13 czerwca 2024 r.
København
Malmö.
Tego dnia mieliśmy zaplanowaną jedną z głównych atrakcji wyprawy po Danii. Przejazd pociągiem tunelem i mostem z Kopenhagi do Malmö.
Dojazd rowerem z hostelu do dworca centralnego wypadł nam tak, że przejechaliśmy przez cmentarz, na którym pochowano Hansa Christiana Andersena. I tu kolejna ciekawostka. Przez cmentarz biegnie piękna ścieżka rowerowa, z której ciężko się pokapować, że to w ogóle cmentarz jest!?!

Dworzec centralny, nazywany przez tubylców København H, był bardzo przyjazny rowerzystom. Choć budynek był zabytkowy, to wind, schodów i przestrzeni było pod dostatkiem. Bilety do Malmö kupiliśmy w automacie, których na dworcu było multum. Zasięgnąłem także języka u Pana Podpowiadacza na dworcu, czy bilety są na konkretny pociąg czy na dowolny. Okazało się, że na dowolny. Pociągi kursowały co około 20 minut. Załadunek do wagonu z miejscami na rowery – czysta przyjemność. Rowerów nie trzeba było wieszać i jechały na stojąco. Gdy wyjechaliśmy z tunelu, wjechaliśmy na most nad Sundem. Pociąg jechał dolnym pokładem, a górnym auta. No dla mnie była to jedna z moich Top 10 atrakcji (filmik).
Nie wiedzieliśmy, że Malmö zalicza się do miast z największą przestępczością w Szwecji. Wiedzieliśmy za to, że jakiś miesiąc wcześniej, odbył się tam konkurs piosenek Eurowizji, który raczej ze śpiewaniem mało ma wspólnego, ale jest za to bardzo popularnym wydarzeniem kulturowo-muzycznym. O dziwo, poza Europą także. O tej przestępczości powiadomił nas syn Paweł, który rowerkował kiedyś z nami. Teraz woli motocykl no i jest fanem Eurowizji.


Gdy wysiedliśmy z pociągu, postanowiliśmy dla odmiany przejechać się po mieście rowerami. W centrum niestety nie można było jeździć po deptakach, o czym informowały znaki tylko w języku szwedzkim. Musiałem przetłumaczyć sobie translatorem, bo szwedzki wcale taki oczywisty nie był. I tak trafiliśmy na polski sklep i jakoś tak weselej się zrobiło nam na twarzach. Potem, szukaliśmy miejsca do zjedzenia posiłku. Z mostu z butami zobaczyłem złote krzesła i stoły. Zajechaliśmy i wszedłem do środka. A tam menu tylko po szwedzku. Zapytałem po angielsku o najpopularniejszą ofertę i dostałem odpowiedź w takim samym języku. Wyszedłem na zewnątrz, objaśniłem Ani w czym rzecz i wróciłem do środka, złożyć zamówienie. I ten sam człowiek zza lady, zapytał mnie po polsku, dokąd jechaliśmy? A jakież było moje zdziwienie!
– A skąd wiesz, że jesteśmy z Polski? – zapytałem zdziwiony.
– Poznałem po fladze na rowerze – odparł. Przeszliśmy na Ty nie tylko z nim. Okazało się, że trzy osoby w tym barze, od lat pracują w Szwecji. Tak dobrze nam się gadało, że nawet jeść się nie chciało. A gdy już się najedliśmy, to znowu gadaliśmy. Opowiadali, jak to żyje się w Szwecji, a my jak w Polsce. Oczywiście, że polecamy to miejsce, w szczególności rowerkowcom. Jest gdzie postawić rowery, usiąść na zewnątrz i pysznie zjeść. Pozdrawiamy Was, załogo baru! No jak tu nie mówić, że „Polacy są wszędzie„!
Potem zatrzymaliśmy się jeszcze na Lilla Torg, na wypasiony deser. Ten stary ryneczek był miejscem z magnesem. Nas także przyciągnął i zapadł nam w pamięć. A jak mawiał Franek Dolas: – A deser jaki dobry bracie! Kawiarnia mieściła się tuż przy zabytkowej budce telefonicznej, przeznaczonej do rozmów krajowych. Pyszny deser i ciekawostka turystyczna w jednym miejscu.
Tak napasieni, dojechaliśmy do naszego hotelu. Rowery trafiły do bagażowni a my do fajnego pokoju. Ten obiekt był bardzo przyjazny rowerzystom.
Szwedzi okazali się być bardziej przyjaźni od Duńczyków. Może dlatego, że było ich po prostu więcej. Na przestępców się nie natknęliśmy.

