Dzień 3. Liseby – Klify Møn – Elmelunde. 47 km.

8 czerwca 2024 r.

Liseby – Hjelm – Lille Bissinge – Bissinge – Tøvelde – Svensmarke – Tåstrup – Keldbylille – Hovmarken – Råbymagle – Busemarke – Mandymarke – Busene – Møns Klint – Sømarke – Stubberup – Ålebæk – Borre – Elmelunde.

Obudziliśmy się bardzo wypoczęci i pełni chęci do wjechania na szczyty słynnych klifów na wyspie Møn. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę. Niestety, całkiem mocno wiało z zachodu. O ile do klifów, wiało nam w plecki, to po klifach, nasz plan podróży zakładał jazdę idealnie pod wiatr. Czyli lekko nie będzie. Do tego miał być upalny dzień. Trudno. Nie pierwszy raz nasze TIR-y (Torby i Rower) dawały nam potężny współczynnik Cx.

Coraz wyższy brzeg

Generalnie, plan zakładał podążanie wzdłuż EV 10, ale czasem nasza nawigacja mapy.cz wskazywała nam inną trasę, i to całkiem sensowną. Czasem przyłączała się EV7, ale tylko na krótkie chwile. Powoli, wspinaliśmy się na ponad 70 m.n.p.m. Teren coraz bardziej się fałdował, a z lądu, zalesioną górę widać było z całkiem daleka.

Dojechaliśmy do takiego punktu na 10 kilometrze, w którym byliśmy o rzut beretem od miasta Stege. Nasza trasa jednak ciągnęła po drugiej stronie jeziora. I zrobiło się nam zdziebko przykro, bo chciało się nam trochę do ludzi. Tak po prostu. Gdy jedziesz przez Danię, ludzi mało, rowerzystów mało, przejeżdżasz przez wioski i ni żywego ducha. Czasem tylko widać rolników na polach, którzy pracują na dość nowoczesnym sprzęcie. I tyle. Więc gdy zatrzymaliśmy się następnym razem na 20 kilometrze, by zrobić parę zdjęć na morze, jadąca samochodem Dunka zatrzymała się i zapytała, czy może nam w czymś pomóc. Pomyślałem wtedy „Wystarczy, że pogadamy” ale przez usta mi to nie przeszło. Pani Dunka ochoczo opowiadała, i że ona też jeździ na rowerze. Długo jednak nie pogadulaliśmy, bo nadjechał jakiś samochód. Asfalt był wąski i uśmiechnięta kobieta musiała odjechać. Ale zostawiła w nas przekonanie o serdeczności ludzi żyjących na tej wyspie.

A kiedy stanęliśmy na mały odpoczynek, zatrzymał się koło nas biały, towarowy bus. Uchyliło się okno i jeden z dwóch młodych facetów w środku, zapytał:

– A dokąd to jedziecie? – Zwrócił się do nas pasażer czystą polszczyzną i szerokim uśmiechem.

– Ja piętrolę! – Ucieszyłem się zdziwiony słysząc język polski – To my tu prawie żywego ducha nie widzimy, jakby się pochowali po domach, a tu proszę! W krzakach przy drodze i jeszcze po polsku!?!

No i wywiązała się rozmowa. Oni wypytali co my tu zamierzamy, a my ich, co oni porabiają. Nie wiedziałem, jak długo trwała nasza rozmowa ale jak tylko odjechali, przyszła mi do głowy jedna myśl – „Polacy są wszędzie!”. Po tej rozmowie, wstąpiły we mnie dodatkowe siły do pedałowania.

Od 25 kilometra, zaczął się podjazd (filmik) . W lesie skończył się asfalt i jechaliśmy po dobrym i szerokim szutrze. Na końcówce przed parkingiem przy klifach, było już ostro pod górę. A gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, to jakby wszyscy turyści na raz, pojawili się w jednym miejscu. Na parkingu rowerowym jakieś 20 rowerów. Na samochodowym pełno kamperów i osobówek. Człowieków jak mrówków!

