Dzień 4. Zgorzelec – Łęknica. 63 km.

11 lipca 2018 r.

Link widokowy do przejechanej trasy.

Zgorzelec – Göerlitz – Ludwigsdorf – Deschka – Nieder Neundorf – Rothenburg/ Oberlausitz – Steinbach – Podrosche – Werdeck – Pechern – Skerbersdorf – Łęknica

    I tu nastąpiła diametralna zmiana. Śniadanie było z nami w pokoju od wczorajszego wieczora. Rankiem tylko zaparzyliśmy herbatkę i przyrządziliśmy jedne z pyszniejszych acz prostych kanapeczek, z pomidorami i cebulą. Nooo, jakieś mięsiwo też było!

    Rowery niestety musiałem wytarabaniać po schodach na dół. Objuczyliśmy rumaki i ruszyliśmy znów na Niemcy! Jeszcze tylko tankowanie wody do bidonów i sakw iiiii… „pajechali”, jak mawiają Amerykanie.

    Zaraz za Göerlitz zagadaliśmy się i trochę nadrobiliśmy. Jakieś 2 km. Zjechaliśmy ze szlaku, który był wzorowo oznaczony, ale na gadulstwo nie ma rady… Potem przejechaliśmy pod spodem autostrady A4, a chwilę potem wjechaliśmy na… pole.

2018-07-11 09.26.24

Tak, tak. Oto Niemcy zabrali pod ścieżkę kawałek pola, wzdłuż Nysy. Ścieżka była asfaltowa. I do tego świeciło słońce! Można? Można. Potem była ścieżka asfaltowa przez las i przez wiadukt rowerowy nad torami.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

2018-07-11 09.47.47Jechało się nam jak w bajce. Nagromadziło się szczęścia jak na jeden raz. No i dojechaliśmy także do bajkowego zakątka, do tajemniczej krainy Turisede. Już parę kilometrów przed, pojawiły się dziwne instalacje wzdłuż ścieżki rowerowej, ale nie kapowaliśmy o co chodzi. Tym bardziej, że znajomość naszego niemieckiego pochodzi tylko z filmów. Dopiero widok samochodu na drzewie uprzytomnił nam, że oto wjechaliśmy w krainę dla dzieci i… dla mnie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ania nie chciała jednak mnie puścić. Nie pierwszy raz zrobiło mnie się z tego powodu smutno… Zrobiłem wielkie oczy Kota ze Shreka. Nie pomogło. Pojechaliśmy dalej.

    Przystanęliśmy nieco później, na lekuchny posiłek.

2018-07-11 11.19.23Zaczęły nas wyprzedzać całe rodziny i dwójki rowerowe, w tym starsza para z pociągu do Zittau!!! Najfajniejszy widok mieliśmy wtedy, kiedy widzieliśmy dzieci, a na ich rowerach zamocowane były pomniejszone sakwy rowerowe! Dzieci dziarsko pedałowały i nawet przybijały mi „piątki”. Choć jedno z nich nie dało rady, bo nie umiało jeszcze prowadzić roweru jedną ręką. To zjawisko jeszcze bardziej utwierdziło nas, jak bezpiecznie jest  na ścieżce Nysa-Odra. Bardzo dużo było także przyczepek rowerowych. Właśnie wtedy po raz drugi zobaczyliśmy też parę rowerzystów. On, w skórzanym kapeluszu z rondem, Ona, niewysoka, drobna kobieta i też w kapelusiku. Pierwszy raz zobaczyliśmy ich dzień wcześniej, na kolejowym wiadukcie. Ania nadała im więc ksywkę „Kapelutki”. Podczas postoju, pozdrawialiśmy każdego przejeżdżającego w różnych językach typu: Halo, Heloł, Haj, Dzień Dobry, Ahoj itp. Tak dla niepoznaki, chociaż w mojej sakwie zawsze tkwiła Biało-Czerwona!!! Chwilę później zaliczyliśmy sesję zdjęciową w polu słoneczników.

