Dzień 3. Łagów – Świebodzin. 54 km.

25 czerwca 2011 r.

Łagów – Żelechów – Lubrza – Ługów – Świebodzin – Wilkowo – Nowa Wioska – Żelechów – Łagów.

     No to jak zwykle. Tatuś rowerkiem do sklepu po świeże… Po śniadaniu na siodełka i w trasę. Tym razem zjechaliśmy w dół, do centrum Łagowa i pod okazałym wiaduktem wspięliśmy się pod nie lada górę, w stronę Żelechów. Ale tuż za Łagowem, przy wjeździe do lasu była jeszcze większa góra. Zjechać zawsze się da. Gorzej z podjazdem. Potem droga łagodnie opadała. No to z wiatrem i prawie bez pedałowania, przejechaliśmy coś z kilometr.

     W wiosce Żelechów, odbiliśmy w polną drogę, która miała nas doprowadzić do Lubrzy. Jednak, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, przez naszą polną drogę przebiegała … autostrada A2. Tyle, że w budowie! Nie było na niej żywego ducha. Nawierzchnię stanowiła warstwa betonu, po którym można było jechać, prawie jak po stole. No to stanęliśmy i nosy w mapę. Szybka decyzja i postanowiliśmy, że dalej pojedziemy tą… rowerostradą, do skrzyżowania z szosą nr 3. Pomysł przeszedł jednomyślnie i przez aklamację. Jako, że była sobota, to pracowników na przyszłej A2 i sprzętu nie było widać. No to pognaliśmy. Kilometr z wiatrem bez pedałowania z górki i kilometr pod lekuchną górę. I tak dojechaliśmy do placu robót przy wiadukcie do Lubrzy. Nawet przejechać nie szło. Wiadukt był w budowie. No to postanowiliśmy już wtedy zjechać z tej najszerszej jak dotąd, ścieżki rowerowej i przebrnąć przez Lubrzę.

Rowerostrada A2 w budowie.

    W centrum tej urokliwej miejscowości, przy pomniku czołgowym, spotkaliśmy uczestników zlotu właścicieli Subaru. Od tej pory samochody Subaru towarzyszyły nam cały dzień. Nawet ścigaliśmy się z nimi. Ale o tym później.

Lubrza.

    Z Lubrzy, asfaltem przez Ługów, dojechaliśmy do skrzyżowania z międzynarodową szosą nr 2. Już z daleka zobaczyliśmy pomnik Chrystusa, który górował nad miastem.

    Zjechaliśmy w dół do Świebodzina. O dziwo, Chrystus widoczny z daleka, teraz nie był widoczny wcale. Z Chrystusem tak już jest, niby nie widać, a gdzieś tam jednak jest!!! Wzięliśmy języka i trafiliśmy pod sam monument. Naprzeciw Tesco i Media Markt, na wzgórzu i kamiennej podsypce, stoi największy na Świecie Chrystus. O pardon, już drugi co do wielkości. Całkiem niedawno w Peru wybudowali większego. Wyścig zatem rozpoczęty…

Kto był wyższy w Świebodzinie?

    Po sesji zdjęciowej zajechaliśmy oczywiście pod Tesco. Śmialiśmy się, że był to najstarszy supermarket na świecie, bo wybudowany 5 lat przed Chrystusem. Potem wróciliśmy do centrum na posiłek. Na rynku we włoskiej knajpce zjedliśmy trochę węglowodanów. A potem, w sklepie rowerowym, tuż przed godz. 1400, zdążyliśmy kupić Pawłowi nowe rogi… Oczywiście, że do roweru! Na te drugie był jeszcze za młody.

    Zaraz potem, na rynkowej ławeczce spotkaliśmy Cześka. Trochę z niego zimny gość, ale dało się z niego wycisnąć niezłe zdjęcie. Tam spotkaliśmy też ekipę z rajdu Subaru. Zapytałem starszego jegomościa z gromadką dzieci, kto pierwszy będzie w Łagowie? My czy oni? W pierwszej chwili gość nie zajarzył o co chodzi. No to wytłumaczyłem, że my też przyjechaliśmy dzisiaj z Łagowa i właśnie teraz zaczynamy podróż powrotną. Zatem kto wróci szybciej? Po chwili namysłu gość odparł, że jednak chyba my…

Dziwny jest ten Świat, no nie?

     Ze Świebodzina wyjeżdżaliśmy na zachód, do Wilkowa, bardzo ładną ścieżką rowerową. Czar jednak prysł w Wilkowie, gdzie wjechaliśmy na drogę nr 2. Tir za tirem, z hałasem chyba powyżej 100 dB ciągnęła się rzeka ciężarówek. Nawet chodnikiem nie dało się jechać. Przeprowadziliśmy więc te nasze rowery przez tą „zajechaną” miejscowość. Na końcu miejscowości, przed stacją paliwową, skręciliśmy w polną drogę, prowadzącą na północ do Nowej Wioski. Zrobiło się cichutko i spokojnie. Po 500 metrach dojechaliśmy do… linii kolejowej dwutorowej. I nie było żadnego przejazdu. No to przeniknęliśmy na drugą stronę, korzystając z tubylczego teleportu.

    Wjechaliśmy w las i zaczęła się droga leśna o bardzo egzotycznym wyglądzie. Żaden samochód dawno nie jeździł tą drogą. Ślady więc zarosły trawą. Środkiem natomiast jeździły rowery i motorowery i droga zawęziła się do ścieżki, szczelnie opatulonej przez zwisające gałęzie akacji. Jechaliśmy jak w tunelu.

    W Nowej Wiosce, która wcale nie była nowa, zatrzymaliśmy się przy cmentarzu na „batonikowanie” czyli zastrzyk węglowodanów do przewodu pokarmowego. Moją uwagę zwrócił pomnik, który nad nagrobkiem miał zamontowane drewniane śmigło samolotowe. Wyróżniał się zatem bardzo. Podniosłem drewnianą zapadkę i otworzyłem cmentarną furtę. Podszedłem do zadbanego nagrobka, na którym wydziergano informację, że tam leżał Amerykanin o francusko brzmiącym nazwisku, który był radiooperatorem z rozbitego B-17, podczas nalotów II wojny światowej. Cmentarz podzielony był na dwie części. Starą, z niemieckimi, bardzo starymi nagrobkami i nową, z górującym śmigłem. Ten Amerykanin to także jakowaś zagadka dla miejscowych. Nikt nie wie gdzie się podział ten rozbity samolot?

     Ruszyliśmy dalej brukowańcem na niewielki szczyt. Jeszcze jedna korekcja drogi na mapie i w terenie i dojechaliśmy do fermy indyków. No niby nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że jeden z budynków graniczył przez płot z drogą i zaniepokojone indyki zaczęły gulgotać! Intonował jakiś indyk z lewej i fala gulgotu przelewała się jakieś prawie 100 metrów na prawo. Potem wracała. Zatrzymałem się i nagrałem to zjawisko. Jak przestały, to zabulgotałem ja i historia się powtórzyła…

     Za fermą przecięliśmy asfaltową drogę i leśną, a potem polną dróżką dojechaliśmy do tego samego miejsca, w którym to znana nam autostrada przecinała naszą drogę. No to po raz drugi stanęliśmy na środku, by trochę popatrzeć. Chwilę potem dojechaliśmy znów do Żelechów. Na końcu wioski wyprzedziła nas bodajże przedostatnia ekipa Subaru i… pomachał nam starszy gość, którego spotkaliśmy w Świebodzinie. Widać, to Subaru miało więcej koni od nas.

     Tuż przed Łagowem, na bardzo stromym podjeździe wyprzedziła nas ostatnia ekipa Subaru. Rwali, jakby się do czegoś spieszyli. Zresztą, muszę przyznać, że poza dwoma takimi Subaru, które nas postraszyły na drodze, reszta jeździła bardzo kulturalnie.

     Tym razem nie zjechaliśmy do centrum Łagowa, tylko skręciliśmy w stronę dworca. Dzięki temu nie musieliśmy podjeżdżać pod sporą górę. Dotarliśmy do pensjonatu i umówiliśmy się na wypad deptany do centrum, na kończący naszą eskapadę posiłek.

     Całość naszego wypadu, zakończyliśmy z wynikiem 115 km. Ale nie o wynik kilometrowy nam chodziło. Zobaczyliśmy to, co zaplanowaliśmy. A przy okazji to, czego nie zaplanowaliśmy i czego nigdy nie zobaczylibyśmy z okna samochodu. Nawet, gdyby to był Subaru.

Dodaj komentarz