Historie przydarzone jak i zasłyszane
SAINT LUCIA
Na terenie Polski odbywały się ćwiczenia wojskowe brytyjskich żołnierzy, na co dzień stacjonujących w Niemczech. W trakcie ich pobytu na poligonie drawskim, mieli za zadanie m.in. rozpoznać drogi przejazdu wojskowych kolumn pojazdów, z Niemiec do Polski, ale na poligon wędrzyński, na następne ćwiczenia. Tak więc brytyjski żołnierz w stopniu chorążego, o greckim nazwisku Jakiśdopulos, poprosił o pomoc tłumacza w przejeździe samochodem z Drawska, przez przejście graniczne w Kołbaskowie, przez Berliner Ring, przez przejście graniczne w Słubicach, na poligon wędrzyński. Na koniec powrót na poligon drawski. Rano wyjazd, wieczorem powrót.
Rankiem, podjechał wojskowy Land Rover z ciemnoskórym żołnierzem-kierowcą w mundurze, o niebrytyjskim nazwisku. Jakiśdopulos też był w mundurze i miał przy sobie wojskowe dokumenty podróży tzw. NATO Travel Order, które upoważniały personel z imienia i nazwiska w pojeździe i konkretny pojazd, do przekraczania granicy Polsko-Niemieckiej i Niemiecko-Polskiej w określonych miejscach, bez kontroli. Tak, tak. Jeszcze wtedy na granicach były bramki. To było dokładnie w roku 2006, tuż przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej w Niemczech.
Przejazd wojskowym Land Roverem nie należał do przyjemnych. Wszak był to pojazd terenowo-szosowy. Wszystko było za: za głośno, za wolno, za ciepło i za długo. Rozmowa się nie kleiła.
W Kołbaskowie pojazd ominął auta czekające w kolejce do bramek i wjechał na specjalny pas, obsługujący ówczesną strefę Schengen i m.in. takich cudaków, jak wojskowy Land Rover. Bez wysiadania, dokumenty powędrowały do okienka, w którym strażnik rzucił na nie okiem, potem na pasażerów i oddał dokumenty. Szlaban poszedł w górę.
Gdzieś w okolicach obwodnicy Berlina wypadł krótki postój na toaletę i mały posiłek pod żółtym logo. Potem dojazd do Słubic. W międzyczasie Jakiśdopulos robił krótkie notatki. Granica Niemiecko-Polska powitała brytyjski pojazd ćwiczeniami niemieckiej straży granicznej z psami, polegającymi na pacyfikowaniu niegrzecznych kibiców w autobusie zmierzającym na Mistrzostwa Świata. Trzeba przyznać, że kibice inscenizowali niezłą zadymę. To wszystko kręciły telewizje polskie i niemieckie. Do brytyjskiego Land Rovera podszedł polski strażnik graniczny w stopniu chorążego i poprosił o dokumenty. Bacznie się im przyglądał. Długo za długo…
-Poproszę o Wasze paszporty – poprosił zdecydowanie i po polsku pogranicznik.
-Zaraz, zaraz – zdziwił się tłumacz – Jakie paszporty? Ma Pan w ręku wojskowe dokumenty podróży i to powinno panu wystarczyć.
-Tak, ale chciałbym dodatkowo sprawdzić dane – dodał polski pogranicznik.
-O co chodzi? – spytał Jakiśdopulos.
-Pan strażnik poprosił o nasze paszporty – wyjaśnił po angielsku tłumacz.
-No problem – odrzekł Jakiśdopulos i wyjął swój paszport z kieszeni. Kierowca zrobił to samo. Tłumacz podał swój dowód osobisty, bo taki był wpisany do wojskowych dokumentów podróży. Strażnik zaczął bardzo dokładnie wertować paszporty, niemal jak na szpiegowskich filmach.
Może coś tak po trzech minutach zapytał – Co to jest za kraj, Saint Lucia? – przeczytał tak, jak było napisane.
Tłumacz, zdziwiony – On pyta, co to jest za kraj Saint Lucia?
-To jest kraj na Karaibach – odparł kierowca a tłumacz przetłumaczył.
-Proszę poczekać – rzucił pogranicznik – muszę sprawdzić czy ten kraj ma umowę bezwizową z Polską – i poszedł ze wszystkimi dokumentami do kontenera mieszkalnego, bo akurat strażnica była w remoncie.
-Nie jesteś brytyjczykiem? – zapytał tłumacz.
-Jeszcze nie – odparł kierowca – Saint Lucia (Święta Łucja) to kraj kiedyś zależny od Wielkiej Brytanii, teraz niepodległy. Ale można wstępować do brytyjskiego wojska i występować o obywatelstwo. Złożyłem już wymagane dokumenty i czekam na paszport.
