Dzień 1. Szczecin – Stargard. 49 km

11 maja 2025 r.

Szczecin – „Płonia-Śmierdnica-Jezierzyce” – Kołbacz – Nieznań – Bielkowo – Jęczydół – Morzyczyn – Zieleniewo – Lipnik – Pszczelnik – Stargard.

Ślad trasy na mapy.com tutaj.

Niby chcieliśmy dłużej pospać ale jakoś nogi same rwały się do pedałowania. Zjedliśmy pyszne śniadanie, objuczylismy rowery, wciągnąłem polską flagę i ruszyliśmy. Ale zanim w trasę, konicznie chcieliśmy stanąć na tle filharmonii im. Mieczysława Karłowicza. Ten budynek tak pięknie wyróżnia się na tle pozostałych, a nasze rowery na tym tle jeszcze bardziej! Dla nas to punkt obowiązkowy w Szczecinie.

Zaraz potem, zgodnie z nawigacją, chcieliśmy przejechać na drugą stronę Odry Zachodniej. Niestety, z powodu remontu nawierzchni, wjazd na Trasę Zamkową był zamknięty. Toteż pojechaliśmy wzdłuż Odry do następnego mostu. Co prawda widoki nie były tak piękne jak z Trasy Zamkowej, ale tu było zdecydowanie więcej ludzi. Ujechaliśmy coś około pół kilometra i mocno zapachniało czekoladą. Mijaliśmy po lewej fabrykę czekolady. Ten zapach wywołał kolejne wspomnienia.

Potem dojechaliśmy do Mostu Cłowego, który parędziesiąt lat temu był jedynym mostem pomiędzy centrum a Zdrojami i Dąbiem. Ciągle były tu korki. Teraz, obok stoi drugi, podwójny Most Pionierów, a ścieżka rowerowa, cichutko pozwala przejechać na drugą stronę Regalicy. A potem stanęliśmy na chwilę przy campingu nad jeziorem Dąbie. Popatrzyłem na te domki i nagle przypominało mi się, że prawie dokładnie 40 lat temu, też w maju, nocowałem tutaj z całą klasą ze szkoły średniej, podczas szkolnej wycieczki w 1985 r. Ależ się ucieszyłem! A na dodatek, tak się składało, że w październiku br. zaplanowano zjazd absolwentów. Od razu stanęły mi przed oczami tamte, dawne twarze koleżanek i kolegów. No niesamowity tunel czasowy!

Gdy przejeżdżaliśmy przez Osiedle Słoneczne, przypomniały się nam wydarzenia sprzed co najmniej 25 lat. Tu kupiłem swoją pierwszą pneumatyczną wiertarkę udarową, która służy mi do dzisiaj. No i tu było jedno z ważniejszych miejsc na mapie naszego syna. McDonalds! Albo na wjeździe do albo wyjeździe z centrum, był kiedyś obowiązkowy zestaw Happy Meal. Oj działo się…

Początek szlaku 20 A

Chwilę później, stanęliśmy przed nowiuśką trasą 20 A, czyli Trasą Pojezierzy Zachodnich. I zaczęła się bajka w pedałowaniu. Z daleka od aut, przez las, po nowym asfalcie. Tylko rolkarze, rowerzyści i piesi. Cuuudoooo!

Następna miejscowość wprawiła nas w dobry nastrój. Oto przejeżdżaliśmy przez osiedle Płonia-Śmierdnica-Jezierzyce. I to nie nazwy nas rozbawiły, a trzyczęściowa nazwa. Chyba bardzo mało takich trójdzielnych nazw w Polsce. Choć jest i Trójmorze… A na końcu tego trój-osiedla, trwał mecz piłki nożnej. Grały jednak dwie drużyny. Oni z Tamtymi, w pełnej gali, z prawdziwym sędzią. Trójmeczu nie było. Tylko widzów jakoś mało a dopingu wcale. Piszę o dopingu na trybunach oczywiście. A ja bardzo takie klimaty lubię! A Weź tu poproś Angola, by wymówił tę nazwę…

Od Kołbacza do Nieznania jechaliśmy dopiero co wyasfaltowaną ścieżką rowerową. Było nam dane także spotkanie z konnym patrolem policyjnym, który jednak bardziej chyba był na treningu niż na patrolu. Ale widok koni – piękny.

Szlak w nieznane… tzn. do Nieznania

W Bielkowie wjechaliśmy na niebieski szlak rowerowy, na którym co chwila mijaliśmy jakiegoś rowerzystę albo kolarza. Do tego stopnia, że zaczepił nas jeden starszy jegomość, kiedy robiliśmy sobie zdjęcia na tle kwitnącego rzepaku. Dziwował się niesamowicie, widząc nasze TIRy i zastanawiał się, jak to się jeździ z takimi tobołami. On z kolei uznawał tylko treking, a kiedyś kolarstwo. Nawet trochę za długo mówił a za mało słuchał. Ale jeździł dziarsko. Zaraz potem powitała nas tablica Jęczydół. Przypadek?

Po naszej prawej pojawiło sie Jezioro Miedwie. Rzeczywiście wielka to woda. Przed Morzyczynem znów wjechaliśmy na trasę 20 A, która doprowadziła nas do Stargardu. Kiedyś Szczecińskiego, teraz już samodzielnego w nazewnictwie. Oj, ileż to przesiadek zaliczyliśmy na dworcu PKP… A ile spóźnień? Ho, ho!

Nasz nocleg w hotelu rozpoczął się od małego zgrzytu. Pomimo wcześniejszych ustaleń telefonicznych, pani recepcjonistka chciała by rowery noc spędziły przed hotelem. Uparłem się jednak i po małym przemeblowaniu w bagażowni, zmieściły się tam nasze rowery i zmieściły by się jeszcze dwa. No ale porządek zrobiłem ja, a nie ta młoda dama. Za to pokój – pierwsza klasa.

Tego dnia było nam dane porowerkować po pięknych terenach i po pięknych trasach rowerowych.

Zanim zasnęliśmy, dużo zdążyliśmy powspominać.

Dodaj komentarz