo przyjazne rowerzystom. Oczywiście poza noclegiem u Magdy i Görana, bo ten był poza jakąkolwiek konkurencją.

Zasypiałem z niepokojem. Wiatr w Polsce, na ogół cichł z wieczora. Tutaj hulał w najlepsze. W prognozach na jutro znów powiało dramatem…


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz