Dzień 2. Łagów – Międzyrzecz. 61 km.

24 czerwca 2011 r.

Łagów – Sieniawa – Boryszyn – MRU – Pniewo – Kaława – Kęszyca – Kolonia Kęszyca – Międzyrzec – Pieski – Wielowieś – Góra Bukowiec – Łagówek – Łagów.

    No to jak zwykle. Tatuś rowerkiem do sklepu po świeże i zakonserwowane bez konserwantów jedzonko. Przy okazji rozgrzewka pęcinek, gdyż albowiem, wszystkie sklepy są w centrum Łagowa, prawie równo na poziomie jezior. A my mieszkaliśmy na szczycie. Zatem do sklepu szybciutko, szybciutko, a z powrotem…

     Nie, że nie wzięliśmy ze sobą części zapasowych!!! W mojej sakwie wiozłem wszystkie potrzebne klucze, zapasowe dętki, spinkę do łańcucha i skuwacz, łyżki do opon, WD-40, zapasowe szprychy, taśmę klejącą, niezbędny zestaw śrub, nakrętek itp. Całe to niezbędne wyposażenie już trochę ważyło i … ani razu się nie przydało! Ale jestem pewien, że gdybym tego nie wiózł, coś by się popsuło!

    No to nadepnęliśmy na pedały. Najpierw asfaltem do Sieniawy. Tam skręciliśmy w brukowaniec, do Boryszyna. Po drodze, zauważyłem lekko tęgą i starszą kobietę, odwróconą do mnie tyłem, z ciężkim młotem w dłoniach i uderzającą w przecinak, zatopiony w przewrócony, dużych rozmiarów słup ceglany. Szło jej to dość nieporadnie. Brakowało solidnego zamachu i męskiej tężyzny.

-Pani! To już nie ma chłopów w wiosce do takiej roboty!?! – zakrzyczałem przejeżdżając koło niej.

Odwróciła do mnie twarz, a w jej ustach zobaczyłem zapalonego papierosa i bardzo ogorzałą cerę.

– Ano nie ma. Nie ma chłopów… – bardziej stwierdziła, niż odpowiedziała, nie wyciągając fajki z ust.

Kiedy, jako ostatnia, przejeżdżało koło niej Ania, ta kobieta ciągle powtarzała:

-No nie ma chłopów, nie ma – i to ciągle z fajką w ustach.

W sumie dość zabawna sytuacja, ale widać było, że wprowadziłem kobiecinę na szerokie pole refleksji.

     Zaraz potem musieliśmy się przymusowo zatrzymać pod większym drzewem. Przechodziła nad nami długa i wąska chmura z deszczem. 5 minut zwłoki.

     Na starym brukowańcu wytrzęsło nam wszystkie nadmiary tłuszczu. Dojechaliśmy do Boryszyna i schowaliśmy się pod sklepowym daszkiem przed deszczem. 5 minut zwłoki.

     W Boryszynie nie można nie zauważyć ogromnych znaków informujących o Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym (MRU) i Pętli Boryszyńskiej. Tam  właśnie  doprowadziła nas wąska asfaltóweczka.

     Niby szczere pole i trochę lasu, a tu nagle autobusy, samochody i turyści, czyli my. Zasięgamy języka w poinformowanej kasie i zapisaliśmy się do następnej grupy z przewodnikiem. 30 minut zwłoki.

     Mieliśmy ze sobą ciepłe ubrania do chodzenia po bunkrach. Taka wiedza dostępna jest w internecie. Ale nasz słupek zdziwienia dobił do 8 (skala do 10), gdy z bunkrów wyszedł starszy, żwawy gość w krótkim rękawku.

-To nie jest tak zimno pod ziemią, jak piszą? – zapytałem.

-Nie! Wcale! Chodziliśmy ubrani tak jak teraz i było OK. – odpowiedział z taką pewnością siebie, że już zacząłem zastanawiać się, czy nie zdjąć bluzy. Do tego w ślad za nim podążali jego kompani i kompanki,  również na krótki rękaw. Wszystko wyjaśniło się jednak w ciągu następnych 5 minut. Oto bowiem cała ta ekipa wyciągnęła potężną flaszkę wódki, która nie była już pełna i na parkingu przy busie, wychylili kilka głębszych. Nasz słupek zdziwienia dobił do 10. No to teraz pojęliśmy, dlaczego nie było im zimno. Nam po zejściu pod ziemię było bardzo, bardzo zimno. Widać woda i izotoniki nie grzeją tak jak wódka!!!

    Nie będę opisywał, co można zobaczyć pod ziemią. Tam po prostu trzeba być! A kunszt, z jakim niemieccy inżynierowie zaprojektowali te betonowe monstrum, zapiera dech w piersiach i powoduje ciemność przed oczami (szczególnie jak specjalnie wyłączą prąd w bunkrach).

O..pisarze też tam byli.

     Po godzinie wyszliśmy na powierzchnię. Rozebraliśmy się „do rosołu” i wsiedliśmy na nasze „drezyny” i najkrótszą drogą, przez las, pociągnęliśmy do Pniew. Ale przez jaki las!!! Jak żyję ja i moja rodzina, czegoś takiego w Polsce jeszcze nie widzieliśmy!

Jak śpiewał Czesław: Dziwny jest ten Świat to i dziwny ten las.

