11 czerwca 2023 r.
Inzell – Kobling – Wies – Kaiserau – Aschach – Brandstatt – śluza Ottensheim – Ottensheim – Puchenau – Linz.
Link do mapy widokowej tutaj.
Ślad etapu do pobrania tutaj.
W tym zajeździe było coś takiego, co przyciągało i bardzo dobrze się tam czuliśmy. Choć wcale nie był nowoczesny. A to wręcz stare klepki parkietu, albo lastryko wyzwalały w nas wspomnienia dawnych, dziecięcych lat. Do tego jeszcze pyszne śniadanie, do wyboru, do koloru. A po śniadaniu spacer nad Dunaj. Zielona, odbiciem przeciwległego wzgórza woda, po której sunęły statki, barki, kajaki i łódeczki. Ktoś wędkował, ktoś jadł śniadanie przy kamperze na polu namiotowym, a ktoś taki ja na to patrzył i wcale nie chciało się stamtąd wyjeżdżać. Może to trochę brzmi, jak reklama zajazdu, ale podejście personelu do nas, zasłużyło na najwyższą ocenę. Brawo dla właścicieli.
Nie było nam spieszno. Długość etapów zaplanowałem na wypoczynek, a nie na pogoń za kilometrami. Dlatego też, nasze rowery opuściły rowerownię jako ostatnie. Gdy wjechaliśmy na ścieżkę, było zarąbiście. Słońce, mało rowerów, cień południowego zbocza. Słowem wspaniale, gdyby nie jedno. Wiało. Ale nie jakiś tam wiaterek! Dęło jakby się facet powiesił! Ale dlaczego? Przecież jechaliśmy z zachodu na wschód i powinno być z wiatrem… Nie dziś. Prognoza była bezlitosna. Wiało coś około 36 km/h. Od razu przypomniała się nam wyprawa z 2019 r. po niemieckiej stronie Odry, przed klasztorem cystersów w Neuzelle. Wtedy jechaliśmy z południa na północ i teren był otwarty. A nasze rowery z bocznymi sakwami stawiały naprawdę niezły opór.

Po Dunaju płynęły barki. Nawet te, które zmierzały pod prąd, szły z jakąś nadnaturalną lekkością. Może dlatego, że barki były spięte burtami i miały większą powierzchnię dla wiatru, który wyręczał silnik. No to prężyliśmy muskuły nóg i jechaliśmy jedno za drugim.
Oczywiście, że stawaliśmy. I to częściej niż w poprzednich dniach. Jednakże, powodem nie był wiatr, a widoki. To co zobaczyliśmy, wymuszało wręcz uwiecznienie. I tak powstało parę fotek.


Po godz. 1100 zatrzymaliśmy się w Aschach. No bo jak tu się nie zatrzymać, jak wzdłuż naddunajskiej ścieżki, pełno kawiarni, restauracji, barów i lodów. Ślinka pociekła i nam. Stanęliśmy pośród setek rowerów i usiedliśmy pomiędzy rzeszą rowerzystów, zajadających ciasta pod parasolami. Ania postanowiła także zamówić coś słodkiego w kawiarni, a ja zająłem jeden z nielicznych wolnych stolików. Ania przyniosła Sachertorte (tort Sachera), który słynie w całej Austrii ze swej wyjątkowości. Gdy zaczęliśmy degustować, podeszła do nas kelnerka i zapytała o coś po „austriacku”. Ale nie tak krótko, tylko mówiła z 10 sekund. I wtedy Ania ze spokojem odrzekła – Nein, danke. Kobieta odeszła z uśmiechem na ustach. Ponieważ niezrozumiałem ani jednego niemieckiego słowa, zapytałem Anię, o co szło? Ania prawie dusiła się ze śmiechu. Powiedziała, że nie miała pojęcia, o co chodziło, ale domyślała się, że pewnie o to, czy czegoś nam więcej potrzeba. Podsumowałem, że Ani niemiecki przyszedł o wiele łatwiej i szybciej ode mnie. Ja bez tłumacza Google bym sobie nie poradził. A swoja drogą, dobrze jest mieć takiego towarzysza podróży, który przejmie od ciebie pałeczkę, tak od czasu do czasu.
W tym dniu, po raz pierwszy forsowaliśmy Dunaj, ponad elektrownią wodną i śluzami w Ottensheim. Potężna budowla, robiła na nas wrażenie już od momentu, kiedy ją zauważyliśmy z bardzo daleka. Z każdym kilometrem, rosła w siłę. A tuż obok okazała się być monstrum! A na Dunaju wcale tych elektrowni niemało.

Niestety, po przejechaniu na lewy, czyli północny brzeg, nasza ścieżka rowerowa biegła wzdłuż bardzo ruchliwej szosy. Po jakimś czasie, hałas aut stał się nieznośny. Z wielką ulgą przywitaliśmy widok Linzu.

Przejechaliśmy pięknym mostem na prawy (południowy) brzeg i niemalże od razu, wjechaliśmy na reprezentacyjny plac miasta, Hauptplatz Linz. No jakże tu nie przystanąć. Cieszyliśmy się, że już nam wiatr nie będzie straszny.
Nasz hotel w Linzu, zaproponował nam rowerownię i bardzo przyjemny, klimatyzowany pokój. Po odświeżeniu, ruszyliśmy w miasto, upolować coś włoskiego do jedzenia. Tutaj mapy okazały się być niezłym doradcą. Oceny klientów potwierdziły się w całości i zjedliśmy przepyszną pizzę i deser. A potem powałęsaliśmy się przez miasto do hotelu. Choć dzisiejszy etap nie był długi, to wiatr jednak zrobił swoje. Byliśmy po prostu zmęczeni. Nasze łóżka były bardzo pomocne w wypoczywaniu.

W międzyczasie skończył się nam internet. Nasz pakiet w Plusie nie wystarczył na wiele, a kosztował niemało. GB używałem do zapisu etapów w dwóch aplikacjach: Aktywne miasta i mapy.cz. Jutro poniedziałek, więc po śniadaniu zakup karty z GB na internet.
Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.