Dzień 1. Nynäshamn – Ekerö. 26 km.

5 lipca 2025 r.

Nynäshamn Älvsjö – Slagsta Ekerö.

Ślad trasy z mapy.com tutaj

Śniadanie w bufecie było bardzo dobre. Prom miał przybić o 12:00, więc czasu na rozruszanie mieliśmy sporo. Kabiny trzeba było opuścić wcześniej, więc patrzyliśmy w niebo i widnokrąg. W telefony nie patrzyliśmy. Jak to mówią, nie było pola. Tylko woda. Bezkres wody! Tzn. pole było, sprytnie podsuwane przez armatora, z niebotycznymi stawkami, dlatego nie korzystaliśmy. Ale sprawdziłem za to aplikację mapy.com, która nie potrzebuje internetu do określania położenia. Gdy tylko wyszedłem na zewnątrz i postałem jakąś minutkę, smyrofon złapał kontakt z satelitami i pokazał nasze położenie. No, to poczułem się spokojniej. Choć niebo co chwilę płakało…

Po przybiciu, gdy tylko odblokowali zejście na dolny pokład, ruszyła cała lawina zniecierpliwonych rowerzystów, w tym i my. Szybko osakwowaliśmy nasze rowery i tak uzbrojonymi TIRami, postąpiliśmy na szwedzką ziemię. Od razu zaczęło lać. A więc jednak. Szwedzkie niebo nam nie sprzyjało. Szybko odzialiśmy się w nieprzemakalne i ruszylismy do kontroli celnej. Czujne oko szwedzkich pograniczników, w postaci brodatych wikingów w mundurach, zobaczywszy naszą flagę, machnęli ręką, by jechać bez zatrzymanki. Rozsunęła się brama i wjechaliśmy w otwartą na oścież, mokrą Szwecję.

Plan A zakładał, że rowerkujemy do Ekerö. Skoro jednak było zimno, mokro i generalnie gehenna, to plan B był lepszy. Pociągiem SL do Älvsjö i stamtąd, już na TIRach, do Slagsty.

Z terminala promowego do stacji kolejowej (dworca brak), nie było daleko. Za to był deszcz. I to wyjątkowo zimny. Gdy tylko schowaliśmy się pod wiatą peronową, przestało padać. Jakaś zemsta, czy co? Ponieważ wcześniej ogarnąłem temat kolei w Szwecji dogłębnie, wiedziałem, że nabycie biletu nie jest trudne. Można przez aplikację SL, bezdotykowo kartą płatniczą (jak np. system Fala w pomorskiem czy w Bydgoszczy) lub bilet zwykły drukowany w kioskach 7-Eleven czy Pressbyrån. Ile możliwości tyle… niepowodzeń. Aplikację testowałem już w Polsce i nie mogłem dodać karty płatniczej jako źródła finansowania. Próbowałem na różne sposoby i ni chu chu. Przed stacją w Nynäshamn kiosk był zamknięty. Został automat bezdotykowy na peronie. Przyłożyłem kartę swoją, potem Ani. Za każdym razem, na chwilę pokazał się napis po szwedzku. Tego języka nie znam, a przyznam się, że liczyłem na wersję angielską, której nie było. No, ale skoro na stronie SL tak ładnie zapewniają, że to bezproblemowo działa, spokojnie załadowaliśmy się do pociągu, podobnego do naszych EZT. Miejsca dla rowerów i wózków oraz wózków inwalidzkich były na końcu i początku każdego zestawu. A pociąg zestawy miał dwa. Z zewnątrz jednak nie było żadnego piktogramu, gdzie z rowerami! Dopiero w środku. Za to podpisy tylko po szwedzku. Trochę dziwne, bo prawie każdy Szwed mówi po angielsku, ale napisy w przestrzeni publicznej i w aplikacjach, w 95% są po szwedzku. Co kraj, to obyczaj. Jeszcze nawiązaliśmy krótki kontakt z Niemcem i Szwedką, którzy jechali do rodziny z dzieckiem w wózku. Niemiec też był zdziwiony, że nie ma nic po angielsku. Byli bardzo uprzejmi i przestawili swój wózek dziecięcy w inne miejsce (wejście) po to, by nasze TiRy mogły stanąć przy piktogramie z rowerkiem. To miejsce na rowery to trochę takie niedomówienie. Bardziej na rowerki. Stojące rowery blokowały jednocześnie trzy składane siedzenia, bokiem do kierunku jazdy. Podziękowałem po niemiecku, bo te wyrazy akurat znam!

Ujechaliśmy może parę stacji i stanęła przed nami ciemnoskóra kobieta, z chustą na głowie i małym murzyniątkiem w wózku. Spojrzała na nas, na nasze rowery i uczyniła taki gest ręką, ale to w taki sposób, który odczytaliśmy jako „Co robią tutaj te rowery na miejscu dla mojego wózka?”. Zapytałem ją, po angielsku, czy chciałaby postawić swój wózek akurat tu? Skinęła głową, że tak. Czyli kumała po angielsku! Przestawiłem więc rowery na drugą stronę środkowego przejścia, gdzie miejsca było jeszcze mniej i teraz nasze TiRy blokowały środkowe przejście. Nawet poznany wczesniej Niemiec kręcił głową i uśmiechał się pod nosem. Ich wózek przecież stał jedno przejście dalej i nikomu nie przeszkadzał. Nasze TIRy już wszędzie blokowałyby podróżnych. Ale, co tam. Następnym razem, pójdziemy daleko od początku peronu i tam na pewno będzie luźniej. Ciemniejsza baba wysiadła po czterech, czy pięciu stacjach. A niesmak pozostał…

W Älvsjö, na stacji, w kiosku Pressbyrån kupiłem kartę SIM Lycamobile, z limitem 5 GB na internet. Mamy telefony na karty, i to jest najtańszy, póki co, sposób na korzystanie z internetu mobilnego poza granicami Polski. A taki internet dobrze mieć. Zarejestrowałem kartę (taki obowiązek) ale nie mogłem pokumać ze szwedzkiego (znowu tylko ten język), jak skonfigurować bramkę. Próby automatyczne się nie powiodły. Dobra, zrobimy wieczorem. Ruszyliśmy więc na rowerach, prosto w deszcz, w bezkres szwedzkiej ziemi.