2018-07-11 12.31.38 Potem wyprzedziliśmy starszą parę z Zittau i „Kapelutków”. Potem my przystanęliśmy przy samej Nysie i wyprzedzili nas para z Zittau i „Kapelutki”.

2018-07-11 13.37.39

    Aby wjechać do Łęknicy, musieliśmy trochę się postarać. Aby wjechać na ścieżkę wzdłuż szosy nr 12 trzeba było trzymać się oznakowania. Ścieżka jednak mocno kluczyła i nie czuliśmy się pewnie, zakręcając raz w prawo, raz w lewo w lesie. W końcu wjechaliśmy na most. Potem trafiliśmy na polskie zabudowania i na remont drogi, po której jechaliśmy. Ścieżki rowerowe nagle wyparowały! Dojeżdżając do ul. Dworcowej, wjechaliśmy na 200 metrową drogę szutrową. Chwilę później odnotowałem „flaka” w tylnym kole. Nie było z nami Pawła, który by natychmiast wcielił się w reportera „Na szlaku, na flaku”, a ja odczułem zrezygnowanie. Do hotelu nie było daleko, więc podprowadziłem rower. Zameldowałem nas, Ania poszła się rozpakowywać a ja przystąpiłem do wymiany dętki. Z reguły nie bawię się w łatanie dętek, tylko wymieniam na nowe. Stare zawsze się do czegoś przydają, a gum nie łapiemy za wiele. Odnalazłem także miejsce przebicia opony i byłem bardzo zdziwiony! Był to tak cieniutki opiłek metalu, że miałem spore trudności by go wypchnąć z opony. Męczyłem się i na dodatek lekko uszkodziłem splot opony. Gdy już pozbyłem się opiłka, założyłem nową dętkę. Podpompowałem koło podręczną pompką i poszedłem na stację do kompresora. A tu ZONK! Kompresor miał być, jak mnie poinformował pan z obsługi, na następnej stacji, 200 m pod górę! Napompowałem więc trochę więcej powietrza do koła. Tak na oko 2 atmosfery i wsiadłem na rower. Tych metrów było jednak 500! Jadąc czułem, że tylna opona ma za mało powietrza. Dodatkowo było po przelotnym deszczu i nawierzchnia była mokra. Więc, kiedy podjeżdżałem pod skosem na wjazd do stacji, sporo wyższy od jezdni, tylne koło śliznęło się i wyrżnąłem się na lewy bok! Na szczęście na żużlową nawierzchnię. Oczywiście nie zdążyłem się wypiąć z pedałów SPD i cały impet poszedł na lewe kolano i wyciągniętą rękę. Najbardziej ucierpiała moja… duma! Zły byłem sam na siebie jak nie wiem co. Dobrze, że nic mi się nie stało.

    Podjechałem do kompresora. Nakręciłem na wentyl Presty przelotkę AV, ustawiłem 5,5 atmosfery, przyłożyłem końcówkę kompresora i… nic! Zdałem sobie sprawę, że gdybym miał wentyl AV, nie byłoby problemu bo w przelotce nie było grzybka w środku i czujnik kompresora nie wiedział, że ma już pompować. Już czułem, że będę musiał pompować te 5,5 atmosfery tą moją małą pompką!!! Podjechał jakiś facet samochodem, ustawił swoje ciśnienie i napompował swoje koła. Kompresor więc był sprawny. Znów zacząłem kombinować, jak wymusić na kompresorze „akcję” pompowania. Nic nie pomagało. W końcu podszedł do mnie kosiarz. Kosił trawę wokół stacji paliw. Miał podniesioną przyłbicę i kosę spalinową, na żyłkę do trawników.

– Nie pompuje? – zapytał.

– No nie chce – odparłem – mam tu taką przelotkę ale kompresor nie czuje, kiedy ma pompować.

– No to trzeba wymusić pompowanie – orzekł zdecydowanie kosiarz.

– Ale jak? – zapytałem, choć pewność wypowiadanych słów kosiarza, wlała we mnie nadzieję.

– Przytknie pan końcówkę – polecił mi i zaczął przyciskać guzik na kompresorze. Przytknąłem i… nic.