    Na parterze lasu rośnie morze bluszczu. Każda sosna, która z tego morza wystrzeliła, jest niemal do samej góry tym bluszczem opleciona. A tak grubo, ze nawet dwóch Ryśków Kaliszów mogłoby za takim drzewem się schować. Tysiące takich drzew, zaraz po wyjściu z betonowego bunkra, zderza się z Twoim umysłem i wywraca go na drugą, tą porządniejszą, stronę. Na dodatek, po naszej prawej i lewej stronie szły równolegle dwie burze a nad nami świeciło …słońce. Dlatego jechaliśmy bardzo powoli, by nie wyprzedzić żadnej z nich i nie wkolebać się w strugi deszczu.

     Z lasu wyjechaliśmy prosto w … rzepak. Zrazu, póki rzepak był rzadziuchny, można było śmiało jechać, potem jednak zgęstniał i moje dwie boczne sakwy zaczęły stawiać opór, co najmniej taki, jak porządna góra. Pierwszy raz w życiu przyszło nam jechać rzepaczaną drogą. Właściwie to jechaliśmy przerwą technologiczną na koła traktora. I tak 1,5 km. Po drodze nawet siekło na krótko deszczem. 5 minut zwłoki.

Rzepaczana droga

    Wyjechaliśmy z rzepaku na drogę zdziebko zarośniętą, ale cały czas ciągnęła się równolegle do naszych śladów technologicznych… W końcu wjechaliśmy do dużej wioski. Święcie przekonany, że to Pniewo i wzburzony powątpieniami Ani, że to nie Pniewo, zapytałem człowieka jadącego starym składakiem, gdzie jesteśmy. Okazało się, że w Kaławie. No to patrzymy w mapę i …rzeczywiście! Facet nie kłamał! No to patrzymy jeszcze raz w mapę i piękną ścieżką rowerową pojechaliśmy do Pniewa.

      W Pniewie od razu rzuca się w oczy gęstość pojazdów w jednym końcu wsi. To tam właśnie można pojeździć drezyną pod ziemią. Szukamy baru, ale ten mobilny nie oferuje zbytniego wyboru. Może w kantynie? Już nam się nie chce. Jemy więc po batoniku tak słodkim, że popić trzeba wodą.

      Z asfaltu skręcamy na północ, w polną drogę i wzdłuż MRU dojeżdżamy do następnych „wieżyczek”. Jednak pozostawione śmieci odstraszają nas od zwiedzania. Pojechałem więc sam i zrobiłem zdjęcie, na którym śmieci nie widać. Jedziemy dalej na północ. Mijamy kolejne zęby smoka i dojeżdżamy do Kęszycy. Tam przy mapce zobaczyliśmy czerwony szlak rowerowy – Międzyrzecz 9 km. No to jedziemy. Dojeżdżamy do zespołu jezior i stawów hodowlanych, między którymi droga wije się jak wąż. Oznaczeń szlakowych nie ma więc zostawiam Anię i Pawła i ruszam jako zwiadowca. Następny znak na końcu stawów, a na początku lasu. Dzwonię i mówię, że mają trzymać się prawej strony i jechać. Gdy się spotkaliśmy, po naszej lewej przechodzi kolejna burza. Nas jednak nie moczy, tylko przestrasza. 0 minut zwłoki.

     Dojeżdżamy do Kolonii Kęszycy i asfaltem, a potem ścieżką od cmentarza, dojeżdżamy do centrum Międzyrzecza. Szukamy baru i znajdujemy takie coś, jak bistro przy targowisku. Bardzo dobre flaki i nugetsy. Po posiłku przez miasto – na zamek. A tam akurat, Mocium Panie, wojów, rycerzy, pospólstwa, kramarzy i wszystkich innych warstw społecznych średniowiecza spotkanie. No to Ania za 15 talarów zakupiła swojską kiełbasę i szynkę wędzoną. Ja w międzyczasie zapoznałem białogłowy. Niestety, nie dostałem pozwolenia na zakup szyszaka. Byłby mi za kask służył do roweru.

Jeden rycerz i dwie białogłowy

    Z Międzyrzecza już asfaltem podążyliśmy do Piesków. Po drodze przeszły nad nami opady deszczu w pełnym słońcu. 5 minut zwłoki. W Pieskach w polną drogę i wyjechaliśmy w Wielowsi. A tam pod drzewami zatrzymał nas … grad i deszcz. 10 minut zwłoki.

     Teraz trochę żółtym szlakiem i trochę przy pomocy mapy, wspięliśmy się na Górę Bukowiec. Po deszczu nie jedzie się za lekko. Poza tym, mokry bruk nie jest zbyt przyczepny. Po osiągnięciu szczytu, do samego Łagówka zjeżdżamy w dół. Jakieś 2 km. I tam łapie nas już deszcz rzęsisty, nieprzebrany. Wyciągam płachtę i robimy we trójkę pod nią tłok. Po 10 minutach zwłoki, stwierdzamy, że nie warto czekać i ten ostatni kilometr przejedziemy w deszczu. I tak slalomem między kroplami, no niemalże na sucho, udało nam się dojechać do pensjonatu.

     Rowerki pod schody, szybka kąpiel i rozgrzewka metodą człowieków spod Pętli Boryszyńskiej. Posiłek z nadmiaru żeru z wczorajszego dnia smakował wybornie. Tylko po co to wszystko, jak chwilę później spaliśmy jak susły. Bądź co bądź, jeździliśmy cały dzień i byliśmy dość zmęczeni.

     I znowu nie pamiętam czy i ani co mi się śniło.

Dodaj komentarz