Rozpadało się na dobre. Szwedzki potop dalej aktualny! Okazało się, że spadające na ekran mojego wodoodpornego telefonu krople deszczu, wywoływały jego obracanie. Jakby gubił kierunek jazdy! A gdy dojechaliśmy do pierwszego objazdu, doskonale oznakowanego takimi pomarańczowymi, żarówiastymi strzałkami, na wysokości ok. 30 cm od podłoża, mój telefon ogłupiał. Pokazał dokładnie odwrotny kierunek jazdy. Jorgnąłem się po 900 m. Już byłem zły. A na dodatek, ciągle lało! Ni żadnego dachu w zasięgu. Wróciliśmy więc na właściwy objazd. A gdy po 10 minutach dojechaliśmy do kolejnego objazdu, mój słupek mocy, jak na filmie animowanym, spadł do 20%. Oczywiście, bardziej ze złości. No bo najważniejsza w rowerkowaniu jest głowa! I to głowa reguluje poziom mocy najbardziej! No dobra. Teraz, jadąc zgodnie ze strzałkami, nadłożyliśmy sporo drogi. A zamknięto dosłownie 200 m ścieżki rowerowej! Gdy wróciliśmy po raz drugi na dobrą ścieżkę i ujechaliśmy kilometr, powitał nas trzeci objazd! Ale ten miał koniec już w zasięgu wzroku. Na szczęście. Tu muszę napisać, że aplikacja mapy.com nie uwzględnia objazdów. Nawet gdy zgłosi się objazd, bezwładność jest zbyt spora i inni tego nie zobaczą na czas. A drogowskazów rowerowych w mieście po prostu brak! Były jak białe kruki…

W końcu dotarlismy do przeprawy promowej w Slagsta. Promy kursują co 15 minut i dla takich jak my, są darmowe. Wtarabaniliśmy się na pokład. Drugi brzeg w zasięgu wzroku. A i tak, poczułem się zupełne bezsilny na wodzie, gdy dodatkowo deszcz pada, leje, siąpi i co tam jeszcze. Taka dopadła mnie chandra. I już nam było wszystko obojętne.

Gdy wysiedliśmy z promu, do domu Magdy i Görana (czyt. Jorana), z którymi znamy się od lat, było tylko jakieś 3 km. Zupełnie zmoczeni, zostaliśmy radośnie przyjęci w cieplutkim domu, nakarmieni i napojeni ciepłą herbatą. Nie widzieliśmy się parę lat. A jeszcze, uzgodniliśmy u nich dwa noclegi w drodze powrotnej. Przyznam się, że byłem tak przemoczony, że nie chciało mi się w ogóle pedałować. Jednak z każdą chwilą w ciepłym i przytulnym domu, niechęć ustępowała chęci przygody. Całe szczęście, że plan B nam wypalił.

A gdy już ustawiłem poprawnie i skonfigurowałem internet w telefonie Ani (w tym roku Ania rządziła internetem, ja miałem go udostępnionego) i skorzystaliśmy z Wi-Fi, okazało się, że pociągiem z Nynäshamn do Älvsjö jechaliśmy za gapę! Nie pobrało nam żadnej opłaty z koronnego konta, czyli tego, na którym mieliśmy zgromadzone cyfrowe, szwedzkie korony, potrzebne do rowerkowania po Szwecji.

Umówiłem się z Göranem, że codziennie wieczorem prześlę mu ślad naszej trasy a Ania prześle Magdzie parę fotek. Ponadto, tak na wszelki wypadek, zostawiliśmy im cyfrowy plan naszego rowerkowania. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Prognozy zapowiadały, że deszcz miał być tylko z rana, a potem miało być słonecznie. A najważniejsze, że wiatr, taki z 8 km/h, miał nam sprzyjać, co się przecież bardzo rzadko zdarzało. Uff. Nasze TIRy, z wypchanymi przednimi sakwami na low-rider’ach, stawiają spory opór. Cx u nas jest prawie taki sam jak u normalnego TIR-a.

Pozdrawiamy serdecznie Magdę i Görana. Wlaliście w nasze serca tyle ciepła, że chandra szybko minęła i przyszła chęć dopedałowania do Sundsvall. Dziękujemy.

P.S. Göran, jako rodowity Wiking, wytłumaczył mi różnicę w wymowie literek A, z różnymi dodatkami nad nią. Ale gdy wypowiedział nazwę miasta Älvsjö, prosiłem go o powtórzenie. Trzykrotnie! To się po prostu nie trzymało kupy! A to mi uświadomiło także, że w mojej krwi nigdy nie było szwedzkiej domieszki. No nie kumam tego języka i już. Ale podstawowe zwroty, typu: dziękuję, proszę, dzień dobry i Hej, gościu! Gdzie jest sklep rowerowy, bo potrzebna dętka 28 cali, wykułem na blachę jeszcze w Polsce.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

4 uwagi do wpisu “Dzień 1. Nynäshamn – Ekerö. 26 km.

Dodaj komentarz