11 czerwca 2024 r.
Holtug – Gjorslev – Magleby – Strøby – Valløby – Vallø Slot – Køge – Ølsemagle Strand – Jersie Strand – Mosede – Karlstrup Strand – Vallensbæk – Brøndby Strand – Avedøre – København.
Obudził nas deszcz. Zresztą, zgodnie z prognozami. Gdy skończyliśmy śniadanie przygotowane przez gospodarzy, deszcz zamienił się w takie… siąpiradło, ogólnie zwaną mżawką. Postanowiliśmy nie czekać, aż się wypada, tylko założyliśmy przeciwdeszczówki i ruszyliśmy do stolicy.
Przestało padać, zanim ujechaliśmy 2 km, czyli do zamku Gjorslev, choć pełnego słońca też nie było. Najfajniejsze, że wiatr osłabł od wczoraj, ale wciąż wiało nam w plecki. Czyli następny dzień promocji! Zamku niestety nie zobaczyliśmy z drogi. Był kompletnie zasłonięty ogromnymi budynkami gospodarczymi i bardziej przypominało nam dawny PGR. Po za tym wyczytałem, że wycieczki są dozwolone z wcześniejszym uzgodnieniem. Toteż minęliśmy zamek, nie dostrzegłszy nawet jego wysokiej wieży. W naszych planach był inny zamek, tuż za Vallø, parę kilometrów dalej. Chwilę potem wjechaliśmy na piękną rowerostradę, która ciągnęła się przez pola, ale wzdłuż szosy. Zauważyliśmy także znaczny wzrost liczby samochodów, a nawet rowerzystów.
Vallø Slot (zamek Vallø) prezentował się znakomicie. Od razu głośno zauważyłem, że miał wszystko, co prawdziwy zamek mieć powinien: fosę, spory dziedziniec, wieżę do więzienia zacnych panien, a także piękny i rozległy park (filmik). A potem się okazało, że miał w zanadrzu i zielonego… smoka! Jak tylko wyciągnęliśmy kanapki, ów smok natychmiast opuścił stację dokującą i podjechał nam pod same nogi, cały czas kosząc już i tak krótką trawę. Jeszcze nigdy nie widziałem tak ogromnej, samojezdnej kosiarki! Wielka jak smok! (filmik) Zapewne, jeden z jej czujników miał ciągle na nas oko… A gdy zajrzałem do internetu, okazało się, że z tymi pannami w wieży, wcale się nie pomyliłem. Teraz zamek służył za azyl dla szlachetnie urodzonych panien, wdów i rozwiedzionych kobiet. Jeszcze raz spojrzałem na zielonego smoko-kosiarza. Ciekawe, czy miał wgrany też program ofensywno-odstraszający?
Parę kilometrów za Vallø, wjechaliśmy na szosę nr 261. Na skrzyżowaniu stały także drogowskazy dla rowerkowców. Oto znów byliśmy na EV7 i EV10 a do Kopenhagi pozostało 59 km. Z wiatrem w plecy i po rowerostradzie, nic nie było nam straszne.

Chwilę potem wjechaliśmy do sporego miasta Køge. Ścieżka kluczyła ale zawiodła nas do rynku, gdzie nie oparliśmy się jedzenia z Pølsekiosken. Najpierw poobserwowaliśmy, co biorą ludzie. Potem, za namową pewnej kobiety, która twierdziła, że nie spróbować od nich jedzenia, to jak nie być w Danii, odważnie zakupiliśmy dwa, coś takiego podobnego do hot-dogów. Z tym, że moja kiełbaska była nienaturalnie długa i czerwona jak rak, i jeszcze jakby poparzona wrzątkiem. Ale w smaku – bardzo dobre. Polecamy. No i w końcu widzieliśmy sporo ludzi, których tak mało było z dala od miast.

