Dzień 7. Grein – Melk. 51 km.

13 czerwca 2023 r.

Grein – przeprawa promowa – Wiesen – Hößgang – Freyenstein – Teuch – Donaudorf – Ybbs an der Donau – Sarling – Säusenstein – Diedersdorf – Wallenbach – Krummnußbaum – Pöchlarn –  Melk

Link do mapy widokowej tutaj.

Ślad etapu z mapy.cz do pobrania tutaj.

To śniadanie zagnieździło się w naszej pamięci bardzo pozytywnie. Co byś nie wymyślił – było! Aż nie chciało się nam wyjść z jadalni.

Przy regulowaniu należności, Pani właścicielka poinformowała nas, że chciałaby nas jeszcze raz gościć u siebie, dlatego ostrzegła, że jazda północnym brzegiem wiązałaby się z dużym ryzykiem. Ścieżka miała być wytyczona na jezdni, razem z samochodami. Ta południowa miała być oazą spokoju i bezpieczeństwa. Poprosiła, aby przeprawić się promem na drugi brzeg, albo skorzystać z mostu, który minęliśmy wczoraj. Oczywiście, że podziękowałem za ostrzeżenie. Mieliśmy zamiar przynajmniej raz przeprawić się promem, w ramach atrakcji turystycznej, a że wypadło akurat dzisiaj… Przez chwilę przeszło mi jednak przez myśl, że ten prom, to jednak chyba interes hotelu. A niech tam!

Na prom nie dostaliśmy się od razu. Była kolejka już na następny kurs, a ten właśnie odpływał. Nie chciało się nam wracać do mostu, więc rozkoszowaliśmy się naddunajskimi widokami i korzystając z czasu, wysmarowaliśmy się kremem z filtrem. Gdy wrócił, wprowadziliśmy nasze rowerki i usiedliśmy na ławce. Ten prom był idealnie dostosowany do przewozu rowerów. Zostawiało się je od dziobu, a „napędy rowerów” z tyłu. Niestety, nie wszyscy się zmieścili.

Grein przeprawa promowa

Po drugiej stronie rzeczywiście panowała cisza. Po przekroczeniu Dunaju znaleźliśmy się w Dolnej Austrii. Nie wiem jak w Górnej, ale w dolnej mocno wiało i szumiały drzewa. Taki hałas był jednak nad wyraz dopuszczalny. Był jeszcze jeden plus południowego brzegu. Czasem pojawiał się cień!

Bezstresowa jazda

Rzeczywiście, południowa ścieżka była oazą spokoju. Północny brzeg Dunaju tętnił ruchem aut i był aż nadto widoczny. Choć rowerzystów też było widać sporo. Po naszej stronie było baaardzo turystycznie. Dość wysokie i porośnięte brzegi, kanalizowały wiatr do tego stopnia, że ostro smagał wodę i nie było widać kierunku nurtu. Słońce skrzyło się na wodzie i niepostrzeżenie przypiekało nam skórę na rękach, a mnie dodatkowo na nogach.

Nie mogłem się nadziwić, gdy dojechaliśmy do Ybbs! Zupełnie nie mam pojęcia, jak nazwa tego miasta brzmi po niemiecku, ale po polsku brzmiało jak skrót w telewizorze z funkcją smart, albo jak nasze „ups”. Postanowiliśmy stanąć na mały popas. I tak trafiliśmy na bistro, tuż obok informacji turystycznej. Akurat odjeżdżali napotkani dzień wcześniej Węgrzy i zrobiło się miejsce na parkingu rowerowym i przy stoliku dla nas. Usiedliśmy w miejscu, z którego widać było zaporę i śluzy na Dunaju i cały ruch rowerowy. Ponieważ wielu rowerzystów posilało się, to i naczekaliśmy się trochę na zamówione jedzeniowe wzmocnienie. Trochę mnie korciło, by zajechać do muzeum rowerów, ale po posiłku dostałem totalnego lenia!

Zaraz za Ybbs, Dunaj ponownie zakręca niemalże o 180 stopni, tylko że promień skrętu jest o wiele większy, od tego w Schlögen. Z poziomu roweru nie za bardzo to widać, ale z powietrza, albo ze wzgórza już tak.

Tego dnia, na Dunaju widzieliśmy mnóstwo tych podługaśnych statków wycieczkowych. O małych nie wspominam. Przy jednej z przystani zauważyliśmy, że po zacumowaniu, obsługa zaczęła wyprowadzać rowery ze statku na brzeg. Wszystkie czyściutkie, nowiutkie i elektryczne. Ciekawe? Statek przybił na 3-4 godziny, czy na jeden dzień?

Przejechaliśmy także przez Pöchlarn, w którym zatrzymują się pociągi, jadące z Wiednia do Linzu. Tuż przed Melk minęliśmy kolejną elektrownię wodną i śluzy oraz wylot z tunelu kolejowego, ale tylko dla tych szybkich pociągów, które w Melk nie stawały. Taka obwodnica, tyle że kolejowa! Gdy odbiliśmy w prawo od Dunaju, wyrosło nam przed oczami opactwo w Melk. No nie sposób go nie zobaczyć! Tak zostało zbudowane, by widziano je z paru kilometrów. Rzeczywiście, było na co popatrzeć.

Gdy przybyliśmy na miejsce, przywitała nas pani manager pensjonatu. Od początku bardzo nas przepraszała i zapytała, czy zgodzimy się zamieszkać naprzeciwko. Tłumaczyła to rezerwacyjnymi zawirowaniami. Moje pierwsze pytanie dotyczyło miejsca dla rowerów. Wszystko było zapewnione, tak jak w rezerwacji: standard pokoju, śniadanie, klimatyzacja itp. Zgodziliśmy się. Dosłownie odwróciliśmy się i przeszliśmy jakieś 10 m. I wtedy pani manager udzieliła nam 10 € zniżki. Wyszło 1 € za jeden metr! Gdy parkowałem nasze rowery w „zajezdni” rowerowej, zauważyłem dwa znajome rowery. To były te same rowery, które widzieliśmy w hotelu w Pasawie! A więc była tu hiszpańskojęzyczna para! Swoją drogą, miejsce dla rowerów zostało sprytnie zagospodarowane w starej pralni.

Melk

Gdy tylko się oprysznicowaliśmy, poszliśmy hen do centrum (jakieś 250 m), posmakować austriackich potraw. Wybraliśmy regionalną kuchnię przy Hauptstraße. Było prosto i pysznie. No Ania oczywiście z deserem. A potem zwiedzanie.

Melk opactwo

Przyznam się szczerze, że upał tego wieczoru nie zelżał, tylko się wzmógł.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz