Dzień 1. Rostock – Gedser – Marielyst. 27 km.

6 czerwca 2024 r.

Rostock Gedser – Gedesby – Nykøbing Strandhuse – Marielyst.

Zjedliśmy bardzo dobre śniadanie, podawane przez obsługę. Potem niespiesznie się spakowaliśmy, gdyż nasz prom odpływał o 1310. Ruszyliśmy zatem pozwiedzać trochę Rostock.

Gdzie nie spojrzeliśmy, zawsze coś przykuło nasz wzrok. A to nietypowa fontanna, a to katedra z kozą nieopodal, a to znowu piękne kamienice. Zresztą, nie chcieliśmy się za bardzo szwendać. Rostok obejrzymy dokładniej, gdy będziemy w przyszłości tędy przejeżdżać jeszcze raz, domykając pętlę wokół Bałtyku.

W tym dniu najważniejszy był prom i to nie tylko z powodu zaokrętowania. Najwięcej obaw przed tym pływającym monstrum miała Ania. Jedni mają obawy przed lataniem, inni boją się pociągu, a Ani wypadł prom. W tym przypadku było nieco lepiej, gdyż widok z promu na brzeg nieco dodawał otuchy. No cóż, trzeba będzie trochę poćwiczyć, bo objeżdżając Bałtyk na kilka razy, promów raczej trudno uniknąć.

W trakcie planowania wyprawy, wyczytałem mnóstwo wpisów internetowych o tym, jak zaokrętować się z rowerami na prom. Szukałem porad i wszelkich wskazówek. Przyznam, że najbardziej lakonicznie opisywali to zjawisko Ci, którzy pędzili wręcz przed siebie, na wypożyczonych do testowania rowerach, z nowiuśkimi i zachwalanymi jako jedynymi w swoim rodzaju sakwami. Aż kłuło moje oczy! Tymczasem my, pomimo że wyposażeni w niezbędną wiedzę, podchodziliśmy do zaokrętowania, jak do jeża. I zupełnie niepotrzebnie!

Z Rostoku do Gedser mieliśmy płynąć promem Scandlines. Na ich stronie znalazłem wszystkie niezbędne informacje dla rowerzystów. Jedyną niedogodnością był obowiązek dość wczesnego przybycia do portu. Ale niech tam… Z Rostoku do terminalu promowego prowadzi piękna, jedenastokilometrowa, czasem odseparowana od jezdni, ścieżka rowerowa.

Rostock – Terminal promowy

Po dojechaniu do budyneczku z kasami, poszedłem zakupić bilety. W okienku przywitała mnie… Rosjanka, która posługiwała się płynnie kilkoma językami. Zanim wydała mi bilety, dość szczegółowo opisała mi procedurę zaokrętowania. Kolorowe linie na asfalcie (jak te w szpitalach) ułatwiały kierunek poruszania. Dla rowerzystów (choć nie tylko) wyznaczono linię żółtą. O wyznaczonej godzinie, na terminalu odpraw (około 150 m od kasy), wyświetliła się informacja o możliwym wjeździe. Tymczasem dojechała do nas niemiecka, żeńska, trzyosobowa wyprawa rowerowa, która chętnie wymieniła się z nami informacjami oraz jednoosobowa, męska, nieznanej nacji i z racji mrukowatości unikała kontaktu z nami. Zatem nie byliśmy sami, a dziewczyny zmierzały dokładnie w tym samym kierunku, co my. W terminalu odpraw sprawdzili nam bilety i kazali na nabrzeżu zająć konkretny pas. Ten pas był przeznaczony tylko dla rowerzystów i motocyklistów. Zanim przypłynął nieco spóźniony prom, na osobnych pasach pogrupowano rowerzystów i motocyklistów, autobusy, ciężarówki i samochody osobowe. Najpierw prom opuściły wszystkie pojazdy, w takim pośpiechu, jakby miał za chwilę zatonąć. Potem pojawił się przed nami pan w kamizelce i oznajmił, że nasz pas wjeżdża jako pierwszy i kazał nam jechać. Do pokonania było jakieś 100 m do promu. Poziom mojej ekscytacji wyraźnie skoczył w górę. U Ani skoczyły za to obawy. W prom, no bo przecież nie na prom, wjechaliśmy bez zatrzymanki. Dopiero w środku można się przekonać, jaki to był wielki moloch! Po trzy pasy ruchu z prawej i lewej strony. Rowerzysta malutki jak mrówka dla człowieka! Nam kazano jechać na sam przód (prom przybił do nabrzeża tyłem). Tylko tam, pośrodku promu, znajdowały się uwiązy dla rowerów (takie jak w miastach). Jako pierwszy dojechał mrukowaty jednoosobowy rowerkowiec i natychmiast zaczął przypinać rower do rurki uwiązu. Choć była piękna pogoda i na morzu nie było dużych fal, wolałem rowery przypiąć do rurek w taki sposób, żeby nie miały zbytniego luzu. Na wypadek kołysania. Ze sobą zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i kurtki. Reszta sakw została przy rowerach. Gdy szliśmy do schodów i windy, już zaczęły wjeżdżać ciężarówki i zrobiło się hałaśliwie i… ciasno! Najważniejsze, żeby przestrzegać zasad poruszania się po promie, wyrysowanych za pomocą piktogramów i linii na pokładzie. Kierowca ciężarówki nie zobaczy ciebie, gdy staniesz przed jego maską! Gdy wchodziliśmy po schodach na wyższy pokład, tam wjeżdżały już samochody osobowe. Na schodach nagle pojawiło się naraz całkiem sporo ludzi, którzy dość szybko wchodzili na najwyższy pokład. Dla większości kluczowy był czas. Im szybciej wszedłeś na górę, tym szybciej zająłeś najlepsze wg Ciebie, miejsca do siedzenia. Ponieważ byliśmy raczej w forpoczcie, do wyboru mieliśmy sporo miejsc. Ania wybrała miejsca siedzące na bakburcie, przy wielkim pleksiglasowym oknie, z małym stoliczkiem. Prom wypełniał się ludźmi, niemalże jak po otwarciu nowego marketu w mieście. Niektórzy polowali na miejsca nad dziobem, przy panoramicznym oknie. Inni szukali tylko miejsca na kanapach, by szybko położyć się i zasnąć. To było polowanie na miejsca, jak nie przymierzając onegdaj, po wejściu do dalekobieżnego pociągu, gdy jeszcze nie było rezerwacji miejsc! Gdy wszyscy już weszli, okazało się, że miejsc do siedzenia było więcej niż ludzi. Na samej górze były też kabiny z łóżkami, czy tam z kojami. Postanowiłem przejść się po pokładach. Okazało się, że spora grupa wykupiła także posiłki i natychmiast pognała do restauracji. Widać, że takich jak my, pierwszy raz, było niewielu. Reszta, bezceremonialnie wykonywała wręcz swój rytuał. Muszę przyznać, że zarówno wyładunek jak i załadunek promu, odbył się w sposób bardzo zorganizowany i niemalże w pośpiechu.

Wyszedłem na najwyższy, otwarty pokład. Tam też były siedzenia i leżaki. Choć na górze nieco wiało i dobrze mieć ze sobą kurtkę, to po zawietrznej było wręcz upalnie! Okazało się, że na pokładzie promu są dwa bary, a nawet bawialnia dla dzieci. Nie spodziewałem się znaleźć tylko bilardu stołowego ;-). Gdy odbiliśmy od nabrzeża, niczego nie poczuliśmy. Nawet gdy prom wyszedł z portu, nie poczuliśmy najmniejszego kołysania. Do końca rejsu, było lepiej niż w pociągu, choć Bałtyk czasem prezentował fale z grzywami.

Rzeczywiście było tak, że gdy zniknął niemiecki brzeg, pojawił się w zasięgu wzroku duński. I Ani było nieco raźniej. W sumie zniosła ten rejs na medal i zdobyła + 10 do doświadczenia. Brawo Ty!

Na pół godziny przed przybiciem, rozległy się zapowiedzi, by opuścić kabiny. Zanim zezwolono nam na powrót na pokłady samochodowe, przed drzwiami ustawiła się kolejka ludzi. Gdzieś ci ludzie musieli się chyba spieszyć?

Drzwi zostały odblokowane i po schodach w dół, ruszyła lawina ludzi. Odpiąłem nasze rowery i stanęliśmy w gotowości do opuszczenia pokładu. Przed nami znowu pojawił się pan w żółtej kamizelce z radiotelefonem. Od razu zapytał dokąd jedziemy i nawet wiedział, patrząc na moją flagę, z jakiego państwa jesteśmy. Zanim rozległ się dźwięk podnoszonej grodzi dziobowej, ciężarówki odpaliły swoje silniki, i zrobiło się i głośno, i smrodno od spalin. Rowerzyści opuścili prom jako pierwsi. Na duńską wyspę Falster wjechaliśmy, jak do siebie. Niestety, ścieżka rowerowa była inna od tej samochodowej, a na naszej drodze była zamknięta bramka. Czekaliśmy jakieś 10 minut, zanim przyjechał człowiek i nam ją otworzył. Może to z powodów bezpieczeństwa? W czasie naszego postoju, wszystkie samochody zdążyły opuścić prom.

Duńskie Gedser powitało nas ulicą utkaną masztami i narodowymi flagami. Prawie, jak na festynie, ale wrażenie było bardzo przyjemne i od razu wiedziałeś, żeś w Danii. Ruszyliśmy w stronę Marielyst. Po drodze wyprzedziliśmy żeńską wyprawę rowerową, która zatrzymała się na posiłek przy jakimś drewnianym, ogólnodostępnym stoliku. Pozdrowiliśmy się jeszcze raz. Mieliśmy nadzieję zobaczyć się znowu. Wszak one też zmierzały do Kopenhagi. Oznakowanie szlaku EV 7 było więcej niż wzorowe. W Gedesby zostawiliśmy Euro Velo 7 (EV7) i wbiliśmy na szlak wzdłuż wschodniego wybrzeża. Naszym oczom ukazał się piękny wiatrak.

Gedesby

Choć wiał wiatr, łopaty śmigieł nie kręciły się. Po jakimś czasie zniknął asfalt i pojawiła się szutrowa, dwuśladowa droga rowerowa, o bardzo dobrej jakości. Jechało się nader dobrze i z lekkim wiaterkiem w plecki. Po drodze wyprzedził nas nieznanego pochodzenia mrukowaty jegomość, widziany na promie. Miał tylko dwie, lekkie sakwy z tyłu. Nam, nie spieszyło się wcale. Za chwilę dojechaliśmy do wału przeciwpowodziowego. Wjechaliśmy na sam szczyt. Bunkrów nie było! Za to naszym oczom znów ukazał się Bałtyk. Piękny widok spowodował, że poczuliśmy zew kręconego, rowerowego koła. Zanim dojechaliśmy do Marielyst, na ścieżce minęliśmy może z 10 osób. Żyć, nie umierać!

W naszym miejscu noclegu, nie zastaliśmy gospodarzy. Przed tarasem, na płocie, wisiała biała kartka z moim imieniem, a w drzwiach był klucz od naszego lokum. Miejsce przy Ørnevej 1, było bardzo przyjazne rowerzystom. W środku Ania znalazła wszystkie potrzebne do pichcenia sprzęty, z mikserem włącznie. Po odświeżeniu się, poszliśmy na zakupy i upolować coś do jedzenia. A w centrum, po raz pierwszy w życiu, zamiast asfaltowej albo jakiejś innej, twardej nawierzchni, chodziliśmy po deptaku z… desek.

Marielyst

Przyszedł tez czas na zakup karty sim do internetu. W centrum, w znanej także w Polsce sieci Netto, nabyłem taką kartę Lycamobile, za 19 duńskich koron (DKK). Dostałem w zamian 5 GB, z tego 3 GB danych w roamingu. Była to zdecydowanie najtańsza oferta. W Polsce dostępna, ale za dużo większe pieniądze. Po powrocie do naszego lokum, zarejestrowałem ją i od tej pory mieliśmy w naszych telefonach dostęp do internetu, także w duńskich lasach. Polecam. Tym bardziej, że tę kartę sim przyszło nam używać później w Szwecji, a nawet w Holandii. Ale o tym w następnych odcinkach…

To nie był jeszcze w Danii wysoki sezon i nigdzie nie było dużo ludzi. Wszędzie wchodziło się z marszu i bez kolejek. Zdecydowanie czerwiec, to dobry czas na wyprawę rowerową po Danii. Jeszcze tylko nauka podstawowych słówek po duńsku, choć wszyscy mówią po angielsku, i możemy śmiało przez Danię pedałować.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz