6 lipca 2025 r.
Ekerö – Drottingholm – Solna – Danderyd – Täby – Arninge – Rydbo – Täljö – Åkersberga.
Ślad trasy z mapy.com tutaj.
Ruszaliśmy trochę później, po pysznym śniadaniu ze szwedzkiego stołu. I wcale nie mam na myśli sposobu serwowania posiłku! Choć także wiem, że sporo szwedzkich mebli produkowanych jest w Polsce. W międzyczasie przestało padać. Wysuszone sakwy dociążyły nasze rowerki, zamieniając je ponownie w TIR-y. W powietrzu czułem szwedzki zew…
Ujechaliśmy może z 500m i zauważyłem, że nawigacja nie śledzi naszego położenia. Pierwsza myśl, że po wczorajszej ulewie, telefon zamknął się w sobie. Na szczęście, ponowne uruchomienie, przywróciło go do pełni sił.
Już po paru kilometrach jazdy, zrozumieliśmy, że podejście do rowerzystów w Szwecji, było zgoła odmienne od polskiego punktu widzenia. Przejazdy na drugą stronę jezdni, tylko pod ziemią. Bez zsiadania z TIR-ów. Mosty z osobną ścieżką rowerową i gęsta sieć, powiązanych ze sobą, odseparowanych od jezdni, ścieżek rowerowych. Oczywiście, trafiały się także przejazdy po skrzyżowaniach, choć na naszej trasie nie było ich wiele.

Pierwszy stop wypadł nam w Drottningholm. Zespół pałacowo-parkowy na miarę austriackiego Schönbrunn. Ten jednak był położony nad jeziorem i miał o wiele pięknięjszą panoramę. Widok fasady pałacu poprzez jezioro zostanie w pamięci do końca życia. Ogrom i potęga. Było na co poaptrzeć.

Zaraz potem kolejny remont jezdni i objazd na ścieżce rowerowej, przed mostem Nockeby. Następny remont i objazd na węźle Bromma. Jak stwierdził Göran, przez te remonty trudno było żyć. Z drugiej strony, gdy skończą, będzie się żyło bardziej kolorowo. Od tamtego czasu remontów nie było. Dojechalismy do Solna. Wielki węzeł przesiadkowy. Nasz plan zakładał, że własnie tu wrócimy pociągiem z dalekiej północy. Ale czy dojedziemy? Póki co, pogoda dopisywała. Słoneczko coraz śmielej nas ogrzewało i jechało się bezpiecznie i przyjemnie. Gdyby jednak nie nawigacja, niechybnie zabłądzilibyśmy albo się pomotali, którą ścieżkę wybrać. Oznaczeń szlaku brak! Dopiero za Solna zobaczyliśmy pierwszy drogowskaz. Kolejny biały kruk! I to by było na tyle.

Za Solna zaczęły rzednąć zabudowania. Coraz więcej drzew i lasów. Niby wielkie przedmieścia a jechało się jakby po wsiach. Cudna była ta ścieżka. Asfalt między drzewami. Mostki, bramki, ławeczki i uwiązy do rowerów. I do tego ptaki darły dzioby. Ech… pięknie się jechało.
W Arninge trafiliśmy na MAX Burgers. Coś na modłę McDonalds, tylko że bardziej pikantne. A ponieważ dużo rzeczy mi smakuje, to i to też mi przypasiło… Ani nie za bardzo.
Przed i za Rydbo, jechaliśmy szutrówką przez las, wzdłuż zelektryfikowanej wąskotorówki. Coś jak podwarszawskie WKD. I wtedy po raz pierwszy zobczyliśmy połupane skały i głazy. Jak nic, musiał tędy przechodzić Waligóra. Ciekawe, czy był sam, czy z bratem…?

Nasz nocleg w Åkersberga, to był garaż w domu jednorodzinnym, przerobiony na pokój dla letników. Z dostępem do kuchni i… sauny. Czyli będzie możliw (J. Kołaczkowska) bara, bada, bastu! Właściciel zezwolił nam na korzystanie z wszystkiego.
Jeszcze tylko spacer do centrum na jedzonko i do sklepu. To właśnie tam, po raz pierwszy, zrobiliśmy zakupy w markecie ICA, który bardzo nam się spodobał. Ania zawsze umie wypatrzyć coś ciekawego. Tym razem wytropiła napoje witaminowe i małe shoty imbirowe. I ten z kofeiną i witaminą B12 stał się od razu moim sprzymierzeńcem. A do Ani przylgnął imbir.
Zasnęliśmy uspokojeni. Po Szwecji rowerkowało się bardzo bezpiecznie i przyjemnie. I oto nam szło… czy może – jechało… Sam nie wiem?
Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.