Dzień 6. Linz – Grein. 64 km.

12 czerwca 2023 r.

Linz – Sankt Georgen an der Gusen – Gusen – Langenstein – Mauthausen – Albern – Obersebern – Au an der Donau – Mitterkirchen im Machland – Ufer – Grein.

Link do mapy widokowej tutaj.

Ślad etapu do pobrania tutaj.

    W naszym hotelu zaserwowali nam bardzo dobre śniadanie. Wybraliśmy to, co najbardziej potrzebne rowerzystom.

    Pierwszym zadaniem, przed opuszczeniem Linzu, było nabycie karty z GB na internet. Wcześniejsze próby nabycia kart na dworcach lub centrach handlowych musiałem odpuścić. Niektórzy zażądali nawet 40 €. Nie poddałem się. Gdzieś w centrum miasta nabyłem kartę za 10 €. Potem zatrzymaliśmy się na Hauptplatz.

Wybraliśmy ławeczkę w cieniu, albowiem słońce dawało gorącem niemiłosiernie. Zacząłem procedurę rejestrowania i aktywowania karty. No i wtedy podszedł do nas z rowerem Damian.

    Damian był Polakiem spod Kielc, który był w trakcie pedałowania z Hiszpanii, a dokładniej z Valencji, do Włoch, a dokładniej to on sam nie wiedział. Jechał przez Linz, bo chciał ominąć śnieg na alpejskich przełęczach. Podszedł do nas, bo zauważył naszą flagę. No i zaczęła się rozmowa. Damian jechał samotnie, toteż opowiadał obrazowo i bardzo dokładnie. Po dziesięciu minutach chciałem powrócić do rejestrowania karty, ale Damian opowiadał tak ciekawie, że nie mogłem się skupić. Po pół godzinie Damian ciągle opowiadał, a ja ciągle bardziej próbowałem niż rejestrowałem kartę. W międzyczasie zauważyli nas i podjechali nasi znajomi ze Śląska, napotkani w Schlögen. Nie mogli jednak za bardzo pogadać z powodu Damiana, który co jak co, ale miał dar do opowiadania. Znajomi ze Śląska pojechali, Damian kontynuował opowiadanie, a ja kontynuowałem rejestrowanie karty. Po godzinie Damian pojechał, a ja straciłem cierpliwość do rejestrowania karty. Pojechaliśmy więc do punktu obsługi klienta firmy Mtel. Wszedłem, a tam wszyscy mówili po… serbsku!?! Z dużą dozą niepewności podszedłem, kiedy przyszła moja kolej, do kontuaru. Uff, znał angielski, a serbski dlatego, że firma była też obecna w Serbii, a w Austrii Serbów było jak Turków, czyli jak mrówków. Temu panu zza kontuaru, rejestracja poszła w trzy minuty. Ha! Bo nie poznał Damiana! I zupełnie nie wiem czemu, wpadła mi do głowy pewna piosenka Lecha Janerki

    Uzbrojeni w tanie gigabajty, uruchomiłem wszystkie aplikacje, rejestrujące nasze rowerkowanie, a nawet i nawigację, choć to był zbytek, bo trasa oznakowana była bardzo dobrze.

    Gdy stanęliśmy pod pierwszym za Linz mostem, korzystając z cienia, doszliśmy z Anią do wniosku, że gdybyśmy rowerkowali samotnie, też byśmy nie mogli się nagadać po polsku. Możliwość odezwania się do kogoś w czasie jazdy, jest naprawdę sporym komfortem, którego nie docenialiśmy. Pozdrawiamy Damiana i do zobaczenia na szlaku!

    Upał się wzmagał, ale jeszcze mocniej wiatr. Oczywiście, że wiało nam w twarz, bo jakżeby rowerzyście mogło wiać w plecy! Z drugiej strony, trzeba się było posmarować kremem z filtrem 50, bo po paru godzinach wyglądalibyśmy jak raki. I tak posmarowani na biało, parliśmy jak pół-albinosy na wschód. Tam przecież musiała być jakaś cywilizacja!

    W Sankt Georgen an der Gusen zajechaliśmy do sklepu. Chciałem trochę postać w cieniu i orzeźwić się czymś chłodnym do picia. I wtedy zaparkowało koło nas 5-6 rowerkowców z Węgier, pół na pół (sic!), kobiety i mężczyźni. Ależ wywiązała się rozmowa. Aż nie było czasu pić! No bo jak to? Jak się Polak z Węgrem zejdzie, mus pogadać! Oni zmierzali do Budapesztu. Byli starsi od nas i zdecydowanie weselsi. W kupie siła!

    Minęliśmy drogowskaz pokazujący, że do Wiednia zostało tylko 200 km. I zrobiło się nam jakoś tak… niebezpiecznie blisko.

Już tylko 200 km!

    Upał chyba jednak mi zaszkodził. Zupełnie nie wiem dlaczego postanowiłem zatańczyć w stylu bliżej nieokreślonym. Najbardziej wkurzał mnie ten wiatr. Idealnie w twarz i dzień w dzień około 30 km/h. Nie, żebym nie dawał rady, ale gdy sprawdziłem prognozę na jutro, jakoś siły mię odejszły. Tak, tak, jutro wiatr też w twarz! No to jak tu nie zrobić gamechangera!

  • A to "Siała baba mak..."
  • To było "W murowanej piwnicy..."

    W Grein, jako pierwsze powitały nas… kaczki. Wygrzewały się na rozgrzanym asfalcie ścieżki rowerowej. Tak się zatraciły w tym odpoczynku, że ani myślały ustąpić nam miejsca. To my musieliśmy je ominąć. Zajechaliśmy pod sam hotel. Przemiła właścicielka, która zwracała się do mnie „Herr Kowalski”, ze szczególnym naciskiem na „r”, co bardzo mnie się podobało, wyjaśniła nam krótko, co i jak. Rowery zaprowadziłem do rowerowni, urządzonej w wewnętrznym dziedzińcu. Było ich tyle, że ledwo się zmieściły nasze. A po nas, jeszcze przyjechało ze dwadzieścia rowerów i też się zmieściły!?! Poszliśmy na jedzonko do najbliższej pizzerii nie wziąwszy nawet prysznica. Potem przeszliśmy po miasteczku i wróciliśmy do hotelu. Dopiero teraz prysznicem zmyliśmy resztki kremu już bez filtra, ale za to z mnóstwem kurzu. Nadszedł czas na dodatkowe piwo. Na bardzo dużym balkonie było mnóstwo miejsca i niemalże sami rowerzyści. Piwo brało się samemu z lodówki i na karteczce pisało się numer pokoju i liczbę wypitych piw. Moją uwagę przykuły zapisy typu: „nr 5 – 2 + 2 + 2”. A obok: „nr 10 – 2”, potem przekreślona ta dwójka i obok 4. I wcale nie byłem zdziwiony, bo tam wszyscy rozmawiali ze wszystkimi. A czas płynął jak Dunaj. Dobre nawodnienie, to jednak podstawa rowerkowania. Ten hotel był super przyjazny rowerzystom!

    Spaliśmy jak zabici. To była na pewno zasługa kremu z filtrem 50!

Dodaj komentarz