Dzień 6. Tierp Norrby – Gävle. 60 km.

Tierp Norrby – Strömsberg – Västland – Valla – Sätra – Myrbo – Marma – Ambricka – Älvkarleby Laxön – Västanå – Skutskär – Harnäs – Furuvik – Gävle.

Ślad trasy z mapy.com tutaj.

Nasi towarzysze noclegowi wstali wcześnie rano i pojechali wznosić market. Zrobiliśmy sobie śniadanie bez… masła. Wczoraj było bardzo za gorąco i pewnie byśmy masła nie dowieźli, albo dowieźli w stanie półpłynnym. I to był ostatni raz, kiedy jedliśmy bez masła!!! Nigdy więcej!

Piękna pogoda, tylko skąd ten wiatr!?! Nie dość, że zasuwał ponad 20 km/h, to jeszcze idealnie w r…, w m…., w twarz! Całe szczęście, że cykelspåret (ścieżka rowerowa) 10 a potem 11, wiodła nas w pierwszej części przez las. I nie wiem kiedy, zmieniła się numeracja z 10 na 11? Może nie zauważyliśmy, bo byliśmy trochę zaaferowani? Czym? Ano, w Strömsbergu, zaczepił nas po polsku pewien człowiek. Pomimo, że rozmawiał z dużo starszym tybylcem, podjechaliśmy się przywitać. Okazało się, że Robert wyemigrował do Szwecji jako dziecko i tak zostało. Kolejny odcinek „Polacy są wszędzie” właśnie się zaczął kręcić. Wywiązała się rozmowa, w której nie mogliśmy się nagadać. Robert podpowiedział nam, by w Älvkarleby koniecznie zajechać na wyspę, na której kiedyś były wojskowe koszary.

Podczas pożegnania, Robert powiedział, że jedzie autem w tym samym kierunku, to pewnie się znów spotkamy. Ania była nawet przekonana, że tak się stanie. Pożegnalismy się i ruszyliśmy cykelspåret’em. Tym razem była to szosa C740, a potem C770. Ruch aut niewielki. Tylko czemu tak wiało?

Aż chciało się pędzić!

W Valla zjechaliśmy z szosy i zaczęła się znów ładna, leśna szutrówka. Wiatr nam już nie przeszkadzał i mieliśmy dużo cienia. Przyszedł czas na kolejne użycie drona. Ale było zabawy! No i została nam pamiątka do filmu. Że szutrówki w Szwecji były w idealnym stanie pisałem już wcześniej, ale żeby połamać nasze dotychczasowe mniemanie o tych nawierzchniach, Szwedzi postawili przy nich znaki drogowe z ograniczeniem prędkości. Do 70 km/h!!! Asfalt powrócił przed Myrbo, ale żeby czuć było różnicę w pedałowaniu, to nie za bardzo.

W Marmie wjechaliśmy na szosę 291 z poszerzonym poboczem. Ciągle byliśmy na cykelspåret’cie. Niestety, jechaliśmy po odsłoniętym i wiatr nam się dawał we znaki. Nasze TIRy stawiały duży opór i coraz częściej robiliśmy przystanki. To wtedy nam pykło 300 km od domu.

Dosłownie tuz przed Laxön, musieliśmy się zatrzymać, choćby na krótki odpoczynek. Trochę byliśmy tym wiatrem umęczeni. Zaraz potem stanęliśmy w miejscu, w którym zaczynała się ścieżka pieszo-rowerowa, nad dwoma tamami. Widok był niesamowity. W jednym miejscu widać było potęgę ludzkiego umysłu i destrukcyjne działanie wody. Spuszczana przez tamę woda wyszlifowała wystające z podłoża skały, formując z nich jakby sztylety, z wyoblonymi krawędziami. Nigdy wcześniej, nie widzieliśmy czegoś podobnego! Pierwsza tama nie puszczała wody. Przejechaliśmy do drugiej tamy, która pracowała. Huk wody i prędkość nurtu za tamą dawał odczuć, jaka potęga mocy była w uwolnionej z tamy wodzie i jacy byliśmy w stosunku do tego żywiołu malutcy. Jednak umysł ludzki i takie rzeczy potrafił okiełznać. Zachwyciwszy się tymi widokami, nasze mózgi podsunęły nam chęć odpoczynku. I akurat, natrafiła się ku temu doskonała okazja. Zobaczyliśmy kawiarnię, mnóstwo stolików i dużo zieleni. Jakby trwał piknik. Było sporo ludzi i dlatego musiałem odstać w kolejce po ciastka. Ale warto było. Jedząc, wyobrażałem sobie, jak kiedyś pomykali tu żołnierze. Po wyspie, która przez sto lat była wykorzystywana przez wojsko, teraz hasały dzieci, rodzice, dziadkowie i my na rowerach. W tym miejscu było tak przyjemnie, że nie chciało się nam odjeżdżać.

