8 lipca 2025 r.
Norrtälje – Upllunda – Kvilunda – Röksta – Aspsund – Galltorp – Söderby-Karl – Norrby – Stabby – Skebobruk – Gribby – Häverödal – Gottsta – Hallstavik – Skärsta – Sjöskogen – Boda – Lavarö – Hargshamn – Sandika – Östhammar.
Ślad trasy z mapy.com tutaj.
Po dobrym śniadaniu, pozmywaliśmy naczynia i ruszyliśmy jeszcze przed 0900. Rowery przetrwały na zewnątrz, bez uszczerbku. W planie było sporo kilometrów, choć miało być lekkuchno, bo z górki. Z 40 do 0 m.n.p.m. :-)) No i trochę popadywało z rana ale prognoza pokazywała za chwilę słońce.
Od samego początku, rowerkowalismy szosą. Aut bardzo mało. Z każdym kilometrem coraz mniej. Słońce wyszło na dobre. Wjeżdżaliśmy w coraz to węższe asfalciki. No, a wiadomo nie od dziś, że jak jedzie się ciągle po asfalcie, to i tyłek szybciej się ugniata i przerwy trzeba czynić częściej. No to stawaliśmy. Dodatkowo, nie sprzyjał nam wiatr. Dużo jechaliśmy po otwartej przestrzeni i zaczął nam doskwierać. Tuż przed Hallsatvik zauważyłem znaczek rowerowego, szwedzkiego szlaku brzegowego Kustlinjen. Zupełnie przypadkiem, bo nie rzucał się w oczy.
Zajechaliśmy do Hallstavik na posiłek. To miasteczko kojarzy mnie się tylko ze stadionu i klubu żużlowego. Dosłownie w centrum, pomiędzy sklepami Coop i ICA, znaleźlismy jakiś bar i zjedliśmy coś podrzędnego, choć smacznego. Słońce już zdrowo przygrzewało. Dlatego postanowiłem trochę odpocząć w wielkim, drewnianym fotelu. Uzupełniliśmy zapasy płynów. Wtedy też zauważyłem, że na wschodzie zaczyna się Zatoka Botnicka, a do Finlandii był rzut beretem…

Przez następne 15 km jechaliśmy wzdłuż wód zatoki, wrzynających się ostro w ląd. Ziemia jakby popękała tak… podługaśnie. Wąsko i ciągnęło się kilometrami. Wyglądało jak rzeka, tylko że woda w nim była słona. W Hargshamn zajechaliśmy specjalnie nad skalisty brzeg. I choć byliśmy nad sporą wodą, to do otwartego Bałtyku było co najmniej 20 km. Taki to brzeg tam mają! Porwany, postrzępiony, wysadzany milionami małych skałek i wysepek. Można zapomnieć o jeździe rowerem wzdłuż brzegu, jak np.: w Niemczech, Danii czy Polsce. W związku z tym – ładnych widoków brak.

Gdy dojechaliśmy do posiadłości Hargs bruk, zauwyżyliśmy dużo jeleni w ogrodzeniu i spore, historyczne zabudowania. Jakiś spory majątek ziemski. Niestety, najkrótsza droga okazała się być oznakowana zakazami po szwedzku. Główny znak był bardzo podobny do naszego zakazu ruchu. Do zdekodowania napisów użyliśmy tłumacza. Wyszło, że to prywatna droga. No to objazd. I wtedy, mój rejestrator jazdy się zaciął. Pewnie dlatego, że poziom naładowania telefonu był zbyt niski, choć podłączyłem go do power banku. Przez ponad 9 km nie rejestrował śladu. Na szczęście, liczniki na kierownicach robiły swoje. W międzyczasie pykło nam 200 km rowerkowania.

W Östhammar, zajechaliśmy do zarezerwowanego pensjonatu. Miał piękny, wewnętrzny ogród. Bardzo duży parking dla rowerów i super pokoje, utrzymane w starym, drewnianym choć surowym stylu. Fajnie skrzypiały stare schody i podłoga. W porównaniu do poprzedniego noclegu, znaleźliśmy się w wykwintnym wręcz miejscu. To miejsce było nad wyraz przyjazne rowerzystom.
Jeszcze tylko pyszna obiado-kolacja w restauracji i wypoczynek. Tym razem mieliśmy zasłonki i zrobiliśmy sobie szybsze, jak mawiał mój teść, verdunkelung (zaciemnienie).
Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.