9 czerwca 2024 r.
Elmelunde – Landsled huse – Keldby – Stege – Lendemarke – Tjørnemarke – Koster – Kalvehave – Viemose – Sageby – Sandvig – Kragevig – Skibinge – Præstø – Bredeshave – Sjolte Strandhuse.
Ta noc była bardzo dziwna. Niby byliśmy wyspani, ale jakiś taki w głowie mętlik… Na ten dzień mieliśmy trochę chytry plan, związany z pogodą. Oto w prognozach, przeglądanych jeszcze wczoraj, pojawiły się wysokie kreski opadów deszczu. Coś tak koło godziny 1300. No ta Ania zarządziła wcześniejsze śniadanie i wyjazd. Tak, żeby może zdążyć do następnego miejsca noclegu przed deszczem. No niby proste, tylko… No właśnie. Na zewnątrz wiało. Właściwie to nie wiało, tylko p……o jak w kieleckiem. I to idealnie z zachodu. I to nie był jednostajny wiatr, tylko porywisty. Małym pocieszeniem było to, że tylko jakieś 14 km mieliśmy jechać na zachód. Potem skręcaliśmy na północ i powinniśmy mieć wiatr z boku. Była więc jakaś nadzieja…
Śniadanie zjedliśmy w naszym pensjonacie. Było smaczne ale zeszło się nas za dużo na raz i pojawiały się puste półmiski. Obsługa była niespieszna w uzupełnianiu. To chyba było to duńskie Hygge? Jednak, jak sobie założyliśmy, by ruszyć w okolicach godziny 0900, tak się właśnie udało. Gdy tylko ruszyliśmy z Elmelunde, od razu się zatrzymaliśmy i założyliśmy na siebie przeciwdeszczówki, które dawały bardzo dobrą izolację od wiatru. I to pomimo słońca. Powolutku, z prędkością około 11 km/h, dojechaliśmy do Stege. Szybciej się nie dało! W mieście przejechaliśmy przez jedyny most, który kiedyś był chyba zwodzony, i zajechaliśmy do sklepu, uzupełnić napoje i energetyki. Miało być hardkorowo, to i w bidonach i sakwach musi być zapas energii.
Coś około 12 kilometra, hen daleko po prawej stronie, zauważyliśmy most królowej Aleksandriny. Pomimo dużej odległości, od razu było widać, że most był prze-o-grom-ny! Już budził respekt a dodatkowo i trochę obaw.

Most stał w osi północ-południe, będzie zatem wiało na nim z boku, czyli… nie będzie bezpiecznie. I choć zalicza się do najpiękniejszych mostów w Danii, to nasze obawy lekko przewyższały zachwyt. Na osłodę, pojawiła się przed nami nowiuśka rowerostrada, czyli ścieżka rowerowa z przerywaną linią pośrodku i szeroka na cztery rowery. Byłem bardzo zadowolony, bo na zdjęciach map Google, ścieżki jeszcze nie było a mapy.com twierdziły, że była. I mieli rację.

Zanim dojechaliśmy do mostu, dogoniliśmy parę rowerzystów, z dziecięcą przyczepką z Francji. Mama, tata i dwójka maluchów plus namiot. Wyruszyli z Francji, przejechali Belgię, Holandię i Niemcy, a zmierzali do Kopenhagi. Kawał drogi a mimo to dzieci wcale nie wyglądały na znudzone. Ich mama powiedziała tylko, że często się zatrzymują, bo dzieci chcą raz to, a raz tamto. Wyraziliśmy nasz podziw, że robią wspólnie taką trasę. Na to oni, że tylko wprawka do jeszcze dłuższej w przyszłości. Nie chcieli jednak powiedzieć dokąd…
Wjazd na most nie należał ani do łatwych, ani przyjemnych. Było ostro pod górę (filmik), a nieprzyjemnie robiło się wtedy, gdy obok przejechał TIR albo autobus. Wtedy nagle odcinało nam podmuch wiatru, a gdy wielkogabarytowe auto przejechało, dmuchało jakby w dwójnasób. Rzucało nami po całej szerokości ścieżki. Było bardzo niebezpiecznie! Lepiej było prowadzić rower, niż nim jechać. Z wielką ulgą powitaliśmy drugi brzeg i kolejną wyspę, tym razem Zelandię. Gdy tylko wjechaliśmy do Kalvehave, zrobiłem ostatnie zdjęcie na ten most, który tak nas zaskoczył. Chwilę potem, dla odreagowania emocji, stanęliśmy na mały postój.

Wszystko wskazywało, że jeśli utrzymamy tempo jazdy, do naszego miejsca noclegu zdążymy przed deszczem. Dlatego nie wjechaliśmy do centrum Præstø, tylko przejechaliśmy opłotkami. W międzyczasie zmienił się wiatr na południowo-zachodni i od tamtej chwili wiało nam dosłownie w plecy. Jakaż ulga! Normalnie żyć nie umierać. Pędziliśmy naszymi „TIR-ami” 25 km/h bez większego wysiłku, po dość ciekawej jezdni. Pobocza dla rowerzystów wyrysowane były przerywanymi liniami i czasami pomalowane na pomarańczowo, ale dla samochodów był tylko jeden pas. Dwa samochody, by się minąć, wjeżdżały na pasy dla rowerzystów. Taka to duńska idea.

Do hotelu zajechaliśmy bez zwłoki. Zaparkowaliśmy rowery w szopie w podwórzu i weszliśmy do restauracji. Właściciel obiektu okazał się być bardzo uprzejmym i gościnnym człowiekiem. Przyjechaliśmy za wcześnie i zaproponował, byśmy w oczekiwaniu na przygotowanie pokoju, skorzystali z obiadowego menu. Usiedliśmy, zamówiliśmy i wtedy lunęło. Padało rzęsiście przez cały nasz obiad. Poczuliśmy się, jakbyśmy wygrali piątkę w totka! A do tego obiad był przepyszny! Ten obiekt był bardzo przyjazny rowerzystom.
Siedzieliśmy w ciepełku, popijając piwo, a przed nami roztaczał się widok deszczowo zasnutego fiordu Præstø. Sielanka jak nic! Pomimo, że ten etap nie był długi, to od wiatru i wrażeń na moście, byliśmy dosłownie zmęczeni. Sprawdziłem prognozę na następny dzień i okazało się, że jutro, wciąż silny wiatr, będzie nam sprzyjał do końca dnia. I to była nasza dodatkowa nagroda! Jak kiedyś końcówka banderoli w totka!