Cała trójka zaczęła rozmawiać o Świętej Łucji. Kierowca chętnie odpowiadał na pytania. Rozmowa bardzo się kleiła. Wrócił pogranicznik.
-Proszę zjechać na bok do zatoczki i wyłączyć silnik – polecił zbyt ostro i wskazał ręką zatoczkę. Na twarzach trójki w Land Roverze wymalowało się niezłe zdziwienie. – Saint Lucia nie ma umowy bezwizowej i ten Pan nie może wjechać do Polski.
-Jak to nie może wjechać, jak my dzisiaj rano wyjechaliśmy z Polski przez Kołbaskowo? – zaoponował tłumacz.
-Proszę zjechać, blokujecie ruch – ponaglił pogranicznik. Nie było rady. Zjechali. Tymczasem spod autobusu pseudokibiców zaczął się wydobywać ćwiczebny, zielony dym.
-Wołaj Pan kierownika – rzucił tłumacz.
-Kierownik nie przyjdzie. To Wy musicie pójść do niego – odrzekł z uśmiechem pogranicznik. Tłumacz odniósł wrażenie, że zaistniała sytuacja sprawiała pogranicznikowi wręcz radość. Poszedł więc do kontenera mieszkalnego porozmawiać z kierownikiem. Z autobusu zaczęto wyprowadzać rozochoconych kibiców piłki nożnej.
-Ciekawe, który kraj imitują? – pomyślał tłumacz i otworzył drzwi kontenera biura pograniczników. – Dzień dobry. Co to za zadyma na granicy? – zapytał wesoło tłumacz dwóch umundurowanych pograniczników i nie czekając na odpowiedź podał cel swojej wizyty – Ja do kierownika.
-Nie ma go – odparł bez zaciekawienia jeden z nich – pojechał i powinien wrócić za dwadzieścia minut.
-Wiecie co? – postanowił wyjaśnić tłumacz – Jak to możliwe, że dziś rano, dwóch żołnierzy brytyjskich i ja, wyjechaliśmy z Polski do Niemiec w Kołbaskowie, a teraz nie możemy wrócić, bo jeden z nich ma paszport Świętej Łucji i bez wizy nie wróci do Polski?
-Ty, to Arek teraz ma dyżur? – zapytał jeden pogranicznik drugiego.
-Nooo – drugi uśmiechnął się pod nosem i zapadła chwila milczenia. Pseudokibice zaczęli bujać autobusem na boki, a niemieckie owczarki niemieckie głośno szczekały. Wszyscy spojrzeli przez okno.
-Chyba najlepiej będzie – głośno zastanawiał się jeden z pograniczników – jak przyślą tutaj faksa z potwierdzeniem, że ten żołnierz jest ich żołnierzem, na tych ćwiczeniach na poligonie drawskim.
-Oglądaliście kiedyś jakieś komedie Barei? – zapytał tłumacz już nieco rozdrażniony.
-Nie mamy czasu – posmutniał pogranicznik.
-Dobra – postanowił tłumacz – Czy mogę skorzystać z telefonu? Muszę zadzwonić do brytyjskiego oficera dyżurnego, do Drawska Pomorskiego i wyjaśnić sytuację.
-Proszę – wskazał głową telefon pogranicznik.
Tłumacz usiadł przy telefonie. Dodzwonił się do brytyjskiego oficera dyżurnego i zaczął wyjaśniać, co się stało. Niestety, po drugiej stronie co chwilę pojawiało się pytanie: – Ale o co właściwie chodzi? I tak minęło chyba z piętnaście minut. W słuchawce brytyjski oficer co chwilę pytał innych i wyjaśniał co zaszło na granicy. Liczba pytanych przez niego osób zwiększała się. Tymczasem otoczeni przez niemieckich pograniczników pseudokibice spokornieli i obiecali solenną poprawę swojego zachowania. Nawet psy przestały szczekać.