– Czasami jest tak – zaczął – że zgłasza błąd i wtedy trzeba odetknąć, przytknąć na nowo i nacisnąć przycisk. Przytknij pan jeszcze raz. Przytknąłem. Kompresor zaskoczył.

– Oooo – zaskoczyłem i ja.

– Ile ma być? – zapytał.

– 5,5 – odparłem.

– Nie za dużo?

– Będzie akurat – i natychmiast zapytałem – Panie, jakżeś Pan to zrobił? Wyjaśnił mi. Zadanie jest bardzo proste, tylko trzeba o tym wiedzieć, że można wymusić działanie kompresora. Jak to zrobić? Na kompresorze są 4 przyciski. Skrajne to „+” i „-„ do regulacji oczekiwanego ciśnienia. Jeden w środku zmienia PSI na BAR. A ten z wykrzyknikiem w rombie, kiedy się go dłużej przytrzyma, wymusza pompowanie. Ot i cała tajemnica! Podziękowałem kosiarzowi bardzo serdecznie dodając, że podróże kształcą, ale jak mawia mój kolega – tylko wykształconych! Coś w tym jest.

    Wróciłem do hotelu. Rowery zaparkowały w specjalnym pomieszczeniu, gdzie było ze dwadzieścia innych. Hotel prowadził też wypożyczalnię. Kiedy się umyłem i powiedziałem Ani o pompującym kosiarzu i upadku, zaśmiała się. Na mojej nodze było tylko parę zadrapań. Trochę swędziały.

    Postanowiłem, że jeszcze przed posiłkiem, pójdziemy do sklepu rowerowego i zakupię nową dętkę i jak trafię dobrą oponę, to i ją też. W końcu w tej, z której wypchnąłem opiłek, miałem lekko „uwalony” splot. Na mapie internetowej wyszukałem sklep przy ul. Dworcowej. A więc powrót do miejsca gdzie złapałem gumę. W sklepie zakomunikowałem sprzedawczyni, że złapałem gumę, na drodze szutrowej, 100 m stąd. Oznajmiła, że bardzo dużo osób łapie tam gumy. Widocznie coś w tych kamyczkach jest. Od razu pomyślałem, że może diabeł tkwił w szczegółach nawierzchni szutrowej. Kupiłem oponę i dętkę. Nie chciałem, by po niemieckiej stronie, w szczerym polu, pękła mi także opona. Założyłem oponę na siebie, jak kiedyś dętki w Wyścigu Pokoju i wróciliśmy do hotelowej restauracji na obiad. Zresztą bardzo smaczny.

2018-07-11 16.47.36

    Tradycyjnie, zabukowaliśmy pokój na następny postój, w pensjonacie w Gubinie. Choć prognoza groziła deszczem, stwierdziliśmy, że nie ma takiej siły by nas zatrzymać na dłużej w Łęknicy.

   Trochę się wydarzyło tego dnia i trochę się człowiek nauczył. Spaliśmy jak niemowlęta.

3 uwagi do wpisu “Dzień 4. Zgorzelec – Łęknica. 63 km.

    1. Jest też jedno ale… Gdybym miał porównać nasze Green Velo do Odra-Nysa, to powiedziałbym, że Odra-Nysa jest bardzo bezpieczna i czasem trochę nudna, z powodu przerostu bezpieczeństwa. Chociaż z drugiej strony, lepiej bezpiecznie niż z dreszczykiem. I tak dochodzimy do debaty akademickiej…

      Polubienie

  1. Witam. Przy kolejnym pobycie w Łęknicy
    Polecam Państwu pobyt na terenie pola namiotowego CamperParku w Bronowicach.
    Agroturystyka położona jest na skraju Parku Mużakowskiego. Łęknica/Bad Muskau
    Aby uzyskać więcej informacji lub dokonać rezerwacji proszę dzwonić pod numer 693 493 453, lub 507 707 450 pisać agrocamplena@wp.pl
    Serdecznie zapraszam!
    https://www.noclegi-leknica-lena.pl
    • GPS: x(E) 14o76’26’’ 60 y(N) 51 o 55’99’’90

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s