Dzień 5. Sjolte Strandhuse – Holtug. 49 km.

10 czerwca 2024 r.

Sjolte Strandhuse – Leestrup Strand – Store Ellmue – Faxe Ladeplads – Lille Torøje – Lund – Rødvig – Hawk Battery Stevns Fort – Højerup – Stevns Klint – Højerup – Store Heddinge – Sigerslev – Holtug.

Promocje od samego rana! Nie dość, że pogoda zafundowała nam piękne słońce i silny wiatr w plecy, to jeszcze w restauracji zaserwowano nam przepyszne śniadanie. Oj długo i miło będziemy wspominać to miejsce.

Tego dnia nie musieliśmy się spieszyć. Mieliśmy także nadzieję na częstszy kontakt z ludźmi po drodze. Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, dzisiejsza ścieżka rozpoczynała się pomalowanymi na kolor ceglany, dwoma poboczami (filmik). Jechało się przecudnie!

Gdy dojechaliśmy do Faxe Ladeplads, zatrzymaliśmy się na parkingu, nad samą plażą, naprzeciwko domu, z trawą i mchem na dachu. To było chyba takie miejsce, gdzie zatrzymywali się wszyscy, choćby tacy jak my, na kilka fotek. Pogoda ładna to i zdjęcia też wyszły ładne.

Faxe Ladeplads

W tym punkcie był doskonały widok na miejsca, skąd jechaliśmy i dokąd zmierzamy (filmik). A to miasteczko w nazwie miało słowo, które kojarzyło mnie się z piwem. Szczególnie, kiedy byłem o wiele młodszy. Sprawdziłem. No i oczywiście, przeczucie mnie nie myliło. Kiedyś to piwo było synonimem dobrej jakości. Dzisiaj, niestety nie wiem. Chcieliśmy także zrobić zakupy w dyskoncie ale okazał się być dopiero zatowarowywany, o czym po polsku, obwieściła nam przypadkowo napotkana kobieta. No tak, już wcześniej zauważyliśmy, że „Polacy są wszędzie!”. Zatrzymaliśmy się paręset metrów dalej, w samym centrum. Ania poszła na zakupy wód i minerałów, a ja przyglądałem się życiu napotkanych ludzi. Po 5 minutach obserwacji, wyraźnie zauważyłem, że nie towarzyszył im żaden pośpiech. No chyba, że spowalniał ich ten silny wiatr?

Następny przystanek zrobiliśmy sobie w Rødvig. Minęliśmy stację kolejową, która wywołała u mnie zaciekawienie, i zajechaliśmy do parku, w samym centrum, by nieco się posilić. To miejsce było stworzone dla takich jak my. Stało tam parę drewnianych stołów z ławami.

Rødvig. Widok na nie-latarnię.

Przy jednym z nich siedziała para rowerkowców, których TIR-y były jeszcze większe niż nasze. No może nie rowery, tylko objętość sakw i worków, i w ogóle, same ładunki były potężne. A na jednym z bagaży zatknięta była flaga Kanady. Chcieliśmy usiąść przy innym stole ale starsza od nas para zaprosiła nas do siebie. No to zrobiło się międzynarodowe, drugie śniadanie. Jak zwykle padły pytania skąd i dokąd. Okazało się, że Kanadyjczycy spakowali rowery i bagaże do samolotu, przylecieli do Kopenhagi, i w ramach wypoczynku objeżdżali Danię dookoła, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. To były ich ostatnie dni podróży. Wracali do Kopenhagi, by ponownie załadować się do samolotu. Patrząc na ich pokaźne bagaże, zapytałem ile waży cały ich ładunek. Odpowiedź była zawadiacka, jak oni sami: – Za dużo! Podróżowali z namiotem i korzystali z programu dla rowerzystów Warmshowers, ale nie jestem pewny, czy dobrze zapamiętałem. Pozdrawiamy Was i do zobaczenia na szlaku!

Tak dobrze nam się gadało, że i rozjeżdżać się nie chciało. Ale tak oni i my, zmierzaliśmy do takiego miejsca, podobnego do polskiego Trzęsacza, czyli do kościółka w Højerup. No to pewnie i spotkamy się na szlaku jeszcze raz. Ostatnio moja teoria, że każdego rowerzystę na szlaku, spotyka się dwa razy, zdecydowanie się sprawdzała.