Wyjeżdżając z wyspy, pokonaliśmy jeszcze jeden, tym razem stary i urokliwy, drewniany most. Potem zatrzymaliśmy się na wprost pola golfowego. Szybkie zdjęcie do Görana i jego odpowiedź, że na tym polu także trafiał do dołków. Chwilę potem wtoczyliśmy się na szosę 76, a właściwie na odseparowany cykelspåret. I gdyby nie ten wiatr, to byłoby idealnie.

Za Skutskär minęliśmy potężną papiernię, którą widać z kilkunastu kilometrów. Jednak w powietrzu nie było czuć zapachu, podobnego do tego ze Świecia nad Wisłą. I dosłownie chwilę potem, zatrąbił na nas samochód. Autem w przeciwnym kierunku jechał, a jakże, Robert!!! Pomachaliśmy sobie. Ania miała jednak dobrego czuja, że spotkamy się jeszcze raz. Ale, żeby było jeszcze bardziej niesamowicie, po paru kilometrach, za Furuvikiem, przy skrzyżowaniu z szosą X 533 stał… Robert! Machał do nas, byśmy do niego podjechali. Zatrzymaliśmy się przy jego aucie. Robert wyciągnął z bagażnika… lody. Poczęstował nas, czym bardzo nas ujął. Po raz kolejny zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim. Temat gonił temat. Dużo dowiedzieliśmy się o stylu życia w tej części Szwecji. Robert odpowiedział na wszystkie nasze pytania. Co za niesamowity człowiek! I do tego miał w sobie energię do potęgi. Nie przymierzając, reaktor jądrowy!!! Kiedyś miałem takie powiedzenie, że na szlaku spotkasz kogoś dwa razy. Robert tę tezę połamał. Pierwszy raz w życiu, spotkaliśmy kogoś po trzykroć!!! Pozdrawiamy serdecznie!

Po trzykroć z Robertem.

Do Gävle (czyt. Jewle) wjechaliśmy z niskim poziomem mocy. Wiatr zrobił swoje. Tlił się jeszcze we mnie plan, by pójść do muzeum kolejnictwa, ale brak sił i woli, zgasił płomyczek.

Nawigacja doprowadziła nas do naszego noclegu. Okazało się, że to było miejsce bardzo przyjazne rowerzystom. A dodatkowo, żoną właściciela była góralka z Polski. I zrobiło się od razu swojsko. Szwed najbardziej lubił… bigos i pierogi!

Ukąpaliśmy się i poszlismy do centrum. Gävle to bardzo ładne miasto i całkiem spore. Trafiliśmy do restauracji, w której dla poprawy nastroju i regeneracji, zamówiliśmy steki. Podano je na rozpalonych prawie do czerwoności, skałach. I każde z nas mogło sobie wysmażyć takiego steka, jakiego uważało w danej chwili. Warto było. Potem poszliśmy na dworzec kolejowy, ogarnąć co i jak. W drodze powrotnej, mieliśmy tu zaplanowaną przesiadkę z pociągu X-Trafik do Mälartåg.

Jeszcze tylko zakupy na jutrzejsze śniadanie, na które wybraliśmy jajka! Dosłownie mieliśmy głód jajek. Nie było co się opierać. No i koniecznie masło!

Pisząc te słowa wiem, że w Gävle powinienem był zaplanować dzień odpoczynku. To byłby strzał w dziesiątkę. Odpoczęlibyśmy i nabralibyśmy sił. Niestety, zbyt przeceniłem nasze siły. Nie przewidziałem, że przeciwny wiatr będzie coraz silniejszy. Zresztą, nikt nie przewidział w tych dniach, takiego kierunku wiatru, z prędkościami powyżej 25 km/h.

A w tej niewiedzy spało się nam zarąbiście dobrze. W oknie były rolety i zaciemnienie nam znacznie pomogło.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz