9 czerwca 2023 r.
Wiedeń Hbf
Pasawa Hbf
No to co? Śniadanie w hotelowej restauracji? Oczywiście, że tak! Niby proste, ale musieliśmy się naczekać na uzupełnienie półmisków. Tyle było ludzi. Czekając, słuchaliśmy pary młodych, siedzących obok. Ania obstawiała, że słyszy koreański, a ja że japoński. Zapytałem… Byli z Tajwanu.
Sprawnie poszło pakowanie, osakwienie rowerów i przejście na dworzec kolejowy. Przyjechał nasz bezpośredni pociąg ICE 26, który jechał w głąb Niemiec, chyba do Dortmundu. Miałem nieodparte wrażenie, że były w nim tylko 3 miejsca dla rowerów… Nasze miejsca do siedzenia były w następnym wagonie. Zabezpieczyłem więc rowery linkami i poszliśmy usiąść. Co jakiś czas spoglądałem, czy nic się im nie dzieje. Bilet był trochę dla mnie niezrozumiały, gdyż składał się z: oddzielnych imiennych biletów dla nas, dwóch biletów na przewóz rowerów, dwóch rezerwacji miejsc dla nas i rezerwacji wieszaków dla rowerów. Razem 61 €. Widzieliśmy w pociągu, że podróżowały nim także osoby bez rezerwacji miejsca. Siedzieli między wagonami i w przejściach. Tymczasem pociąg rozpędził się do 170 km/h i z taką prędkością wjeżdżał i wyjeżdżał z tuneli kolejowych. I wcale w nich nie zwalniał. A woda w butelce, która stała na małym stoliczku, drgała tylko nieznacznie. Ponad 200 km do Pasawy pokonaliśmy z jednym przystankiem w 2,5 h.
W Pasawie wysiedliśmy zadowoleni i wcale niezmęczeni. Od razu skierowałem się do informacji turystycznej, naprzeciwko dworca. Przed wejściem pełno rowerzystów. Średnia wieku około 60 lat! Więcej starszych niż młodszych. Zapytałem o przewodnik i od razu dostałem do ręki darmowy opis naddunajskich ścieżek rowerowych. Oczywiście, że można wybrać język. Polskiego jednak nie było. Nam wystarczył egzemplarz niemiecko-angielski. Mieliśmy zamiar potrenować niemiecki, który znany był nam tylko z kilku słów, szczególnie z filmów wojennych.

Oczywiście, że zajechaliśmy do centrum starego miasta. Kręte, wąskie uliczki z kilkusetletnimi kamienicami doprowadziły nas przypadkowo do baru ze spatzlami. Nie, żebym był wytęskniony klusek, ale lubimy. Tym bardziej, że lokalna, bawarska kuchnia nas ciekawiła, a kluski to potrawa bardzo przyjazna rowerzystom. No i samoobsługa sprzyjała zamówieniu potraw po niemiecku, choć obsługa mówiła po angielsku. Przy pomocy tłumacza w telefonie, nauczyłem się zamówienia po niemiecku i poszedłem do baru. Gdy przyszła moja kolej zamawiania, zaznaczyłem po angielsku, że to będzie moje pierwsze w życiu zamówienie, składane po niemiecku. Cała obsługa zamarła. Gdy wypowiedziałem moje zamówienie, młody chłopak poprawił tylko wyraz „spätzle”, które źle wymawiałem. Uff, jednak nie będziemy głodni! No i otrzymaliśmy dokładnie to, co zamówiłem. Nie taki ten „austriacki” straszny…

Dlaczego zaczynaliśmy w Pasawie? A dokąd mieliśmy pojechać, my, ludzie z Trójmiasta? Oczywiście, że do Trójrzecza! To właśnie w Pasawie mieszają się wody trzech rzek: Dunaju, Inn i Ilz. Ta trzecia, najmniejsza, wcale nie była łaskawa w przeszłości dla miasta, o czym można było przeczytać na infopunktach. Zatrzymaliśmy się na chwilę u zbiegu rzek, turystycznej atrakcji tego miasta. Gołym okiem można było zobaczyć, jak mieszają się ich wody.


Nasz hotel był oddalony około 4 km od starego miasta. Wyczytałem o nim na blogu pewnej turystki z Polski. Oferował nam nocleg, proste śniadanie i co najważniejsze, miejsce dla rowerów w podziemnym garażu. Miła obsługa i chyba najbardziej bezpieczny hotel w mieście. Mieszkało w nim pełno policjantów. Pokój nie był za duży, ale na jedną noc – wystarczający.
Oczywiście, że poszliśmy do tamtejszych sklepów, zobaczyć co mają na półkach. A jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy polskie piwo i wódkę w bawarskim Lidlu. Pokręciliśmy się po okolicy i wróciliśmy do hotelu. Stojak na rowery był już przepełniony. O dziwo, tylko cztery rowery były przypięte linkami. Była też akurat mówiąca po hiszpańsku para, którą widzieliśmy potem parę razy, zmierzając do Wiednia.
Jutro ruszamy i my. Nareszcie!