Dzień 10 i 11. Wiedeń. 0 km.

16 i 17 czerwca 2023 r.

    Nasz plan był prosty. Bazując na naszych założeniach oraz na tym, co nam wpadło w oczy, podczas pobytu w trakcie Bożego Ciała, zamierzaliśmy bez specjalnego gnania, zobaczyć parę miejsc oczywistych i nieoczywistych.

    Pobrałem aplikację i zarejestrowałem się w Vienmobil. Naszym zamiarem było wykupienie biletów 24 godzinnych i poruszaniu się po mieście w każdym kierunku, korzystając z dogodnych połączeń. Aplikacja posiada wbudowany planer podróży, więc w tym względzie czuliśmy się zaopiekowani.

    Pierwszego dnia chcieliśmy zwiedzić Pałac Schönbrunn i fabrykę kart Piatnik. Niestety, upał pokrzyżował nam plany i sił starczyło tylko na Pałac.

    Po południu zaczęliśmy zwiedzanie miasta, w sposób znany nam doskonale i gwarantujący niezapomniane chwile. Wsiadasz do pierwszego nadjeżdżającego tramwaju albo autobusu i jedziesz przed siebie tak długo, aż zobaczysz coś ciekawego, albo następny środek lokomocji, i się przesiadasz. Jeździsz tak długo, aż poczujesz zmęczenie. Plusem takiego zwiedzania była… klimatyzacja. Upał był tak zawzięty, że od samego rana poruszaliśmy się wzdłuż cieni. A te krótkie ekspozycje na słońce wystarczyły, by poczuć się źle. Dzień kończyliśmy na zakupach specyfików aptecznych, łagodzących nadmierną opaleniznę u Ani.

    Drugiego dnia, zwiedzanie zaczęliśmy od bazaru w dzielnicy Favoriten. Tłumy ludzi przeciskały się w dwóch kierunkach, choć ulica była bardzo szeroka. Sprzedający nawoływali w różnych językach, najmniej w niemieckim, i próbowali sprzedawać dosłownie wszystko. Banany sprzedawali na kiście, a gdy poprosiłem o jednego (na jutrzejszą podróż dla Ani), dostałem go od Turka za darmo. Bez żadnego języka. Na migi. Zostawiliśmy zakupy w hotelu i poszliśmy do Belvederu. Górnego i dolnego, i ich ogrodów.

A gdy znaleźliśmy się w centrum, zaskoczyła nas… parada równości! Jakoś nie wyczytałem tego w internecie, ale wtedy właśnie skojarzyłem, dlaczego nie mogłem zarezerwować hotelu blisko dworca w tych dniach! Trafiliśmy na sam początek parady, tuż przy operze. Tłumy kolorowo ubranych, albo bardzo skąpo ubranych lub gołych ludzi, podążały za ciągnikami siodłowymi z naczepami albo otwartymi autobusami, w rytm muzyki, która niemal rozrywała nam płuca. Niektóre ubiory prezentowane przez uczestników i gapiów, zaskoczyły nas kompletnie. Ulice, zwane ringiem, wypełniały setki tysięcy głów i chyba drugie tyle gapiów. Po raz pierwszy przypadło nam patrzeć na taki pochód. A najbardziej zdumiało nas, że w tych tłumach pełno było rodziców z dziećmi. Dzieci w wózkach, w nosidełkach, na barana albo za rączkę. Niektóre ze słuchawkami ochronnymi na uszach. I nikomu nie przyszło do głowy, by obawiać się jakiegoś niebezpieczeństwa albo zagrożenia. Policja obstawiała tylko skrzyżowania, by przekierowywać ruch kołowy. Nikogo nie trzeba było pilnować. I taki stan bezpieczeństwa bardzo nam się spodobał. Z tyłu głowy miałem pochód listopadowy w Warszawie, gdzie zadymy były na porządku dziennym albo parada równości z kontrpochodem. Tego dnia zrobiliśmy też obowiązkowe zakupy pamiątek i smakołyków. W sumie wytuptaliśmy 12 km.

    Wieczorem ustaliłem z obsługą hotelową sposób wymeldowania się o piątej rano z hotelu. Rowery na noc wprowadziłem do sali restauracyjnej. Po godz. 2200 obsługa szła do domu i nie było wiadomo, czy ktokolwiek otworzy nam zakluczone drzwi na wewnętrzny dziedziniec. Jutro, wcześnie rano, powrót pociągiem do Gdyni.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Jedna uwaga do wpisu “Dzień 10 i 11. Wiedeń. 0 km.

Dodaj komentarz