Skuliśmy rowery ze sobą, zabraliśmy tylko ważne rzeczy i picie, i poszliśmy do schodów, prowadzących do podnóża najwyższych na Bałtyku klifów. Przyznaję, że po 150 schodach w dół pożałowałem, że nie zmieniłem butów na zwykłe. Odważnie stąpałem na rowerowych butach MTB z blokami SPD. Z góry było jeszcze znośnie, a do pokonania było w sumie ponad 900 stopni! Jeszcze schodząc w dół, można było podziwiać pierwsze, zachwycające widoki. Nie dość, że te ponad 120 metrowe kolosy, robiły wrażenie ogromnie wysokich, to całe były białe. Na dodatek, woda w Bałtyku, jakieś 100 m od brzegu, też była biała jak mleko (filmik). I znowu poczuliśmy się malutcy jak mrówki. Takich widoków nie sposób zapomnieć! Koniecznie zabierzcie ze sobą ciemne okulary w słoneczne dni. Biel kredy ostro wdziera się do oczu!

Powrót na górę, na raz nam się nie udał. Za dużo schodów. Na szczęście, co chwila stała jakaś ławeczka. Na górę weszliśmy trochę zziajani. Od razu poszliśmy do restauracji, która mieści się w wielkim betonowym blokhausie, nad centrum naukowym GeoCenter. Musieliśmy się posilić. Musieliśmy także nieźle się naczekać. Pomimo elektronicznej rejestracji posiłków, nasz pominięto. W ramach przeprosin zaoferowano nam muffinki. Po typowym duńskim posiłku poszedłem jeszcze na szczyt jednego z klifów. Jednak widok z góry nie był tak imponujący jak ten z dołu.

Gdy tylko wsiedliśmy na rowery, od razu zwiodło nas źle oznakowanie EV10. Niechcący wjechaliśmy na trasę MTB. Szybko wycofaliśmy się więc na szuter i od tamtej chwili, 9 km jechaliśmy z górki.

Oznaczenie EV 10

Ale żeby nie było nam za dobrze, od wtedy jechaliśmy idealnie pod dość silny wiatr. I nasze TIR-y z wielkimi sakwami, nie dały nam wycisnąć więcej niż 11 km/h. Dojechaliśmy umordowani do miejscowości Borre, w którym na szczęście był też i sklep. Uzupełniliśmy wszelkie zapasy picia i niezdrowych węglowodanów, a ja dodatkowo, jako pierwszy „czereśniak” w rodzinie, nie omieszkałem kupić i skosztować tych moich ulubionych owoców. Ciul, że nie wiadomo z jakiego kraju i drogie. Nagroda musiała być! Swoją drogą, wszyscy, którzy byli na klifach, jakimś dziwnym trafem zjeżdżali do tego, jedynego w tej okolicy, sklepu!?!

Niecałe 4 km później, piękna ścieżka rowerowa obok szosy doprowadziła nas obok kamiennego kościoła, do naszego miejsca noclegu. Rowery wylądowały w zadaszonej szopie przed budynkiem, a my weszliśmy do wielkiego pensjonatu. Bardzo miła, starsza pani, opowiedziała nam o wszystkim, co powinniśmy byli wiedzieć. I tu po raz pierwszy zetknęliśmy się z pytaniem, czy chcemy wypożyczyć pościel i ręczniki, za dodatkową opłatą. Zaskoczeni nie byliśmy, bo w opisie pensjonatu wyraźnie było to zaznaczone ale i tak, była to dla nas sytuacja niecodzienna. Niecodzienne były też stopery do uszu na korytarzu. Gdy weszliśmy do pokoju, jorgnęliśmy się, po co te korki do uszu. Wszystkie drzwi od pokoi, miały tak coś ze 2 cm prześwitu od podłogi. No to, gdy zapadnie mrok i ludzie zaczną spać, wtedy ja na pewno zacznę chrapać. I ten odgłos, wzmocniony korytarzowymi lamperiami, poniesie się po wszystkich pokojach na korytarzu, a może nawet i piętrach! I po to były te stopery. A ponadto, w naszym pokoju był interkom. Bardzo stary, niejednokrotnie pomalowany i nieczynny. Do tego wspólne łazienki i toalety. Wspólna była też kuchnia. A więc, znaleźliśmy się w dawnym szpitalu! Może nawet psychiatrycznym!?! Taką założyłem tezę, z którą Ania stanowczo nie chciała się zgodzić. No cóż, jak przygoda, to tylko… na wyspie Møn!

Wieczorem, z koszyczka na korytarzu, zniknęły wszystkie korki do uszu. Jakby przeczuwali, że przyjechałem…

Dodaj komentarz