Wrócił kierownik. Był w stopniu kapitana. Tłumacz odłożył słuchawkę. Z drugiej strony kabla i tak trwał marazm. Wstał, podszedł do kapitana i przedstawił się. Okazało się, że spotkali się dwaj kapitanowie. Jeden żołnierz-tłumacz z poligonu drawskiego i drugi, kapitan Straży Granicznej, były żołnierz z poligonu wędrzyńskiego. Po wyjaśnieniu sytuacji przez tłumacza, kapitanowie doszli do kapitalnego konsensusu. Kapitan pogranicznik zawołał chorążego Arka i zabrał mu dokumenty, a jemu polecił wrócić na zewnątrz. Zwrócił dokumenty tłumaczowi i poprosił go by poczekał na zewnątrz jeszcze z dziesięć minut, by nie wyglądało, że sprawa została zamieciona pod dywan. Wiadomo, Arek był czujny jak czujnik ciśnienia oleju. Po tych dziesięciu minutach, tłumacz miał wejść do środka, dosłownie na chwilkę, że niby po papiery i mogą wracać, czy tam wjechać do Polski. Tłumacz schował dokumenty, wyszedł na zewnątrz i zaczął się przyglądać ćwiczeniom z autobusem pseudokibiców. Właśnie dobiegały końca. Pseudokibice, potulni jak baranki, wsiadali do autobusu, psy już nie szczekały a telewizje jeszcze dokręcały ostatnie komentarze na tle.
Minęło coś tak z dziesięć minut. Tłumacz wszedł do kontenera. Podziękował, pożegnał się i wyszedł. Wrócił do Land Rovera.
-Możemy jechać – rzucił z uśmiechem na twarzy – Jeszcze dziesięć minut i pewnie byś dostał i polskie obywatelstwo – zażartował do kierowcy.
Cała trójka wsiadła do pojazdu i odjechali.
-Aha, i jeszcze dwie ważne sprawy – spoważniał tłumacz – Nigdy więcej nie wyciągajcie paszportów, gdy macie przy sobie NATO Travel Order – Potaknęli głowami – I czy słyszeliście o takim polskim reżyserze o nazwisku Bareja? – Od tej pory aż do powrotu na poligon drawski, całej trójce gęby się nie zamykały.
Wieczorem, w wiadomościach telewizji polskiej, pokazano urywki z ćwiczeń pograniczników przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej. Pośród wielu krótkich ujęć, tłumacz zobaczył siebie, stojącego na granicy przed wojskowo-brytyjsko-zielonym, wojskowym Land Roverze.
-Święta Łucja… Kto by pomyślał, że Bareja już dawno to przewidział.. – Tłumacz uśmiechnął się sam do siebie.
SZATAN W SKM-ce.
Dojeżdżałem wtedy SKM-ką z Legionowa, w którym mieszkałem, do pracy w Warszawie. To mógł być 2015 albo 2016 rok. Była jesień albo wiosna… nie pamiętam dokładnie, ale od samego rana powietrze było ciężkie i wilgotne, a pochmurny i duszny dzień nie nastrajał optymistycznie.
Stałem przy drzwiach wejściowych. Naprzeciwko mnie stała młoda, niewysoka kobieta. Taka… kobietka. Od czasu do czasu spoglądałem na nią niechcący, kiedy wodziłem wzrokiem raz na prawą, a raz na lewą stronę. W uszach miałem słuchawki, z których leciała poranna audycja mojej ulubionej „Trójki”. Aż raz mój wzrok zatrzymał się na jej twarzy i oczach. Gwałtownie poszarzała jej skóra na twarzy, a oczy zaczęły się plątać. Otworzyła usta, chcąc złapać nieco więcej powietrza i tak jak stała, nagle złożyła się jak scyzoryk w „kucki”, a jej głowa opadła na kolana. Wszystko widziałem i przyklęknąłem przed nią.
– Halo, budzimy się – powiedziałem do niej stanowczo, lekko poklepując ją dłonią po policzku. Ocknęła się niemal natychmiast. Od razu chciała wstać, ale przytrzymałem ją.
– Zaraz, zaraz. Proszę na mnie spojrzeć i zrobić to co ja – rozkazałem bezdusznie.
– No co Pan? – wysiliła się na oburzenie, które było nad wyraz słabe.
– Proszę mi nie odmawiać – stanowczo uciąłem i zacząłem sprawdzać, czy to przypadkiem nie był udar.
– Proszę samym wzrokiem wodzić za moim palcem – poleciłem. Dziewczyna wykonała test wzorowo.
– A teraz proszę się uśmiechnąć, jak ja – i wyszczerzyłem się najszczerzej jak potrafiłem.
– No co Pan? – znowu odpaliła.
– Bardzo Panią proszę – poprosiłem, cały czas uśmiechnięty od ucha do ucha – No śmiało.
Uśmiechnęła się na dosłownie na sekundę i znowu na usta powrócił grymas zniecierpliwienia z układem ust łapiącym powietrze. Zaraz potem podniosła się z kucek.
– Czy wszystko w porządku? – zapytałem.
– Tak, tak – odparła.
