Dzień 2. Marielyst – Liseby. 55 km.

07 czerwca 2024 r.

Marielyst – Ulslev – Hesnæs – Ore – Stubbekøbing Nyby – Bogø – Hårbølle – Liseby

Śniadanie zrobiliśmy sobie sami z zakupów poczynionych wczoraj w markecie. Składniki, jak w Polsce, za wyjątkiem bułek, które były do niczego niepodobne. Najważniejsze, że pożywne.

Przy wyjeździe, zostawiliśmy klucz na stole, jak prosili gospodarze. Pożegnania nie było. Pogoda dopisywała, więc nie było co zwlekać.

Uliczka w Marielist

Ruszyliśmy oznakowanym szlakiem na północ. Najpierw asfalt, a potem bardzo dobra szutrowa droga.

Zrobiło się pięknie, kiedy jechaliśmy przez stary las, tuż nad brzegiem morza, które całkiem niedawno, przy pomocy sztormu, powaliło mnóstwo wielkich drzew. Widać, że w tym miejscu Bałtyk powoli trawi Danię. Ale widok – bezcenny!

Szlak tuż przy Bałtyku

Przejechaliśmy też obok typowych, starych, duńskich zabudowań gospodarskich. Niestety, nie mijaliśmy ich dużo. Zabudowań było bardzo mało, a ludzi to już wcale nie było widać. Ale najbardziej zdziwił mnie brak napowietrznych linii energetycznych. Wyglądało na to, że wszystkie volty biegły pod ziemią. No i chyba nikt nie miał problemów ze słupem na polu.

Duńskie gospodarstwo

W Hesnæs przejeżdżaliśmy obok mariny. Trzeba przyznać, że gęstość miejsc z jedzeniem jest tak rzadka, że dobrze mieć przy sobie prowiant i picie. Jak się okazało, czasem można jechać cały dzień i nie zobaczyć żadnego sklepu!

W pewnym momencie przejeżdżaliśmy koło dość pokaźnej szkoły. Na okazałym budynku widniał napis Næsgaard Efterskole. Ta końcówka -gaard od razu nasunęła mi na myśl pewną powieść Tolkiena. Ciekawe którą? Zgadniecie? Chwilę potem, jadąc zgodnie z oznaczeniami szlakowymi, dojechaliśmy do miejsca nad samym morzem, zagrodzonym barierą. Za barierą widać było, że sztorm zabrał nie tylko kawałek plaży, ale także i szosę, i to w kilkunastu miejscach. Miałem nadzieję, że jednak uda nam się przemknąć bokiem. Z tego właśnie miejsca, szedł ku nam tubylec. Starszy, nieogolony pan. Zapytałem, czy widzi szansę dla nas na przedostanie się tamtędy. Kategorycznie zaprzeczył. Wyrwy były tak wielkie, że ledwo można było piechurowi przejść, o rowerze nie wspominając. Podziękowałem, za informację i wtedy on zagadnął nas. A skąd jedziemy, a dokąd, gdzie się zatrzymamy? Po czym poinformował nas, że w pobliskim Stubbekøbing, dzisiaj rozpoczyna się trzydniowy festiwal. Jak nam powiedział, miało się zjechać mnóstwo ludzi i mieli śpiewać i pić piwo przez trzy dni. Bardzo mnie to zdziwiło. Szczególnie to „mnóstwo ludzi”. Jak do tej pory, widzieliśmy może z 10 osób. Ale, trzeba przyznać, że ten Duńczyk (nie mylić z Va Bank), był bardzo pozytywnie nastawiony i otwarty!

Stubbekøbing powitało nas jakby było niedzielne przedpołudnie. Pustawe uliczki i rynek. Trochę nabrałem ochoty na ten festiwal, ale najpierw zajechaliśmy do portu, gdzie stał już prom, a jednoosobowa załoga pokładowa, wyraźnie szykowała się do odpłynięcia. No i momentalnie zapomniałem o festiwalu. Za to gorączkowo szukałem automatu biletowego. Z internetu wiedziałem, że biletów nie kupisz na promie. Jednoosobowa załoga widząc, że się nerwowo rozglądamy, wyraźnie wskazał, że automat stoi wewnątrz drewnianej wiaty. Rzeczywiście, ktoś go tam sprytnie ukrył. Szybko kupiłem bilety i wpuszczono nas na zabytkowy prom. Tak szybko, jak wjechaliśmy do miasta, tak szybko go opuściliśmy. Wyspa Falster została za nami.