Rødvig. Spotkanie z Kanadyjczykami.

Po drodze wstąpiliśmy do starej bazy wojskowej, w której zgromadzono także eksponaty zdecydowanie niepasujące do tego miejsca. A ponieważ nie mogliśmy zwiedzić bazy na rowerze, nie zdecydowaliśmy się.

Stara baza wojskowa.

Po sześciu kilometrach, dojechaliśmy do słynnego w całym świecie, protestanckiego kościółka w Højerup, o którego istnieniu oczywiście my, w ogóle nie wiedzieliśmy. Oczywiście, że spotkaliśmy tam poznanych wcześniej Kanadyjczyków! No to poszliśmy pozwiedzać. Kościółek okazał się być ocalonym przez Duńczyków, kamiennym budynkiem, na wysokim klifie. Z kolei klify te, zostały wpisane na listę UNESCO. Ten kościół, to coś podobnego do naszego polskiego Trzęsacza, z tą różnicą, że ten duński został ocalony przez zawaleniem się w morze i stał zdecydowanie wyżej. Widocznie duńskiemu duchownemu nie przeszło przez myśl, by więzić syrenę. Kościół z zewnątrz wyglądał najnormalniej na świecie. W środku dość zaniedbany ale w kościołach protestanckich nie dbają raczej o złoto i złocenia. Cała magia zadziała się po przekroczeniu drugich drzwi, koło ambony. To tam wychodziło się wprost nad urwisko. W tym miejscu nowożeńcy z całego Świata, dokumentowali fotograficznie zmianę swojego stanu cywilnego. Dla nas, również było to jak przejście do innego świata. Oto z zaniedbanego wnętrza ciasnego kościółka przechodziłeś na taras, z przepiękną panoramą na nieokiełznany żywioł Bałtyku. Polecamy każdemu. Tym razem nie schodziliśmy po schodach na dół. Te klify nie były tak ładne, jak te na wyspie Møn.

Ze względu, że nasz dzisiejszy nocleg wypadał nam w agroturystyce, i w miejscowości bez sklepu, postanowiliśmy zmodyfikować naszą trasę, i przejechać przez Store Heddinge. A po drodze, zupełnie przypadkowo, natknęliśmy się na PRL! No niby daleko od Polski, a tu proszę. Wciąż żył i miał się dobrze!

PRL w Danii ma się wciąż dobrze!

Zajechaliśmy w miasteczku do najlepiej ocenianej w mapach pizzerii, w samym centrum. Obsługiwało nas pięciu Turków, tzn. trzech przygotowywało pizzę, jeden był kelnerem, a jeden kierownikiem. No i tak cyzelowana pizza była rzeczywiście przepyszna. Nie daliśmy rady jej zjeść w całości, bo była pokrojona na 8 a nie na 4 części ;-), więc resztę zabraliśmy ze sobą.

W Holtug bez problemu znaleźliśmy nasz nocleg. To miejsce prowadzone przez Dunkę i Holendra było przykładem niesamowitej wręcz aranżacji starego gospodarstwa na agroturystykę. Przed naszą częścią starej stodoły, zbudowano ogromny taras z wielkim stołem. Gdy tylko zaprowadziłem rowery do szopy, usiedliśmy tam na odpoczynek. Nad nami śpiewały duńskie ptaki, choć śpiew miały taki sam, jak w Polsce. Szczególnie kosy!

Właścicielka okazała się być bardzo kontaktową kobietą. To od niej dowiedzieliśmy się nie tylko o historii tego gospodarstwa, ale także dlaczego w w Danii za dnia tak mało widać ludzi i dlaczego pary z całego świata biorą ślub w kościółku w Højerup. Na końcu dostaliśmy zaproszenie do ich prywatnej piramidalnej szklarni, czyli jadalni. Mnie najbardziej się spodobała wspólna kuchnia i skrzypiąca podłoga w naszym pokoju. No i w końcu, przez cały dzień, spotkaliśmy więcej osób, nawet takich do pogadania.

A ptaki śpiewały, a gdzie tam, darły się tak, jak to mówi Ania, jakby miały za to płacone w dolarach.

Jutro czekał nas najdłuższy etap. Do Kopenhagi.

Jedna uwaga do wpisu “Dzień 5. Sjolte Strandhuse – Holtug. 49 km.

Dodaj komentarz