Oznakowana ścieżka rowerowa zaczęła nas dziwnie prowadzić. Kluczyła dość mocno i mocno odwiodła nas od głównej arterii, choć nawigacja w pełni się z nią pokrywała. Dzięki temu zobaczyliśmy osiedle z okrągłym wieżowcem. Rozwiązanie dość nietypowe w Polsce ale w Danii, całkiem, całkiem. A potem miałem okazję zobaczyć pewnego człowieka, który zajmował się zielenią, między blokami mieszkalnymi. A tej zieleni było naprawdę duuużo. I ten człowiek, otworzył drzwi swojej furgonetki i wypuścił na trawę drużynę… kosiarek-robotów. Rozjechały się po terenie, każdy na swój odcinek i zaczęły swoją pracę. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy to, czy ktoś aby mu tego nie ukradnie?
W końcu powróciliśmy do głównej arterii, która wiodła do samej Kopenhagi. Choć, przyznam się, nie wiem dlaczego, nawigacja chciała nas tym razem prowadzić z dala od niej. Główna szosa nr 151 wiodła blisko wybrzeża i posiadała piękną ścieżkę rowerową, odseparowaną od jezdni i chodnika. Także rowerkowało się przecudnie, zważywszy, że mieliśmy wiatr w plecy!
Szczerze pisząc, nie zauważyliśmy żadnej różnicy, między przedmieściami Køge a miejscowościami, które mijaliśmy, aż do samej Kopenhagi. To były same domki jednorodzinne. Ciągnęły się bez żadnych przerw. O tym, czy wjeżdżaliśmy do miejscowości, czy z niej wyjeżdżaliśmy, wiedzieliśmy tylko dzięki znakom drogowym. Nic wyróżniającego się nie było widać i nic nam nie zapadło w pamięć. No chyba tylko to, że te wszystkie domki były puste. Przekonaliśmy się o tym, robiąc sobie przerwę na plaży, podczas której zjadłem wczorajszą i wciąż dobrą pizzę. Wtedy też spostrzegłem, że nie uruchomiłem rejestratora jazdy w mapy.cz. Dlatego obrazek z zapisem śladu jest z Aktywne miasta.

Gdy już myśleliśmy, że jesteśmy w Kopenhadze, nasza ścieżka rowerowa powitała nas bramo-blokadą dla ludzi i zwierząt… gospodarskich. To były metalowe rurki, położone w odstępach w poprzek ścieżki i z pustką poniżej. Ludzie przechodzili i przejeżdżali rowerami swobodnie, a kopytne przejść nie mogły. – Jakież to zwierzęta tu trzymają? – dziwowałem się na głos. No i za chwilę wjechaliśmy w wolno pasące się stado owiec (filmik). Nie bały się nas wcale. Mieliśmy już takie doświadczenia z Polski i Niemiec, ale zaskoczyło nas, że gołym okiem widać było bloki mieszkalne, a obok była też autostrada? No ale czyż nie po to przyjeżdża się do obcych krajów? Dopiero, kiedy wyjechaliśmy przez drugą bramo-blokadę gospodarską, zauważyliśmy drogowskaz dla rowerów. Do Kopenhagi zostało 11 km.

Od tamtej chwili, mijaliśmy coraz więcej ludzi i aut, ale przede wszystkim, wszelkiej maści rowerzystów. Nawigacja doprowadziła nas do takiej ścieżki rowerowej, która przecinała stolicę z północy na południe, i była całkowicie niezależna od ulic. Wiodła nas przez parki i skwery. Co chwila przejeżdżaliśmy pod jakimś małym wiaduktem, tylko dla rowerów. Choć ścieżka nie była za szeroka, to miejscowi pędzili na rowerach, jak opętani. Powstrzymywały ich tylko światła na skrzyżowaniach. Za to 90 procent z nich, przed zatrzymaniem się, podnosiła lewą rękę w górę. Prosty znak podnoszący bezpieczeństwo jazdy. Rowerzystów i parkingów pełnych rowerów było coraz więcej i więcej. W końcu zrozumieliśmy, że rowerzystów było całe morze, a do ich dyspozycji było drugie morze ścieżek rowerowych! A ta nasza ścieżka, doprowadziła nas prościutko do adresu naszego noclegu. Nawet nie wiedzieliśmy, kiedy wjechaliśmy do Kopenhagi.

Hostel zaoferował nam może niezbyt wygórowane warunki do spania, ale mieliśmy odrębną łazienkę, która wcale nie była taka oczywista. Obiekt posiadał także mnóstwo pokoi bez łazienek. Nasze rowery wylądowały w obszernej bagażowni, dostaliśmy kod QR na śniadania i zeszliśmy na poziom -1. Nasz pokój był poniżej gruntu ale miał dość spore okno, przez które widać było tylko niebo. No, ale w tym pokoju mieliśmy tylko spać, i to w nocy.
Pomimo najdłuższego odcinka podczas tej wyprawy, w ogóle nie czuliśmy zmęczenia. Jutro dzień odpoczynku od siodełek i zwiedzanie miasta.


