Dzień 1. Oleszno – Łagów. 0 km

Oleszno Łagów

23 czerwca 2011 r.

    – Rowery zostały przewiezione – powiedziałem, wysiadając z samochodu w Łagowie, przed pensjonatem Kalina.

     Bardzo cieszyliśmy się na ten wyjazd. W pracy wielka nerwówka i takie czterodniowe odsapnięcie od pracy to po prostu rarytas. Nie przewoziliśmy zatem „roboty” ze sobą i obiecaliśmy sobie, że jedynym naszym problemem będzie rozstrzyganie, czy pojechać na rozdrożu w prawo, czy może w lewo. Miało być zatem przeniesamowicie zafajniście.

    Prognozy pogody były nad wyraz dobre. Temperatury nie miały przekroczyć 25 stopni Celsjusza, co dla rowerkowców = optimum. Opady deszczu miały skończyć się tej nocy, co pozwalało przypuszczać, że kurzyć się nie będzie. Nic tylko pedałować. Ale na wszelki słuczaj, przeciwdeszczówki wzięliśmy.

    Zadekowaliśmy się na najwyższym piętrze w trzyosobowej „baszcie”, w dopiero co świeżo wybudowanym pokoju pensjonatu Kalina. Jeszcze pachniało nowością. To co nas przyjemnie zaskoczyło, to adaptacja wnętrz przez właścicieli. Budynek miał pokoje co pół piętra. Na każdej kondygnacji był aneks kuchenny z lodówką i kompletem talerzy, patelni, garnków, sztućców itd. A przed domem była spora altana z milusim trawnikiem. Tylko w naszej „baszcie” nie zdążyli dokończyć aneksu…

     Co mieliśmy wrzucić do lodówki – wrzuciliśmy. Co mieliśmy przygotować na grilla – przygotowaliśmy i poszliśmy do miasta na zwiedzanko-deptanko. Celowo napisałem do miasta, bo przed wojną Łagów miastem był. A ponadto, onegdaj i nawet ongiś, z zamku Joannitów znany był bardzo. Dziś pozostał po nich śpiew i rzeczony zamek… Zatem weszliśmy na zamkowy dziedziniec przykryty plastikowym dachem. Coś na podobieństwo zamku w Rynie, tylko w pomniejszonej skali. Za to w tym łagowskim, ściany porośnięte były bluszczem i można było posłuchać muzyki Joannitów!!!

     Potem za 3 zł od człowieka, weszliśmy na wieżę – basztę zamkową. Z góry widok był tak piękny, że aż nie chciało się schodzić. Jeziora wciśnięte w dna zielonodrzewnych wzgórz, przegrodzone groblą i zamkiem nań. Żółte rowery wodne pływały leniwie raz po jednym, raz po drugim jeziorze, połączonych wąskim kanałem, i człowieki zasiadające w barach, snujące się, i człowieki-właściciele Subaru, którzy przygotowywali się do swojego zlotu, połączonego z rajdem. Słowem – zabrakło tylko… cymbergaja. A z góry wszystko widać było jak na dłoni!

Łagów. Brama Polska.

Gdy obeszliśmy co mieliśmy do obejścia, zakupiliśmy węgiel drzewny i brzegiem jeziora wróciliśmy do Kaliny. Rozpaliwszy grilla i zarzuciwszy żer, smakowaliśmy napoje, w ilościach pozwalających na jutrzejszą wyprawę. Po grilowaniu, nadmiar żeru powędrował do lodówki, a my powędrowaliśmy do „baszty„ na sen.

     Niestety nie pamiętam, co ani czy cokolwiek mi się śniło. Nocą nabierałem sił na następny dzień…

Dodaj komentarz