Dzień 9. Hudiksvall – Kvarnmon. 45 km.

Hudiksvall – Sanna – Hållsta – Välsta – Malsta – Stamnäs – Strömsbruk – Harmanger – Tennsäter – Älvsta – Jättendal – Kvarnmon.

Ślad trasy z mapy.com tutaj.

W niedzielę powinno się odpoczywać, czyż nie? No, ale nie my! Pocieszający był fakt, że tego dnia mieliśmy do wyrowerkowania tylko 40 parę kilometrów po Dziewiczym Wybrzeżu. Traktowaliśmy to jako taki mały odpoczynek. Szkoda, że wiatr psuł niedzielę… Napierdzielał równo i nieprzerwanie od kilku dni i nocy, z północy. Choć w wietrznych ustroniach, od razu czuć było słońce na skórze. Dobrze się więc naśniadaliśmy i ruszyliśmy do najbliższego ICA, na niedzielne zakupy. Tak, w Szwecji sklepy są otwarte cały tydzień.

Przy supermarkecie okazało się, że nie można zwrócić pustych butelek do automatu kaucyjnego. Nie działał. A już myślałem, że u Szwedów wszystko działa na tip top… A na 100 %, to działały z pewnością turbiny wiatrowe!

Gdy zjechaliśmy z szosy X 748, nasz cykelspåret, wtedy już z numerem 13, zamienił się w bardzo dobry szuter. Ale za to teren się mocno pofałdował. Pokonywaliśmy krótkie i strome wzniesienia. W lesie pojawiło się sporo wystających skał. Staraliśmy się jechać jak najkrótszą trasą, by nie za mocno się zmęczyć. Raz nawet musieliśmy objechać, bo trafiliśmy na drogę dla koni. Chwilę potem wjechaliśmy na X 780. Tylko, ku naszemu zaskoczeniu, to nie był asfalt, lecz szutrówka. Na szczęście, bardzo dobra. W Välsta wjechaliśmy na asfalt X 781 i do lasu. I aż do Strömsbruku rowerkowaliśmy bez zbędnego pośpiechu. Zresztą, trudno się spieszyć z wichrem w nos!!! Zajechaliśmy do pizzerii, w której trwały jakieś tańce, czy aerobik. Jednak, gdy tylko postawiliśmy rowery przed lokalem, muzyka ucichła a uczestnicy gdzieś wyparowali. Menu – tylko po szwedzku. Parę pozycji nawet tłumacz w smyrofonie nie chciał przetłumaczyć. No ale przy pomocy śniadego pana zza lady, udało się ustalić się, co to było i co byśmy zjedli. Byliśmy jedynymi klientami. Potrawy niestety były z głębokich mrożonek. No ale jeść trzeba było.

Zaczęły sie górki.

Gdy odpoczęliśmy w ciszy (nie świszczał nam wiatr w uszach), pojechaliśmy w paszczę jednej z największych atrakcji szlakowych. Pojęcie atrakcji, po paru dniach w lasach, zaniżyłem celowo. Czekał na nas przejazd przez… groblę. Piękne widoki! Jednakże tak wiało, że musiałem zrobić dubla i krzyczeć podczas kręcenia filmiku, bo mój głos nie docierał do telefonu! A potem znowu w las. Las, las, las, aż do Harmanger. Tam, za sugestią właścicieli pensjonatu, do którego jechaliśmy, zanabyliśmy jedzenie na wieczór i na następny dzień. Potem miało nie być żadnego sklepu.

Groblą w poprzek wiatru.

Stojąc przed ICA, zauważyłem autostradę oznaczoną symbolem E 4. Jednak wjazd na nią, z podrzędnej drogi, był na tym samym poziomie, na normalnym skrzyżowaniu. I tak sobie pomyślałem, czy takie coś to autostrada i czy po takim czymś, można jechać rowerem? Rzut oka na mapę i wytyczyłem nową trasę. Z jednokilometrowym przejazdem, właśnie po tym czymś. Najpierw pojechaliśmy podrzędną, leśną drogą, która w Polsce uszłaby by jako super szlak rowerowy. Potem przez łąki dojechaliśmy do Tennsäter. I dosłownie na końcu wioski, wjechaliśmy na to coś, zwane E 4. Ruch aut był bardzo duży, ale nikt na nas nie trąbił. Jechaliśmy mocno poszerzonym poboczem i zjechaliśmy po kilometrze. Do tej pory nie wiemy, czy złamaliśmy przepisy, czy nie? Jednakże skróciliśmy sobie trasę nad wyraz! Zaraz za torami znów wjechaliśmy na nasz cykelspåret 13. Do pensjonatu zostało 6 km. Uff! Musieliśmy się jednak jeszcze raz zatrzymać. Niestety, nasze TIRy nie chciały same stać. Musiałem je trzymać. Tak wiało!!!

Trzymaj, trzymaj, bo odjadą.

MON vandrarhem to dom w lesie. Jednak tak ładnie usytuowany, że poczuliśmy się jak w bajce. Okazało się, że na górze mieszkała Frida (córka właścicieli) ze swoim partnerem, a my dostaliśmy pokój na parterze, za przechodnią, ogromną kuchnią. Dom był odnowiony i bardzo zadbany, choć wciąż w stylu sprzed co najmniej 50 lat. Bardzo się ucieszyliśmy. Lubimy spokój i ciszę. Właściciele dość szczegółowo opowiedzieli nam co i jak. Płatność za pobyt – gotówką, ale o tym wiedzieliśmy jeszcze w Polsce. A potem stał się cud!!! PRZESTAŁO WIAĆ!!! Do tego stopnia, że puściłem drona by zrobić parę ujęć z powietrza. Niestety, nie wiało tylko do koron drzew. Wyżej dron zameldował, że utrzymanie pozycji może się nie udać. Pozostały więc troszkę niższe loty.

Prognozy zapowiadały nocny deszcz. Schowaliśmy więc rowery na ganku. W oknie naszej sypialni, właścicielka wstawiła moskitierę. Wciąż było gorąco i słychać było, że komary powoli podczołgiwały się z lasu. Poczułem radość. Zarówno z tej bajkowej scenerii, jak i z prognozy wiatru na dzień następny.

Spaliśmy jak zabici. Do czasu…


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz