9 lipca 2025 r.
Östhammar – Börstil – Uppskedika – Hökhuvud – Borggårde – Kelinge – Rovsättra – Hackbol – Gubbo – Österbybruk – Dannemora – Upplanda – Örbyhus – Bennarby – Tobo – Tierp – Tolfta – Norrby.
Ślad trasy z mapy.com tutaj.
Za każdym razem, gdy tylko weszliśmy do hotelowego, wewnętrznego ogrodu, który był pięknie urządzony, czuliśmy się jak w bajce. Dodatkowo serwowali przepyszne śniadania, a obsługa wręcz była przekulturalna. No nie chciało się odjeżdżać. Ten hotel oznaczamy jako miejsce super przyjazne rowerzystom. Ale czas nam było jechać do lasu…
Było zdecydowanie za gorąco. Sporą nadzieję pokładaliśmy w leśnych cieniach. Tego dnia wyjątkowo zmierzaliśmy na zachód, więc las miał nas osłonić.
Najpierw dojechaliśmy do szosy 288. Ruch niewielki i nie przeszkadzał wiatr. Potem, przed Hökhuvud, doszła do nas trasa rowerowa nr 10 (cykelspåret 10), ale nie w sposób jakiś spektakularny, z wielkimi znakami. Wręcz przeciwnie. To był wypalony do czarnego od słońca, kiedyś biały kwadracik. Ta trasa miała nam towarzyszyć przez większość dnia. Jednak wolałem polegać na nawigacji. Wtedy nie musiałem się martwić na każdym skrzyżowaniu.
Za Hökhuvud, zjechaliśmy w podrzędną szosę na północ i zobaczyliśmy kwitnący… rzepak! No nie mogliśmy się powstrzymać, by nie zrobić sobie zdjęcia na tle. W Polsce już niektórzy przymierzali się do omłotów, a tu kwitł na całego, takim szwedzkim żółtym. Od razu pojawiły się na naszych koszulkach te małe, czarne owady.

Asfalt mieliśmy aż do Rovsättra. Potem wjechaliśmy na leśną szutrówkę, której jakość nas pozytywnie zaskoczyła. Luźny kamień leżał na środku i poboczach, a ślady były tak twarde jak asfalt. No tak, to można rowerkować po świecie. Nie dość, że słoneczko i cień, wiatru zero, to jeszcze twarda szutrówka. Takie rzeczy to chyba tylko w Szwecji, choć wszędzie jeszcze nie byliśmy.
Nie oparłem się też ponownemu użyciu drona. Skoro natura była w zasięgu ręki, szkoda by było jej nie uchwycić filmem 4K. Dron spisał się, zarówno lecąc tyłem – przed nami, jak i przodem – za nami.

Wąski na jeden samochód asfalt, znowu pojawił się za Gubbo. Pojawili się także rowerzyści, którzy jeździli nad ciągnące się po naszej lewej stronie jezioro Stordammen. Co chwilę mijaliśmy szutrówki z piktogramami plaż i campingów.
W Österbybruk zatrzymaliśmy się na posiłek. Dosłownie w centrum miasteczka, tuż przy markecie ICA, w którym uzupełniliśmy napoje. I to wtedy poczuliśmy różnicę między szwedzkim upałem w mieście a w lesie. Zrobiło się za gorąco.
Tuż przed wjazdem na szosę 292, od lewej dojechała do nas burza. Nie było szansy na ucieczkę, więc schroniliśmy się pod daszek jakiegoś garażu. Jak szybko przyszła, tak szybko odeszła, zostawiając mnóstwo wody na jezdni. Poczekaliśmy jeszcze trochę, by lekko rozjeździły ją samochody. A że nie było ich dużo, toteż znudziło nam się czekanie. Gdy wyszło słońce, woda dosłownie odparowała w oka mgnieniu.
Zmierzaliśmy do Örbyhus. Po burzy totalnie odmienił się wiatr i teraz wiało nam idealnie w plecy. Zaczęło się nam jechać tak lekko, że bez wysiłku rowerkowaliśmy 30-33 km/h!!! Dogoniła nas jednak szybsza i kolejna chmura deszczowa. Schroniliśmy się na drewnianym przystanku ichniejszego PKS. A ponieważ czasu do rozmyślania było sporo, zobaczyłem, że warto było zjechać właśnie wtedy i wjechać do centrum. W mieście zaczynała się ścieżka rowerowa po starym nasypie kolejowym, aż do stacji kolejowej za Tobo. Gdy tylko opad zelżał, dosiedliśmy TIRów i popedałowaliśmy. Okazało się, że 500 m na północ, asfalt był suchy i w ogóle tam nie padało. Znowu wyszło gorące słońce.
Cykelspåret’em po nasypie, jechało się sielsko-anielsko. I znów zaczęło nieźle wiać. Na szczęście idealnie w plecy. Toteż, gdy dojechaliśmy do szosy 292, która miała poszerzone pobocze, bez chwili namysłu władowaliśmy się na nią i znowu jechaliśmy 30 km/h. Tak dmuchało! I zupełnie nie wiadomo kiedy, dorowerkowaliśmy naszymi TIRami do Tierpu.

Zajechaliśmy do marketu Coop. Ania poszła po zakupy na obiado-kolację i śniadanie. Nasz nocleg wypadał nam tym razem na odludziu. Ja natomiast stałem przy torach i bacznie się przyglądałem pociągowi Mälartåg, którym zamiarowaliśmy wracać na koniec rowerkowania, z dalekiej północy. To były piętrowe, wieloczłonowe zestawy, pozwalające na transport max 6 rowerów. Trochę dziwne, bo pociąg długi, a tylko 6!?! No cóż. Martwić się będziemy na powrocie.
Zajechaliśmy do Norrby. Pięć, może sześć domów. Nie spodziewałem się jednak, że będziemy nocować w ujeżdżalni… koni. Obiekt był tak niepozorny, że nie mogłem uwierzyć, że nad stajnią były pokoje. Gdy przyjechał właściciel Ulf, oprowadził nas i wskazał nasz pokój. Całe szczęście, że pozory były mylące. Na piętrze, dosłownie nad stajnią, było ogromne wspólne pomieszczenie, ze stołami, przeogromną kuchnią, lodówkami i łazienko-pralnią. Za wielką, przeszkloną ścianą była ujeżdżalnia koni. To był przepotężny budynek. Za budynkiem było już tylko pole uprawne. Ale cisza!!! Ulf zaprezentował nam także swoje konie. Ależ były piękne!
Ulf powiedział nam także, że wieczorem przyjadą robotnicy, którzy wynajmują u niego pokoje pracownicze. Wyjadą też wcześnie rano. No to pokąpaliśmy się wcześniej, przygotowaliśmy sobie pyszną obiado-kolację i zrobiliśmy pranie. A wieczorem, gdy przybyli robotnicy, usłyszeliśmy język ukraiński i… polski! Okazało się, że pomiędzy fachowcami budującymi jakiś market niedaleko, był nasz ziomal. On z Wąbrzeźna, a my przecież kiedyś z Grudziądza. Pogadaliśmy sobie zatem. To było kolejne potwierdzenie, że Polacy są wszędzie. Pozdrawiamy ziomala serdecznie.
W nocy zrobiło się tak cicho i ciemno, że nawet konie nie rżały. No może ja, tak troszeczkę rżałem…
Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.