Znaleźliśmy się za to na pokładzie drewnianego i pięknie odrestaurowanego promu „IDA”. Na ten kurs załapało się pięć osób na rowerach. Silnik pracował miarowo i wydawał jeden z najprzyjemniejszych odgłosów, jakie słyszałem. Takie wolne pykanie. Świeciło słońce a widok spomiędzy wysp był wyjątkowy. Polecamy! Koniecznie sprawdźcie rozkład kursów.

Na wyspę Bogø przypłynęliśmy zdecydowanie za szybko. Przeprawa tym ładnym promem mogłaby trwać o wiele dłużej. A ponieważ woda zawsze przywołuje głód, zaraz po desantowaniu, zaczęliśmy się rozglądać za żerem. Zajrzałem do map w telefonie. Okazało się, że 10 metrów od nas powinna być piekarnia z bardzo dobrymi ocenami. Uniosłem wzrok… i nic nie zobaczyłem. Tam był tylko jeden budynek, więc piekarnia musiała tam być. Poszedłem, a i tak nie od razu trafiłem w dobre wejście. To chyba taka duńska przekora, nieafiszowanie się? Gdy już udało mi się wejść, zobaczyłem tradycyjną piekarnię, w której uwijały się trzy osoby. Cała produkcja chlebków, bułek i pizzerko podobnych wypieków, działa się na oczach kupujących. Na mnie wrażenie od razu zrobiła foccacia, którą zakupiłem. To znaczy, myślałem, że to po prostu pizza na grubym cieście, ale Ania od razu pojaśniła mi horyzonty. Usiedliśmy na nabrzeżu i wrąbaliśmy wszystko do ostatniego okruszka. A potem, zakupiłem kolejne na wieczór. Takie, Panie, były pyszne!

Zanim wsiedliśmy na rowery, spojrzałem na mapy. Okazało się, że teraz powinniśmy zajechać do sklepu, bo aż do miejsca naszego noclegu, nie natkniemy się po drodze na kolejny. A pić trzeba! No to zamiast szlakiem na wschód, pojechaliśmy pod górę, do centrum, na północ. A tam natknęliśmy się na kolejny, przepiękny wiatrak, który był fotografowany przez innych rowerkowców. Te, zrobione wtedy zdjęcia, do dziś zdobią ścianę naszego domu.

Wiatrak w Nyby

W sklepie zakupiliśmy wszystko, co było nam potrzebne na ten dzień oraz na śniadanie. No i pierwszy raz w tym roku, kupiłem w sklepie czereśnie. Taki ze mnie właśnie czereśniak! Uwielbiam! Już nieco ciężsi, wracaliśmy do szlaku ale okrężną drogą przez las. I to też był strzał w dziesiątkę. Po drodze, z góry, mieliśmy piękną panoramę na sąsiednie wyspy. No i przyszedł czas na jedną z atrakcji naszej wyprawy. Przejazd po grobli na Bałtyku! Tak, tak. Grobli! No gdzie takie rzeczy, jak nie w Skandynawii? Jezdnia, a po prawej i lewej – Bałtyk! A po przejechaniu krótkiego mostu, opuściliśmy maleńką wyspę Bogø i znaleźliśmy się na wyspie Møn.

Maki na Bogø

Od teraz, aż do miejsca naszego noclegu, nie zobaczyliśmy żywego ducha, nie licząc tych w pięciu samochodach. Tak właśnie wygląda Dania za dnia. Minęliśmy jeszcze kościół obronny i powoli dojechaliśmy do miejsca naszego noclegu, który okazał się być bardzo przyjazny rowerzystom. Wspólna łazienka (raczej norma w Danii) i przestronna kuchnia, wyposażona we wszystkie małe i duże AGD, z chłodziarką do wina włącznie. A w łazience to ho, ho! Od wielkiej, podwójnej kabiny prysznicowej po podwójną wannę z bąbelkami. Bardzo miły pan manager. Proponował nawet użycie małego basenu, który wieczorem miał wodę w 30 stopniach Celsjusza. A do tego ogromny taras ze meblami ogrodowymi i masę zieleni, po której uwijały się kosiarko-roboty. Jako że byliśmy tuż przed wysokim sezonem, w całym obiekcie była jeszcze tylko jedna osoba. Żyć, nie umierać!

To była bardzo dobra baza wypadowa do jutrzejszego ataku na białe klify.

2 uwagi do wpisu “Dzień 2. Marielyst – Liseby. 55 km.

Dodaj komentarz