No to wcisnąłem słuchawki do uszu i powróciłem do słuchania „Trójki”. Pociąg zaczął zwalniać przed Warszawą Toruńską, a dziewczyna znowu zaczęła zielenieć na twarzy. Złapałem ją, zanim zdążyła upaść i podprowadziłem do „czwórki” siedzeń. Szybko i stanowczo „poprosiłem” o ustąpienie miejsca. Cztery osoby dosłownie rozpłynęły się w powietrzu. Posadziłem kobietkę przy oknie, przodem do kierunku jazdy. Tym razem nie zdążyła zemdleć.
– Jak się Pani czuje? – zapytałem.
– Już dobrze – potwierdziła słabym głosem – Już całkiem dobrze.
– Proszę nie wstawać – zawyrokowałem i cofnąłem się do drzwi. Teraz mdlejąca kobieta siedziała za moimi plecami. O dziwo nikt z wcześniej siedzących nie przysiadł się do niej.
SKM-ka nie zdążyła dojechać do Warszawy Pragi, kiedy usłyszałem charczenie. Odwróciłem głowę i dostrzegłem, że wszyscy patrzą z przerażeniem na tą samotnie siedzącą kobietkę. Zerknąłem i ja. Dziewczyna mdlała na siedząco!!! Rozłożyła na boki ręce i cały czas charcząc, zaczęła się przechylać w stronę przejścia. Jakoś nikt nie ruszył jej z pomocą. Wszyscy tylko patrzyli…
Nawet się nie zastanawiałem. Położyłem plecak na siedzeniu, złapałem ją za kostki i podniosłem nogi do góry. Teraz już leżała w poprzek siedzeń, a jej głowa oparła się o na moim plecaku. Stałem tak przez chwilę, cały czas trzymając jej nogi w górze. Nic nie mówiłem, ale zastanawiałem się, czy wzywać karetkę już teraz, czy za chwilę i właściwie do jakiej stacji karetka powinna dojechać. Tymczasem kobitka poczuła się na tyle dobrze, że poprosiła bym już puścił jej nogi. Usiadła, a ja obok niej.
– Pani jest bardzo słaba – stwierdziłem niemal jak lekarz. – Dokąd Pani jedzie?
– Do pracy – odrzekła już całkiem mocnym głosem.
– A gdzie Pani wysiada? – bardziej chodziło mi o to, czy logicznie myśli.
– Na Zoo.
– Myślę, że powinna Pani zgłosić się do lekarza. Takie trzykrotne omdlenie trzeba by sprawdzić…
– Nie do lekarza, tylko do księdza egzorcysty! – mocno zabrzmiało z tyłu, nad moją głową – Ta Pani jest opętana przez szatana!
Odwróciłem głowę i zobaczyłem szczupłą, skromnie ubraną kobietę. Miała tak coś koło 40-tki. W kościstych palcach trzymała różaniec, a na nosie spoczywały okulary, ze szkłami, tak coś na oko, dla oczu na + 8 do 10 dioptrii. Już chciałem do niej powiedzieć „spie****aj stąd kobieto”, ale zamiast tego z moich ust popłynęło – Mogłaby Pani łaskawie stąd odejść? Tam, gdzieś?
Wróciłem wzrokiem na mdlejącą i jak błyskawica dopadła mnie taka myśl. Przecież w tych wszystkich horrorach, które widziałem, szatan zawsze przeskakiwał na te osoby, które były najbliżej!!! Aż mi się włosy zjeżyły na grzbiecie. Wzdrygnąłem się. Spojrzałem na mdlejącą. Na jej twarzy nie było widać żadnej reakcji. Może słyszała, może nie, a może była tak słaba, że nie przetrawiła tych słów…
– Czy chciałaby Pani, aby wezwać karetkę? – zapytałem.
– Nie, nie. Już jest dobrze. Teraz już czuję się o wiele lepiej.
No rzeczywiście. Jakby ją ktoś prądem poraził albo podładował. Na jej twarz powróciły normalne kolory.
Gdy wysiadła na Warszawa Zoo, patrzyłem jak idzie. Czy się zachwieje, czy może usiądzie na ławce? A gdzie tam! Poleciała żwawo, jak cały spóźniony tłum na Rondo Starzyńskiego. Patrzyła za nią też ta cała część pociągu, która te zdarzenia widziała…
Nie jestem wierzący. Naoglądałem się za to zbyt dużo horrorów i to jeszcze w niedozwolonym wieku. W tym dniu nie mogłem się już skupić na pracy. Ba! Nie mogłem nawet zasnąć o ludzkiej porze…Kołatało się w mojej głowie mnóstwo myśli.
Dzisiaj wiem, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle.