14 czerwca 2024 r.
Malmö – Sibbarp – Bunkeflostrand – Klagshamn – Tygelsjö – Hököpinge – Vellinge – Kungstorp – Höllviken – Kurland – Trelleborg

I znowu powitał nas słoneczny i bardzo wietrzny dzień. Niestety, ten wiatr się odwrócił i wiał teraz ze wschodu. Czyli druga część dzisiejszego dnia będzie ostra.
Po super śniadaniu w hotelu, dorowerkowaliśmy do punktu widokowego, gdzie doskonale było widać specyficzny, spiralny wieżowiec, Turning Torso i oczywiście most nad Sundem. Ludzi jak na lekarstwo a terenu otwartego – po horyzont. Zmierzaliśmy ścieżką rowerową wzdłuż plaży, w stronę mostu, by przejechać pod nim. Ścieżka oznaczona numerem 3, pokrywała się z EV10.
I wtedy, na małym rowerku składaku, dogonił nas straszy jegomość i zagadnął do nas po niemiecku. Odparłem po angielsku, że nie znam niemieckiego. Wtedy zapytał po angielsku, skąd jesteśmy. Pokazałem na polską flagę i odparłem, że z Polski. Wtedy on zaśpiewał: – Nycz nie boli tach jach szycie! Poprawiłem po polsku: – Nic nie boli tak jak życie! Budka Suflera! – Ale jegomość oddalał się dziarsko i śmiał się wesoło. Taka to Panie, znajomość przelotna była!

Most rósł w oczach. Te wielkie statki, które przepływały pod nim, wydawały się niczym małe łódeczki. W końcu dojechaliśmy do kolejnego punktu widokowego, ale wcale nie był tak dobry jak ten, który wypatrzyła Ania. Ten drugi był na trawie, porośnięty żółtymi kwiatkami. Idealny na fotkę.

Most w całej okazałości! Zaraz potem wjechaliśmy pod most, a potem na odkryty teren. No i tam już wiatr dmuchał równo. I choć wiał nam jeszcze z boku, to nieźle dawał się we znaki. A na łąkach, nad brzegiem cieśniny pasły się krowy i im wcale ten wiatr nie przeszkadzał!
Za Höllviken skręciliśmy na wschód i od wtedy jechaliśmy idealnie pod wiatr. Jechaliśmy pośród pól i nasze TIR-y stawiały taki opór, że szybciej jak 11 km/h się nie dało. Nie zależało nam jednak na czasie. Plan dnia zakładał tylko dojazd do Trelleborga, a zaokrętowanie na prom mieliśmy następnego dnia. I tak sobie pyrkaliśmy powoli. Ja z przodu, Ania w tunelu aero za mną. Wtedy też, dogoniliśmy dwóch Niemców. Chyba wnuczka i dziadka z tym, że wnuczek miał już brodę niegoloną. Stanęliśmy i dawaj pogaduchy. Oni byli w trakcie wyprawy wokół Bałtyku NA RAZ! Mieli objechać morze rowerami z namiotem w trzy miesiące. Średnio, po 100 km dziennie. Tego dnia mieli dojechać do Ystad ale dziadek kręcił głową, wyraźnie wskazując na wiatr, że chyba dziś nie dojadą. Przez Trójmiasto mieli przejeżdżać w sierpniu. Życzyliśmy sobie powodzenia. No i oczywiście do zobaczenia na szlaku!

Parę kilometrów dalej, zobaczyliśmy nazwę Trelleborg. Nasza wyprawa po Danii i troszkę po Szwecji, dobiegała końca. Wjechaliśmy w obrzeża miasta i znaleźliśmy naszą kwaterę. To był domek jednorodzinny, w którym jeden pokój, łazienkę i kuchnię udostępniła turystom rodzina, mieszkająca obok. Na rowery Pan właściciel pożyczył lekką matę do przykrycia. Wykąpaliśmy się i poszliśmy obczaić terminal promowy w Trelleborgu i zjeść coś przy okazji.
Terminal promowy dla pieszych i rowerkowców, był tuż obok dworca kolejowego. Zupełne w innym miejscu, niż dla pojazdów. Niestety, okienko TT-Line było nieczynne. W budynku trwał remont i w ogóle wrażenie było raczej niemiłe. Obok zamkniętego okienka stał automat do samodzielnej odprawy. Bilety mieliśmy kupione już wcześniej więc została nam więc tylko odprawa. Mimo to, nie udało nam się odprawić w automacie za pierwszym razem pomimo, że dostępny był język polski. Po prostu, polski kończył się po dwóch ekranach i potem wracał angielski, a obsługa była tak nie intuicyjna, że nie wiedziałem, w co mam stuknąć na ekranie. Obok automatu był przycisk do nawiązania rozmowy telefonicznej z obsługą. Zadzwoniłem. Nikt nie odpowiedział.
– No nie może być tak, że pokona mnie maszyna – rzuciłem dość zawzięcie i rozpocząłem procedurę ponownie. Tym razem z sukcesem. Automat wydrukował karty pokładowe. Odetchnęliśmy z ulgą i poszliśmy do miasta na jedzonko.
Mapy w telefonie pokazały po polsku restaurację „Kradzione sztućce”. Weszliśmy. I co? Spotkaliśmy Polkę, która chyba od dwudziestu lat mieszkała w Szwecji. Zamówiliśmy. I były to tak dobre dania, że postanowiliśmy wspomnieć o tym lokalu. Pozdrawiamy i polecamy.

Wracając do kwatery, wstąpiliśmy do spożywczaka, wydać ostatnie szwedzkie korony. Koniecznie chcieliśmy kupić po puszce piwa ale wszystkie miały najwyżej 2 % alkoholu. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że w Szwecji sklepy z alkoholem były odrębne i nie tak dostępne, jak w Polsce. Wyliczyliśmy ile wydamy koron, zasililiśmy kartę wielowalutową o potrzebną kwotę, a przy kasie okazało się, że parę produktów było w promocji, i suma summarum, zapłaciliśmy mniej. No to korony będą czekać do następnej wyprawy po Szwecji.
Niestety noc dla Ani nie było spokojna. Fobia przed promami znowu dała o sobie znać.