4 lipca 2025 r.
Gdynia
Gdańsk – Terminal promowy na Westerplatte
No i w końcu! Jak żyjemy, nie mogliśmy się doczekać tego rowerkowania. Nie dość, że zanosiło się na najdłuższą wyprawę w życiu, to jeszcze była zamorska i z nocami na promach. Spora ekscytacja i trojszku niepewności. Ale po kolei.
Planowanie wyprawy, noclegi i bilety ogarnąłem jakoś w marcu. Najpierw, chciałem jechać EuroVelo 10 ale szybko okazało się, że bez namiotu się nie da. Ułożyłem więc swoją trasę. Wszystko rozpisane na dni i kilometry. Wyprawa nie przewidywała przerw na odpoczynek. Mieliśmy pedałować każdego dnia, bez względu na pogodę. Oczywiście, przed wytyczeniem trasy, obserwowałem kierunki i prędkości wiatrów w Szwecji. Wciąż pamiętaliśmy, jak mocno wiało na etapie z Malmö do Trelleborga i chciałem uniknąć jazdy pod wiatr. A w planach mieliśmy etapy nawet po 90 km. I to nie dlatego, że byliśmy wytrenowani jak Szurkowski z Langiem, ale dlatego, że w Szwecji nie za gęsto wypadają noclegi. No chyba, że jedziesz z namiotem. Myśmy się jednak już w życiu nanamiotowali wystarczająco. Codzienne roz- i składanie domku jakoś nas już nie rajcuje. Poza tym, namiot to dodatkowe kilogramy choć, nie ukrywam, daje dużo więcej elastyczności. A my, po ostatniej wyprawie, obiecaliśmy sobie odchudzenie naszych sakw. No i gdy się tak oszczędnie spakowaliśmy, to wyszło… jak zwykle. Sakwy Ani 15 kg, a moje 20 kg. No ale kto nie da rady? My? My zawsze dajemy radę! Głowę w chmury i do przodu. Z naturą jednak nie wygrasz…
Do szwedzkiego portu w Nynäshamn planowaliśmy dostać się najpierw pedałując naszymi rowerami, pociągiem PolRegio i dwoma promami. Tak, tak. Dwoma. Tak się akurat złożyło, że Most Siennicki w Gdańsku był w totalnym remoncie. Sforsować Martwą Wisłę z rowerem można było albo promem, albo autobusem. My wybraliśmy prom. Prom, to właściwie za dużo powiedziane. To był stary rzeczny wycieczkowiec i wprowadzenie na pokład TIRa, od strony Nabrzeża Flisaków, nie było trudne. Ale już sprowadzenie go po drugiej stronie na ląd, to hardcore. Trap był pod takim kątem, że sprowadzenie TIRa wymagało dwóch osób. Jedna blokowała rower od przodu, a druga, zakleszczona na wąziutkim trapie, pomiędzy rowerem, pedałami i relingiem, starała się utrzymać TIRa w pionie. Nie powiem, obsługa promu pomagała od razu i nie trzeba było panów w ogóle prosić o pomoc. Asekurowali każdy rower. Nawet te lekuchne.

A ponieważ prom przez Martwą Wisłę kursował według rozkładu, a my przyjechaliśmy o parę minut za późno, to zeszło nam dużo czasu na przeprawę. I dlatego, do terminala promowego Polferries dorowerkowaliśmy, gdy rowerzyści byli już na promie a na bramkach przepuszczano już auta osobowe. Trochę musieliśmy się zatem wcisnąć do kolejki, pomiędzy auto właśnie odprawiane a czekające na odprawę. I choć mieściliśmy się jeszcze, w wymaganym przez przepisy czy tam regulamin, czasie do zaokrętowania, to uczucie niedoczasu podniosło nam ciśnienie. Gdy już dojechaliśmy do promu „Wawel”, zobaczylismy, że to taki „staruszek” i zastosowane rozwiązania techniczne nie pozwoliły na wjazd rowerem. Był przystosowany tylko do większych opon. Podejrzewam, że motocykliści też mieliby duży problem. Cóż, w porównaniu z promami na liniach Rostock – Gedser czy Trelleborg – Świnoujście, ten był od pierwszej chwili przestarzały. Był jak stalowy rower dzisiaj. I na dodatek przywitał nas zapach nieświeżej ryby. Chyba się komuś wieloryb w chłodniach popsuł, czy cuś…
O dziwo, na tym najniższym pokładzie jeszcze rozpakowywała się dość liczna grupa młodych, licealnych rowerzystów. Czyli niepotrzebnie się denerwowaliśmy naszym niedoczasem. Obsługa promu (bardzo w porzo faceci) wskazała nam miejsce cumowania rowerów. Przypiąłem je na krótko. Desakwowanie naszych TIRów poszło bardzo sprawnie i weszliśmy po schodach na pokład pasażerski. Windy nie było. A szkoda, bo taszczenie czterech sakw i wora transportowego po schodkach, zalicza się raczej do wyzwania.
Weszliśmy do naszej kabiny. Jak na stary prom, warunki były dobre, choć wentylacja lekko niedomagała. Miejsca wystarczająco i wygodne koja. No i poszliśmy na zapoznanie się z pokładami, kawiarniami, sklepami i na górny pokład z grill barem i skąd w razie czego skakać do wody. Było wysoko! Piękna pogoda zachęcała do pobytu na zewnątrz. Z promu był zdecydowanie najlepszy widok na Pomnik Obrońców Wybrzeża. W sumie, „staruszek Wawel” zrobił na nas dobre wrażenie. Załoga także była bardzo uprzejma. Oby tylko nie bujało…

Ania, jeszcze zanim wyjechaliśmy z domu, zmagała się ze swoimi demonami. Strach przed promami dawał się jej we znaki znienacka i psuł dobry humor. Myślimy, że jedynym dobrym lekarstwem na to zjawisko jest częstsze pływanie takimi jednostkami. Ania z godziny na godzinę czuła się coraz lepiej. A gdy już w sklepie wolnocłowym nabyliśmy Ani ulubioną, szwedzką czekoladę Marabou o smaku pomarańczowym, rejs zaczął upływać w dobrej atmosferze.

Dodatkowo, rozpoczęły się Mistrzostwa Europy Kobiet w piłce nożnej. Tego dnia Polki grały z Niemkami. Oglądaliśmy na dużym ekranie w barze. I choć przegrały 0:2, to nie można było odmówić im woli walki. Zauważyliśmy jeszcze jedno zjawisko, odróżniające futbol żeński od męskiego. Zawodniczki w ogóle nie przejmowały się swoimi fryzurami!
Na otwartym Bałtyku jednak trochę wiało i bujało. W barze ciągle coś trzeszczało. Chyba ze starości. Na szczęście, nie przytrafiły sie nam jakiekolwiek dolegliwości. Choć pierwsza w życiu noc, spędzana na promie, niosła pewne obawy. Dlatego, mimo dobrych warunków, spaliśmy niespokojnie.
Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.