Dzień 4. Pasawa (Niemcy) – Inzell (Austria). 56 km.

10 czerwca 2023 r.

Pasawa – most nad rzeką Inn – prawy (południowy) brzeg Dunaju: Achleiten Zollamt – Pyrawang – Hütt-Siedlung – Kasten – Roning – Engelhartszell an der Donau – Saag – Ronthal – Kronschlag – Kager – Wesenufer – Schlögen – Inzell – Schlögen – Schlögener Blick – Schlögen – Inzell.

Link do mapy widokowej tutaj.

Ślad etapu z mapy.cz do pobrania tuaj.

    Śniadanie w niezatłoczonym hotelu nawet trochę rozleniwia. Jednak dzisiaj wjeżdżaliśmy na naszą upragnioną trasę wzdłuż Dunaju i trochę nam „chodziły” nóżki pod stolikiem. Potem windą na górę, po rzeczy i windą do garażu, po rowery. Pogoda jak marzenie. Nie za gorąco i bez deszczu.

   Przejechaliśmy przez miasto i dotarliśmy do lewego brzegu rzeki Inn, która niosła mnóstwo gliny albo żwiru i miała beżowy kolor. Poniżej widok, jak się mieszają wody trzech rzek.

Przypadkiem trafiliśmy też na jarmark, ulokowany wzdłuż ścieżki rowerowej. Bibelotów różności wciskały się nam w oczy. Tylko oglądaliśmy.

Lewy brzeg Inn w Pasawie

    Zatrzymaliśmy się na chwilę na środku mostu. Potem skręciliśmy w lewo i starymi jak świat kazamatami, dotarliśmy do starych torów kolejowych, obok których wiodła już ścieżka rowerowa. Papierowy przewodnik podpowiadał nam ten właśnie prawy brzeg. Od tej pory, stawaliśmy co chwila, by zrobić parę zdjęć. Długo nie czekaliśmy i wjechaliśmy do Austrii.

Granica DEU AUT

Potem zauroczyły nas widoki. A to stare, opuszczone zamczysko na szczycie zbocza, urwisko nad Dunajem, pałac, stara warownia albo hodowla saren w ogrodzeniu. Była też i elektrownia wodna z długaśnymi śluzami, obsługującymi te chyba stumetrowe, wycieczkowe statki. A na statkach mnóstwo starszych ludzi.

    W Wesenufer pokonaliśmy niezły podjazd i na szczycie postanowiliśmy nieco poczekać. Przed nami, w poprzek Dunaju siało deszczem. Gdybyśmy przyspieszyli, wjechalibyśmy w sam środek ulewy. A tak, przyszło nam tylko jechać po mokrym asfalcie.

    Co jakiś czas mijaliśmy także domki-wiaty, w których można było oglądać pozostałości po Rzymianach, którzy okupowali te tereny, jeszcze zanim wymyślono rowery.

    W Schlögen postanowiliśmy zjeść posiłek. Zatrzymaliśmy się więc i czekając na austriacki rosół z klopsem, obmyślaliśmy jak tu wejść na Schlögener Blick. To był mój żelazny punkt, który choćby nie wiem co, musiałem zaliczyć. Ania podsunęła bardzo dobry pomysł. Wymyśliła, by pojechać do naszego zajazdu, który był 4 km dalej, zostawić sakwy, wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wrócić rowerami do Schlögen. Wejść na punkt widokowy, zrobić zdjęcia, wrócić po rowery i do zajazdu. Tak też zrobiliśmy.

    Koło informacji turystycznej w Schlögen napotkaliśmy na parę Polaków na rowerach. Byli ze Śląska. Od razu nawiązaliśmy kontakt. Tę parę spotykaliśmy na naddunajskim szlaku jeszcze przez parę dni.

    Do zajazdu Nikolaus zajechaliśmy jako pierwsi i przed czasem. Bardzo miła właścicielka wpuściła nas do pokoju. Szybka zrzutka sakw i ruszyliśmy z powrotem do Schlögen. Rowery przypięliśmy do jednego z wielu stojaków i ruszyliśmy pod górę.

W drodze na punkt widokowy

Miało być 0,5 h marszu. Ale nie z Anią! Do sezonu przygotowała się tak dobrze, że weszła w 20 minut. Mnie przyszło to o wiele ciężej. Widok Dunaju, który zakręcał pod nami o 180o, powalił nas na kolana! Nie mogliśmy się napatrzeć!

Schlogener blick
Schlogener blick

    W drodze na dół, spotkaliśmy podchodzących dziewczynę i chłopaka. Ona szła w klapkach i sądząc po akcencie, była Brytyjką. A już myślałem, że Polka…

    Wróciliśmy do zajazdu. Rowerownia była już pełna, a połowa rowerów to elektryki. Do dyspozycji był także nieźle wyposażony warsztat i stacja ładowania. Właścicielka okazała się być Rosjanką, z którą rozmawialiśmy po rosyjsku i po angielsku. Przygotowała nam przepyszny posiłek, a regionalne piwo okazało się być najpyszniejszym od lat. Długo nie opuszczaliśmy restauracji. Potem rozsiedliśmy się na werandzie. Widok na Dunaj wyciszał wszystkie napięcia. Miejsce idealne na wypoczynek. I bardzo przyjazne rowerzystom.

    Po pierwszym dniu pedałowania byliśmy zachwyceni poziomem utrzymania infrastruktury rowerowej, liczbą dostępnych miejsc odpoczynku i ludzi na rowerach, a szczególnie starszych i zrzeszonych w grupki. My różniliśmy się od 95 % rowerzystów tym, że mieliśmy sakwy, a w nich niecałe 20 kg ładunku. Oni mieli tylko jedną sakiewkę na kilka rowerów. No i 99% z nich nas wyprzedzało. Szczególnie pod górkę. Choć napotkaliśmy też dwa niezelektryfikowane tabuny, ale to nie byli ani Niemcy , ani Austriacy. No i z racji wyeksponowanej przeze mnie polskiej flagi, bardzo często odzywali się do nas nasi. A wtedy zawsze trzeba było pogadać, choćby w czasie jazdy. Szlak oznakowany wzorowo i czuliśmy się na nim bardzo bezpiecznie.


Odkryj więcej z Rowerem z polską flagą

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Jedna uwaga do wpisu “Dzień 4. Pasawa (Niemcy) – Inzell (Austria). 56 km.

Dodaj komentarz